czwartek, 14 lutego 2019

Rozdział 45

Renn
Pełen wrażeń weekend minął w mgnieniu oka, a po nim nadszedł, długo wyczekiwany przez wszystkich, poniedziałek. Od samego rana cała nasza klasa była mocno podekscytowana i w napięciu czekała na pojawienie się naszej nowej koleżanki. Przyznaje, że mi również udzielił się ten nastrój. Każdą lekcję siedziałam jak na szpilkach i zastanawiałam się nad tym, kim będzie ta dziewczyna, czy będzie miła, pomocna, przyjacielska, czy zakoleguje się ze mną i innymi, a może dołączy do paczki Amber... Było tyle możliwości. Niestety, czas mijał i nikt nie przychodził, aż do lekcji geografii.
Wszyscy zajęli swoje miejsca, Farazowski sprawdził obecność, zapisał temat na tablicy i właśnie wtedy ktoś zapukał do drzwi. Jak na komendę wszyscy spojrzeli w tamtą stronę, czekając, aż osoba za drzwiami wejdzie do środka. Najpierw pojawiła się dyrektorka, co mocno ostudziło nasz entuzjazm, ale zaraz za nią weszła ona, dziewczyna, na którą wszyscy bardzo czekaliśmy.
Była trochę wyższa ode mnie, a jej skóra była ciemniejsza niż nasza. Turkusowe, duże oczy omiotły klasę zaciekawionym spojrzenie, pełne usta rozciągnęły się w małym, figlarnym uśmieszku. Dziewczyna odrzuciła do tyłu kilka kosmyków swoich ciemnobrązowych włosów, wtedy zauważyłam dwie rzeczy, po pierwsze miała między brwiami drobny pieprzyk, po drugie na jej rękach widoczne były tatuaże w orientalnym stylu. Włosy dziewczyny, oprócz tego, że wyglądały na miękkie i gładkie, sięgały jej za łopatki i były krzywo przystrzyżone.
Dyrektorka odwróciła się do naszego wychowawcy, żeby zamienić z nim kilka słów szeptem. Wykorzystałam to, aby dokładniej przyjrzeć się ubraniom nowej osoby. Szare jeansy wyglądały na lekko znoszone, ale wciąż prezentowały się ładnie. Mimo to większe wrażenie zrobiły na mnie bluzka i ozdoby. Tunika była koloru turkusowego, miała głęboki dekolt, wycięty w szpic i wycięte plecy, brzegi obszyto złotym materiałem, do którego w równych odstępach przyszyto sztuczne klejnoty w barwie morza. Krój stroju i jego wykonanie bardzo mocno przypominało mi kulturę hinduską albo coś z okolic Indii, kto wie, może ta dziewczyna pochodzi z tamtych regionów? Na sam koniec zniewalająca biżuteria, czyli prosty wisiorek z czerwonym kamieniem i złoto-czerwona bransoletka, niby prosta i niepozorna, ale nie mogłam oderwać od niej wzroku przez kilka dobrych sekund.
W końcu dyrektorka skończyła rozmawiać z Fraziem i wyszła, teraz nadeszła chwila by nasza nowa koleżanka się zaprezentowała. Dziewczyna najpierw rozejrzała się po klasie, a potem z rozbawieniem i uśmiechem powiedziała:
- Przestańcie się tak na mnie patrzeć, bo jeszcze się zarumienię.
Ten mały żarcik rozluźnił atmosferę i wywołał uśmiech u większość osób z klasy.
- Cześć, nazywam się Priya. Przeprowadziłam się tutaj kilka dni temu, więc nie za dobrze znam miasto i okolicę. Ogólnie rzecz biorąc, ja i moja rodzina często się przeprowadzamy z powodu pracy mojego ojca, ale nie ma sensu o tym teraz rozmawiać, jeśli jednak chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, możecie mnie zapytać, nie pogryzę - powiedziała spokojnym tonem i puściła do nas oczko.
Ja i Sam spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, i to nie dlatego, że nowa dziewczyna wydała nam się interesująca, ale dlatego, że już ją znaliśmy. Tak, moi drodzy, w gimnazjum spędziliśmy z nią prawie rok. Przyszła do nas w drugiej klasie i bardzo szybko załapała się do naszej paczki, potem wdała się w mały romans z Dorianem, a pod koniec roku szkolnego opuściła nas, ponieważ jej rodzina przeprowadzała się do San Francisco. Jaki ten świat mały, prawda?
- To dobry pomysł, czy ktoś z was chciałby zapytać o coś waszą nową koleżankę? - Pan Farazowski uśmiechnął się do nas nieporadnie, co miało nas zachęcić... Chyba.
Priya spojrzała na niego zaskoczona, ale potem z całkowitym luzem przytaknęła na propozycje nauczyciela. Był tylko jeden problem, nikt nie chciał zadać pytania! Cisza się przeciągała, powoli zaczynało robić się niezręcznie, dlatego zebrałam się na odwagę i zapytałam:
- Gdzie wcześniej mieszkałaś?
Priya spojrzała w kierunku mojej ławki, widziałam jak jej oczy otwierają się szerzej ze zdziwienia. Dobrze wiedzieć, że tez nas nie zapomniała!
- Cóż, pomyślmy... - Przez chwilę przypominała sobie swoje podróże. - Zanim tutaj przyjechałam mieszkałam na Polinezji, jeszcze wcześniej byłam w Tokio, Paryżu, Londynie, San Francisco, a cztery lata temu mieszkała w sąsiednim mieście prawie rok.
- Dużo podróżowałaś? - zapytała zaciekawiona Iris.
- Tak, podróżuję z moim rodzicami od kiedy skończyłam sześć lat.
- Z jakiego kraju pochodzisz? - zapytał nieśmiało Violetta.
- Z Indii. - Priya posłała dziewczynie ciepły uśmiech, na co tamta się speszyła.
- Jak radzisz sobie z nauką? - Melania przyjęła pozę kogoś, kto przeprowadza rozmowę o pracę. - Musi być ci ciężko, skoro co chwile zmieniasz szko...
- Nie, ani trochę. Moja mama jest nauczycielką, więc większość wiedzy zdobywam w domu.
- Długo tu zostaniesz? - Peggy zmierzyła dziewczynę ciekawskim spojrzeniem.
- Chcę tutaj skończyć liceum, a potem... Zobaczymy. - Zaśmiała się krótko.
Coraz więcej osób chciało zapytać o coś naszą koleżankę, jednak do akcji wkroczył wychowawca i rozpoczęła się właściwa lekcja geografii.
- Dobrze, dzisiaj rozpoczynamy dział o Unii Europejskiej, zaczynamy od tematu „Od terytorium europejskiego do terytoriów Unii Europejskiej”. Jak sądzicie, jak można zinterpretować ten tytuł? - Spojrzał na nas zachęcająco i z nadzieją w oczach.
Rozejrzałam się po klasie, wszyscy wyglądali na znudzonych i absolutnie nikt nie przejmował się lekcją, poza Melanią, która szybko wkroczyła do akcji:
- Ten temat jest dwuznaczny - powiedziała z powagą i przekonaniem. - Mówi nam, że terytorium europejskie i Unia to to samo.
- To bardzo ciekawe teoria Melanio, ale nie. Czy ktoś z was ma inne pomysły? - Rozejrzał się po sali wyczekując następnego chętnego. - Nataniel? - Spojrzał na chłopaka jak na wybawienie.
- Nie mam pojęcia, proszę pana - odpowiedział chłopak i wrócił do czytania książki, którą schował pod ławką, cwaniaczek.
Fraziu stracił ochotę i po prostu pytał wszystkich jak leci, dzięki czemu wyszły nam takie cuda jak „Europa to kraj.” i „To to coś, gdzie jest Rosja...?”. Nasz nauczyciel stracił cały entuzjazm i zwrócił się do ostatniej osoby, której jeszcze nie zapytał:
- Priyo, jak sądzisz, co znaczy nasz temat?
- Pomyślmy... - Dziewczyna spojrzała na zdanie zapisane na tablicy i zamyśliła się na chwilę. - Europa to kontynent, który jest czymś pomiędzy jednolitością i różnorodnością. Sądzę, że będziemy omawiać różnice między poszczególnymi państwami oraz dowiemy się, jakie działania na ich terytoriach prowadzi Unia Europejska. - Dziewczyna spojrzała na nauczyciela szukając u niego oznak aprobaty lub ich braku.
- Dokładnie! - Farazowski odetchnął z ulgą. - Dokładnie tym się dzisiaj zajmiemy... - Zadzwonił dzwonek. - Albo zrobimy to na następnej lekcji - dodał ciszej zrezygnowany nauczyciel.
Cała klasa wybiegła na korytarz i, jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach, dopadła do nowej uczennicy zadając jej setki pytań, na które ta cierpliwie im odpowiadała. Ja i Sam stanęliśmy odrobinę z boku tego zamieszania, chcieliśmy przywitać się z Priyą, jednocześnie nie wpadając w ten zgiełk. W końcu, po dobrych dziesięciu minutach tłum się rozszedł, najwyraźniej ich ciekawość została zaspokojona, na jakiś czas. To była nasza szansa.
- Cześć, Priya! - przywitaliśmy ją jednocześnie i uśmiechnęliśmy się przyjaźnie.
- Sam, Renn, nie spodziewałam się, że was tu znajdę. - Uśmiechnęła się szeroko i przytuliła nas na powitanie.
- My też nie! - przyznałam ze śmiechem.
- Ten świat jest taki mały. - Sam westchnął teatralnie.
- Co tutaj robicie? - zapytała nas zaciekawiona brunetka.
- Cóż... Przeprowadziłam się tutaj kilka miesięcy temu.
- A ja przeprowadziłem się tutaj pod koniec września.
- Wow, widzę, że nieźle się zgraliśmy. - Dziewczyna zachichotała pod nosem. - Koniecznie musicie mi opowiedzieć, co u was słychać i jak się ma reszta ekipy, i oprowadzić mnie po szkole, i zrobić całą resztę.
- Masz to jak w banku. - Puściłam jej oczko i uśmiechnęłam się łobuzersko. Zaśmiałyśmy się radośnie.
- Mam świetny pomysł, co powiecie na wypad do kawiarni po lekcjach, żeby trochę poplotkować? - zapytał entuzjastycznie Sam.
- Brzmi super!
- Dla mnie spoko, ale zanim to, wiecie, gdzie tu jest pokój gospodarzy? Muszę im dostarczyć kilka ostatnich dokumentów - Priya rozejrzała się po korytarzu.
- Droga pani... - Skłoniłam się nisko.
-...Pozwól, że będziemy twoimi przewodnikami - dokończył za mnie Sam i również się skłonił. Dziewczyna wybuchła śmiechem, a my zgodnie złapaliśmy ją pod ręce i urządziliśmy jej szybkie zwiedzanie szkoły.
Tak było przez cały dzień, Priya była otaczana przez wianuszek ciekawskich osób z naszej klasy, a my pomagaliśmy jej w przemieszczaniu się po budynku, kiedy zostawała sama. Nie rozmawialiśmy z nią o niczym konkretnym, raczej o zwyczajnych, szkolnych bzdetach, w końcu po lekcjach będziemy mieć sporo czasu, żeby pogadać o wszystkim innym.
Ku naszej uldze lekcje szybko się skończyły i mogliśmy w końcu porozmawiać we troje. Poszliśmy do „Raju”, tam zamówiliśmy gorącą czekoladę i usiedliśmy w kącie, żeby spokojnie obgadać wszystkie sprawy. Zaczęło się od prostych pytań o klasę, szkołę i nauczycieli, potem przeszliśmy do bardziej osobistych tematów.
- Widzę, że macie tutaj kupę zabawy. - Priya spojrzała na nas rozbawiona. - A co z resztą ekipy, dalej trzymacie się razem?
- Pewnie! - odpowiedział Sam. - Dlaczego miałoby być inaczej?
- Racja. - Dziewczyna zachichotała.
- Nie widujemy się często, ale w poprzednią sobotę udało nam się spotkać na małej imprezie w gronie własnym. - Wzięłam łyk gorącego napoju.
- Wow, szkoda, że się nie załapałam. - Uśmiechnęła się szeroko, a po chwili zapytała: - No więc, co u nich słychać?
- Nic nowego. Van ciągle sprowadza na ludzi kataklizmy, Raph imprezuje do znudzenia, Tom to perfekcyjna pani domu, a o naszych „łamaczach serc” nawet nie ma, co opowiadać. - Sam machnął ręką lekceważąco.
- Nudziarz. - Priya spojrzała na niego z wyrzutem. - Renn, masz coś do dodania? - zapytała mnie życzliwie.
- Jasne - prychnęłam. - Van dostała się do szkoły artystycznej, Raph... się uczy, gdzieś, jakoś, Tom jak zwykle wzbił się na wyżyny swoich możliwości i zgarnął miejsce w jednej z najlepszych szkół. Nasza dwójka robi sporo zamieszania, a co do Laeti nic się nie zmieniło, chłopak za chłopakiem i dużo łażenia po sklepach...
- A co z Dorianem? - Priya przerwała mi mój wywód.
Poczuliśmy się odrobinę niezręcznie, Dorian i Priya byli parą przez długi czas, i kiedy mówię „długi” mam na myśli długi, jak na niego. Zaczęli chodzić po dwóch tygodnia od pojawienia się dziewczyny w naszej szkole, a zerwali ze sobą z powodu jej wyjazdu. Dorian długo dochodził do siebie po jej wyprowadzce, to była chyba jedyna dziewczyna, o której myślał na poważnie.
- Spokojnie, nie musicie być tacy... spięci. - Spojrzeliśmy na dziewczynę z przeprosinami w oczach. - Już dawno odchorowałam nasze zerwanie, on pewnie też, więc możecie powiedzieć mi o wszystkim - zapewniła nas z mocą.
- Jak chcesz - mruknęłam. - Dorian poszedł do tej samej szkoły co Vanessa, paradoksalnie wylądowali razem w klasie.
- Jak zwykle, ta dwójka jest na siebie skazana. - Priya przewróciła oczami. - A co z dziewczynami, znalazł sobie kogoś?
- Ta, nawet nie jednego - odpowiedziałam wymijająco.
- Można powiedzieć, że przestawił się na bardziej... niezobowiązujące relacje - dodał Sam i zaśmiał się pod nosem zażenowany.
- To super! - zawołała radośnie dziewczyna. - Ciesze się, że ruszyła na przód, zresztą ja też nawiązałam kilka bliższych znajomości podczas swoich podróży. - Uśmiechnęła się sugestywnie.
Gadaliśmy dopóki nie zrobiło się ciemno, dopiero wtedy postanowiliśmy, że czas się rozstać. Każdy z nas poszedł w swoją stronę, Priya pobiegła na autobus, Sam do domu, a ja na bazar zrobić małe zakupy.
Od razu, kiedy dotarłam pod dom wiedziałam, że coś jest nie tak. W kuchni paliło się światło, wystraszona pomyślałam, że to jakiś włamywacz i już miałam zadzwonić na policję, kiedy w oczy rzuciło mi się audi zaparkowane na moim podjeździe. W takim razie to musi być ktoś z rodziny, ale jakim cudem weszli do domu i dlaczego nie zadzwonili z wyprzedzeniem? Czyżby znaleźli zapasowy klucz? Niepewnie wspięłam się po schodach i przeszukałam dno donicy stojącej na progu, klucz ciągle w niej był. Wyprostowałam się i chwyciłam za klamkę, w przedpokoju stała para eleganckich, męskich butów, a na wieszaku wisiał ciemny, długi płaszcz, może to Tom wpadł z wizytą? Do mojego nosa dotarł zapach jedzenia, zdziwiona zamknęłam drzwi i zaczęłam się rozbierać, to na pewno Tom.
- Renn, wróciłaś! - Zdębiałam na to radosne powitanie.
To nie był Tom, ani włamywacze, to był ktoś o wiele gorszy.
- C-co ty tu robisz? - zapytałam ze ściśniętym gardłem.
- Przyjechałem odwiedzić moją córkę, chyba nie masz mi tego za złe, co? - Mój ojciec spojrzał na mnie rozbawiony.
Nie odpowiedziałam, zdobyłam się tylko na nikły uśmiech, dlaczego on tu jest?! Przez cały ten czas się mną nie interesował, nawet nie zadzwonił, żeby złożyć mi życzenia urodzinowe, nie to, że były mi bardzo potrzebne do życia, ale jednak, a teraz wpadł z odwiedzinami jak do przyjaciela z branży. Czy go już do reszty porąbało?! Czy on zapomniał przez co musiałam przejść z jego powodu, przez co cała nasza rodzina musiała przejść? Nie wierzę, że nagle zachciało mu się odbudowywać rodzinne więzy, nie minie tydzień i zacznie się rządzić jakby był na swoim, znam to, aż za dobrze!
Z kamienną twarzą wróciłam do ściągania butów i kurtki, a on wrócił do kuchni. Chcąc nie chcą też musiałam tam wejść.
- Co tak pachnie? - zapytałam od niechcenia bezbarwnym tonem.
- Spaghetti, pomyślałem, że zrobię ci niespodziankę. - Spojrzał na mnie przez ramię i uśmiechnął się szeroko. Myślałam, że się zrzygam jak to zobaczyłam. - Zostaw zakupy i idź umyć ręce, zaraz podaje - zakomunikował mi śpiewnie.
Zrobiłam to, co kazał, lepiej nie dyskutować z tym człowiekiem, zwłaszcza, że jeszcze nie wiem, co tu robi, ani czego chce. Zanim wyszłam rzuciłam mu ostatnie, badawcze spojrzenie, dziwnie było zobaczyć go na żywo po tak długim czasie.
Panie i panowie, oto mój ojciec, wielki Dominic Perry, człowiek odkrycie, który przeszedł przez drogę „od zera do biznesmena” w rok. To nim przez długi czas zachwycały się media i to jego gładki, nieskazitelny, ohydnie przesycony bogactwem wizerunek widywałam w koszmarach. Mimo to, ten człowiek, nie wyglądał na kogoś zdolnego skrzywdzić muchę był wysoki, niezbyt umięśniony i powoli zbliżał się do pięćdziesiątki. Jedyne co zdradzało jego wiek to lekko siwiejące już czarne włosy i kilka drobnych zmarszczek, które pojawiły się w okolicy jego ciemnobrązowych oczu. Ten mężczyzna wyglądał niepozornie, stał w szarych dresach i białej koszulce przy garnku i gotował obiad, jego włosy były w nieładzie, a na twarzy malował się błogi spokój. Iluzja, już dawno dowiedziałam się do czego może być zdolny. Nie mogę i nie chcę, żeby znowu się to powtórzyło.
Poszłam do łazienki, umyłam ręce, a kiedy wróciłam zastałam ciepły posiłek na stole i jego zajadającego się nim ze smakiem. Udław się, pomyślałam z nienawiścią.
- Jedz póki gorące - zachęcił mnie przyjaźnie.
Skinęła głową i usiadłam naprzeciwko niego, zaczęłam jeść.
- I jak, smakuje ci? - zapytał z napięciem w głosie, nigdy nie był kucharzem wysokich lotów.
- Tak, może być - odpowiedziałam zdawkowo i bez emocji. Ucieszył się z odpowiedzi, zapadła cisza.
- Musiałaś dostać dzisiaj w kość, wyglądasz na padniętą - zauważył ze zmartwieniem.
- Ta - mruknęłam ucinając dyskusję.
- Jak ci idzie w szkole? - ponownie spróbował zagaić rozmowę.
- Dobrze.
Cisza, ponownie.
- Dlaczego przyjechałeś? - Rzuciłam mu podejrzliwe spojrzenie.
- Jak to „dlaczego”? - Spojrzał na mnie rozbawiony. - Jesteś moją córką, chyba mam prawo cię odwiedzić.
- Mogłeś mnie uprzedzić - zauważyłam.
- Wiem, wiem, ale to wyszło tak nagle. Byłem w okolicy, kiedy dostałem wiadomość, że udało nam się zawrzeć kontrakt z zagraniczną firmą...
- Długo zostaniesz? - przerwałam mu jego radosną gadkę.
- Nie wiem, to zależy od mojego grafiku - odpowiedział nieco przygaszony. - Właśnie, mam dla ciebie co nieco. - Wyciągnął spod stołu elegancko zapakowany prezent. - Wiem, że minęło trochę czasu od twoich urodzin, a ja nie zadzwoniłem ani nic, dlatego przywiozłem ci to, na przeprosiny. - Podał mi pudełko i uśmiechnął się nieśmiało, jakby chciał powiedzieć „Wiem, spieprzyłem, ale mam to, więc... Może mi wybaczysz?”.
Niechętnie przyjęłam prezent i go otworzyłam. W środku leżał komplet kosmetyków do włosów firmy LaGlamour.
- I jak, trafiłem? - zapytał z nadzieją i wyczekiwaniem w głosie.
Mój wzrok prześlizgnął się po szamponie i kilku innych specyfikach o zapachu kwiatów.
- Pewnie, wygląda nieźle - odpowiedziałam od niechcenia i uśmiechnęłam się krzywo.
- Super! - Odetchnął z ulgą.
Reszta posiłku minęła w absolutnej ciszy, co prawda ojciec próbował mnie zagadać, ale skutecznie go zniechęcałam. Po zjedzeniu kolacji zaproponował, że on zajmie się resztą, a ja mogę się iść umyć i spać, tak też zrobiłam.
Kiedy pod prysznicem sięgnęłam po szampon, żeby umyć włosy zauważyłam, że została go resztka, chcąc nie chcąc użyłam tego, który sprezentował mi ojciec. W sumie te kosmetyki nie były takie złe, miały przyjemny zapach, a po ich użyciu moje włosy rozczesały się łatwiej. Cóż, przynajmniej prezenty wybiera dobre.
Następnego dnia rano, kiedy zeszłam do kuchni on ponownie stał przy kuchence, tym razem robił naleśniki.
- Dobrze spałaś? - zapytał nieco zaspany i spojrzał w moją stronę.
- Ta, a ty? - Spojrzałam na niego czujnie.
- Och, było nieźle, nie myślałem, że łóżko w pokoju gościnnym jest aż tak wygodne. - Zaśmiał się. - Już trochę ich nasmażyłem, jeśli jesteś głodna to łap talerz i jedz - powiedział po chwili.
W ciszy zrobiłam to, co mi zasugerował. Siadając przy stole zauważyłam na nim dzisiejszą gazetę i kubek po kawie, on się nigdy nie zmieni. Zaczęłam jeść, po dłuższej chwili ojciec dosiadł się do mnie, mimo to nie odezwał się ani słowem.
- Podwiozę cię do szkoły - oznajmił, kiedy wkładałam talerz do zlewu. - Muszę jechać do firmy, a twoja szkoła jest po drodze - dodał, jakby spodziewał się, że zaraz zapytam dlaczego chce to zrobić.
- Ok - mruknęłam tylko i wróciłam do szykowanie się.
Za dwadzieścia ósma wsiadłam z nim do samochodu, jechaliśmy w całkowitej ciszy, on skupiony na drodze, a ja obserwująca go kątem oka. Z gładko zaczesanymi włosami i w drogim garniturze wyglądał tak jak go zapamiętałam, do tego ta poważna mina. Naprawdę wyglądał jakby ktoś wyciągnął go z mojego koszmaru. Po kilku minutach dotarliśmy pod moją szkołę, bez słowa wysiadłam na zewnątrz.
- Miłego dnia - powiedział życzliwie i uśmiechnął się szeroko.
Skinęłam głową i zamknęłam drzwi, po czym samochód odjechał w siną dal. Patrzyłam się za nim z niedowierzaniem, to niemożliwe, żeby mój ojciec zjadł ze mną dwa posiłki i zawiózł mnie do szkoły. To musi być jakiś sen, z którego zaraz się obudzę i...
- Hej, hej, piękna, co robisz tu tak wcześnie? - Wzdrygnęłam się i spojrzałam na Sama. - Żyjesz? - zapytał ze śmiechem.
- Tak - odpowiedziałam bez przekonania.
- Nie musisz być taka rozmowna - zażartował ironicznie.
- Wybacz, mój mózg dopiero zaczyna swoją pracę. - Uśmiechnęłam się przepraszająco.
- Dobrze wiedzieć. - Zaczął chichotać.
- Ej! - Pacnęłam go w ramię, na co mój przyjaciel zaczął śmiać się głośniej.
Lekcje wlekły się w nieskończoność, za to przerwy z Samem i Priyą mijały w mgnieniu oka. Czwartą lekcją była geografia, na której mieliśmy kontynuować fascynujący temat Unii Europejskiej. Ledwo nasz nauczyciel wszedł do klasy, a już rzucił w moim kierunku:
- Renn, proszę przyjdź do mnie po lekcji.
- Do-dobrze - powiedziałam zdziwiona.
Przeskrobałam coś?

Sam
- Czego Farazowski od ciebie chce? - zapytałem zaskoczony.
- Sama chciałabym wiedzieć - mruknęła równie zaskoczona dziewczyna.
- Przeskrobałaś coś? - Uśmiechnąłem się łobuzersko.
- Ogólnie czy w ostatnim czasie? - Zrobiła zadziorną minę.
- Dobre pytanie. - Zaśmiałem się cicho pod nosem.
Reszta lekcji minęła w spokoju, połowa klasy prawie usnęła, niektórzy zapaleńcy robili notatki, a inni jak my grali w kółko i krzyżyk. Zadzwonił dzwonek, nasz wybawiciel. Renn szybko zerwała się ze swojego miejsca i podeszła do wychowawcy, porozmawiali chwilę, a potem wyszli z klasy. Ja też leniwym gestem zgarnąłem rzeczy do plecaka i ruszyłem na korytarz, jednak ktoś mnie zatrzymał.
- Sam, nie miałbyś nic przeciwko, żeby pomóc mi w bibliotece? - zapytał przyjaźnie Nataniel.
- Sorry, stary - Uśmiechnąłem się przepraszająco. - chętnie bym to zrobił, ale umówiłem się z Iris, że pomogę jej z chemią przed następną lekcją.
- Nie poświęcisz mi chociaż minutki z tego okienka? - Uśmiechnął się lekko, a w jego oczach widać było wyraźny krzyk o pomoc.
- Naprawdę chciałbym, ale mam plany, wybacz. - Rozłożyłem bezradnie ręce, a chłopak westchnął ciężko. - Może poprosisz Renn o pomoc? - zaproponowałem niezręcznie, po dłuższej chwili ciszy.
- Ta, pewnie, pójdę jej poszukać. Dobry pomysł - pochwalił mnie i poklepał przyjaźnie po ramieniu, a potem wyszedł.
W końcu i ja wyszedłem na zewnątrz, a tam czekała na mnie Iris.
- Długo ci zeszło - zauważyłam oburzona.
- Wybacz, Nataniel miał do mnie sprawę. - Podrapałem się w tył głowy. - To co dzisiaj omawiamy? - zapytałem ją radośnie.
Dziewczyna mocno się zarumieniła i cichym głosem odpowiedziała:
- Mam problem z zdaniem domowym.
- Którym? - Uśmiechnąłem się, żeby zachęcić ją do mówienia.
- Ka-każdym - mruknęła i speszyła się jeszcze bardziej.
- Coś na to poradzimy! - Objąłem ją ramieniem, żeby dodać jej otuchy.
Zaszyliśmy się razem w piwnicy, gdzie pomogłem zrozumieć Iris, o co chodziło w zadaniach i jak powinna je zrobić, zajęło nam to mniej czasu niż myślałem, a szkoda. Kiedy omówiliśmy już wszystko, co ją martwiło, a nawet jeszcze więcej postanowiliśmy rozejść się w swoje strony. Znaczy Iris postanowiła poszukać koleżanek, jak dla mnie mogliśmy spędzić te ostatnie dziesięć minut wspólnie, pech.
Zrezygnowany i bez pomysłu na to, co mam teraz ze sobą zrobić przypomniałem sobie o prośbę Nataniela. Nie wiedziałem, czy jeszcze mu się na coś przydam, ani czy nie wcisnął tej pracy komuś innemu, ale postanowiłem zajrzeć do biblioteki, a jeśli nikt nie będzie mnie potrzebował pójdę poszukać Reny.
Jak pomyślałem tak zrobiłem, w bibliotece było bardzo cicho, głównie dlatego, że nasza potworna bibliotekarka się rozchorowała, dzięki Bogu. Wszedłem głębiej w pomieszczenie, przy stolikach siedziało kilka osób, przy komputerach była jedna, o dziwo nie był to Armin, a przestrzeń między regałami wiała pustką. Nagle dobiegł mnie damski chichot, który z łatwością rozpoznałem, to była Priya.
- Jeżeli ta książka cię nie zachwyci, to nie wiem jaka by mogła - powiedział Nataniel z entuzjazmem.
- Prawdziwe dzieło, co? - zapytała z drwiną w głosie dziewczyna.
- Jeśli chodzi o kryminały to na pewno, oprócz tego jest tu jeszcze cała masa innych, dobrych powieści, tylko uważaj na jakie wydania trafiasz, niektóre są tu prawdopodobnie od zbudowania tej szkoły - ostrzegł ją żartobliwie.
- Zapamiętam to sobie.
Usłyszałem jak zaczynają się do mnie zbliżać, więc szybko wyszedłem im na spotkanie, żeby nie było, że ich podsłuchuje, czy coś.
- Tak myślałem, że was słyszę - powiedziałem na przywitanie.
- O, Sam, co tu robisz? - zapytała zaskoczona moim widokiem Priya.
- Skończyłem pomagać Iris w nauce, zostało mi trochę czasu i przyszedłem w razie gdyby Ntaniel potrzebował pomocy - wytłumaczyłem szybko.
- Och, to już nieaktualne, ja i Priya zrobiliśmy wszystko, co trzeba było, ale dzięki za pamięć... i chęci. - Spojrzał na mnie z wdzięcznością i uznaniem.
- Spoko, spodziewałem się, że może być już po sprawie kiedy tu przyjdę - przyznałem zażenowany.
- Zawsze pomocny, co? - Dziewczyna uśmiechnęła się chytrze.
- Znasz mnie, staram się jak mogę. - Skłoniłem się lekko.
Brunetka zachichotała pod nosem.
- Znacie się? - zapytał zaskoczony chłopak.
- Tak, chodziliśmy w gimnazjum do jednej klasy - wytłumaczyłem mu nieco rozbawiony jego reakcją. Naprawdę powinien przywyknąć, że ja i Renn znamy sporo różnych osób.
- Ale tylko przez niecały rok - zaznaczyła szybko dziewczyna.
- Wow, a to niespodzianka - mruknął blondyn bardziej do siebie niż do nas.
W tym samy czasie podszedł do nas Lysander i nieco onieśmielony zapytał cicho:
- Przepraszam, że wam przeszkadzam, ale nie widzieliście mojego notatnika?
Ja i Nataniel wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia, a Priya wyglądała na zdezorientowaną.
- Pójdę sprawdzić, w pokoju gospodarzy - zakomunikował głośno blondyn i uciekł z całej sytuacji. No pewnie, jak trzeba zająć się prawdziwym problemem to on zwiewa. Niefajnie, stary, niefajnie. Nie zapomnę mu tego.
- Ok, pamiętasz gdzie go zostawiłeś? - Spojrzałem w skupieni na Lysandra.
- Naprawdę mnie o to pytasz? - Spojrzał na mnie z wyrzutem w oczach.
- Racja, głupie pytanie - przyznałem, a w myślach solidnie uderzyłem się ręką w czoło. - Kiedy ostatni raz go używałeś?
- Na geografii - przyznał z poczuciem winy.
- A kiedy zorientowałeś się, że go zgubiłeś?
- Pięć minut temu na korytarzu.
- Świetnie, to już coś! - zauważyłem z nieskrywana radością i zacząłem się zastanawiać, gdzie mógł być notatnik. - Może został w klasie?
- Nie, sprawdzałem tam.
- Może jest w miejscu, gdzie siedziałeś wcześniej.
- To też sprawdziłem.
- Przepraszam - wtrąciła nagle Priya. Spojrzała na Lysandra i spokojnym tonem zapytała: - Czy twój notatnik to gruby zeszyt w twardej, ciemnobrązowej okładce? - zapytała uprzejmie.
- Tak, tak wygląda - odpowiedział nieco głośniej niż zwykle, w jego głosie dało się wyczuć napięcie.
- W takim razie, chyba znalazłeś swoją własność. - Dziewczyna wyciągnęła z plecaka zgubę i podała ją właścicielowi. - Leżał na korytarzu, miałam go oddać Natanielowie, ale zagadaliśmy się i kompletnie o nim zapomniałam - przyznała nieco zawstydzona.
- Dziękuję bardzo, jestem ci ogromnie wdzięczny. - Lysander lekko skinął głową.
- To nic takiego! - Dziewczyna uniosła ręce w obronnym geście. - Po prostu go podniosłam, ale ciesze się, że wrócił do swojego właściciela. - Zaśmiała się przyjaźnie.
Chłopak podziękował jej jeszcze raz i poszedł w swoją stronę. Spojrzałem na Priyę i z sugestywnym uśmieszkiem powiedziałem do niej:
- Ty to umiesz zjednać sobie ludzi.
Nic nie odpowiedziała, tylko się do mnie szeroko uśmiechnęła.

Renn
Dzwonek oznajmił koniec geografii, zerwałam się ze swojego miejsca niczym błyskawica i podeszłam do Farazowskiego.
- Miał pan do mnie jakąś sprawę, o co dokładnie chodzi? - zapytałam poddenerwowana.
- To nic poważnego! - uspokoił mnie natychmiast, kiedy zobaczył jak mocno spięta jestem. - Mam dla ciebie kilka dokumentów. - Uśmiechnął się i zaczął przeszukiwać sterty papierów na swoim biurku. - Najwyraźniej zostawiłem je w pokoju nauczycielskim. - Zaśmiał się speszony.
- Możemy po nie iść - zaproponowałam nieśmiało.
- Doskonały pomysł, pozwól za mną!
Szybkim krokiem opuściliśmy salę i doszliśmy pod pokój grona pedagogicznego. Fraziu wyciągnął swój bezcenny klucz, otworzył tajemne wrota i wpuścił mnie do środka jak prawdziwy dżentelmen, za co podziękowałam mu skinieniem głowy.
- Daj mi sekundkę, muszę je znaleźć - mruknął na jednym wdechu i z roztargnieniem zaczął biegać po pomieszczeniu, aż dostał w swoje ręce chudą, granatową teczkę. - Proszę bardzo. - Podał mi ją z wielkim uśmiechem.
- Dziękuje - mruknęłam i wzięłam ją z jego rąk, a potem spojrzałam na niego czekając na instrukcję co mam z tym zrobić. Nastała niezręczna cisza.
- Co-coś nie tak, Renn? - zapytał zaskoczony i  zażenowany całą sytuacją pedagog.
- Nie, ja tylko... - Zarumieniłam się lekko. - Co ja mam z tym zrobić, panie profesorze? - zapytałam go z bezradnością wymalowaną na twarzy. Czułam się zagubiona jak nigdy.
- To twój tata nic ci nie mówił? - Zdziwienie na twarzy Farazowskiego mocno rzucało się w oczy.
- Mój tata? - Czułam jak nogi się pode mną uginają.
- Tak, był tu dzisiaj z samego rana. Rozmawialiśmy o tobie, twoich ocenach i o tym jak radzisz sobie w szkolę, poprosił mnie także o wykaz ocen i obecności, ale nie miałem go pod ręką. Twój tata bardzo się spieszył, a ja zapomniałem zapytać go o numer kontaktowy, dlatego chciałbym, żebyś przekazałam mu tę teczkę. - Uśmiechnął się lekko. - Renn, wszystko z tobą w porządku? Jesteś biała jak ściana - zauważył zmartwiony mężczyzna.
- Nic mi nie jest, proszę pana - odpowiedziałam zdrętwiałym wargami. - Przekażę to tacie i dam mu pański numer. - Uśmiechnęłam się krzywo.
- Doskonale. - Zadowolony nauczyciel klasnął w ręce. - Powiedz mu, że czekam na jego telefon.
- Do-dobrze - mruknęłam i wyszłam z pokoju nauczycielskiego.
Moja głowa była dziwnie lekka, a ciało poruszało się samo. Znowu poczułam to dziwne uczucie bycia kontrolowanym, było takie samo jak kiedyś, ten człowiek powoli zaczął mnie osaczać i przejmować władzę nad każdą sferą mojego życia. Dlaczego tego nie przewidziałam? ...Niewłaściwe pytanie. Dlaczego myślałam, że tak się nie stanie? Gdzieś głęboko w sercu czułam się zawiedziona, chyba sądziłam, że on naprawdę może się zmienić, że mój ojciec może znowu być moim ojcem, a nie tyranem domowym najgorszego sortu. Głupie życzenia, naiwne myślenie i wściekłość na samą siebie sprawiły, że mimowolnie zacisnęłam ręce w pięści tak mocno, aż moje kłykcie pobielały.
Musiałam zmierzyć się z prawdą, ten człowiek przyjechał tu w jakimś celu i na pewno miało to coś wspólnego ze mną. Chciał mnie wykorzystać? Najprawdopodobniej. Do czego? Nie wiem, możliwości było sporo, najpewniej chodziło o interesy.
Pogrążona w czarnych myślach zaszyłam się w najgłębsze zakamarki szkoły, odczekałam trochę czasu, aż opanuje własne emocje i przejrzałam teczkę, którą dostałam od Frazia. Nauczyciel nie kłamał, w środku naprawdę była listy moich nieobecności i ocen, ale nie były to dokumenty dotyczące tylko tego roku szkolnego. To były dokumenty dotyczące całej mojej edukacji w tej placówce! Zdenerwowana wyszarpnęłam moją komórkę z kieszeni spodni i zadzwoniłam do tego człowieka, odebrał po trzecim sygnale.
- Hej, skarbie, masz do mnie jakąś sprawę? - zapytał uprzejmie.
- Byłeś w mojej szkole? - bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
- To dziwne? - Zaśmiał się jakby opowiedziała mu najlepszy żart pod słońcem. - Jestem twoim ojcem, to normalne, że interesuje się twoimi postępami w nauce - powiedział jakby to było oczywiste, mogę przysiąc, że kiedy to mówił wywrócił oczami.
- Jestem dorosła, nie traktuj mnie jak dziecko - warknęłam gardłowo.
- Ależ ja wcale tego nie robię. - Znowu się zaśmiał. - Poza tym muszę cię mocno pochwalić, twoje oceny są fantastyczne, co prawda jest tam kilka czwórek, a chemia wygląda okropnie, ale oprócz tego wszystko jest i-de-al-nie. Trochę gorzej jest z nieobecnościami, musisz nad tym popracować, a wtedy wszystko będzie dobrze - wypowiedział niby lekko, ale wyczułam, że pod spodem to rozkaz. - Nie sądzisz? - zapytał z groźną nutą i ostrzeżeniem w głosie.
- T-ta - przyznałam wbrew sobie. - Zrobię coś z tym.
- Doskonale, a i jeszcze jedno, żeby ci w tym pomóc cofnąłem twoje pozwolenie na decydowanie o samej sobie w sprawach szkolnych.
Trafił w dziesiątkę, ta uwaga wywołała u mnie nagły napad rezygnacji. Zamilkłam.
- Masz coś jeszcze do dodania?
- Mój wychowawca kazał przekazać ci swój numer telefonu. Chcę, żebyś się z nim dzisiaj skontaktował - zakomunikowałam dziwnie pustym i bezbarwnym tonem.
- Wyślij mi go SMS-em - polecił twardo, a potem rozłączył się bez pożegnania.
Schowałam telefon do kieszeni i z rezygnacją oparłam się plecami o ścianę. Myślałam, że wyleczyłam się z jego wpływu, że nigdy więcej nie będę musiała się z nim mierzyć. Naiwniara, jaka ze mnie jest cholernie głupia naiwniara...
Ta sytuacja mocno nadszarpnęła mojego ducha, jak wcześniej byłam w stanie zachowywać pozory dobrego humoru, tak teraz nie mogłam się nawet uśmiechnąć. Mięśnie mojej twarzy i głos całkowicie wyrwały się spod mojej kontroli, wiedziałam, że Sam to w końcu zauważy, a potem zacznie pytać, ale, o dziwo, do końca dnia nic się nie stało. Przyniosło mi to drobne poczucie ulgi, nie miałam ochoty dzielić się z nim informacją o „odwiedzinach” ojca. Gdybym zaczęła mu o tym opowiadać na pewno popłakałabym się po kilku zdaniach, a to oznaczało przyznanie się do tego, że ten człowiek złamał mojego ducha i pokonał mnie na własnym podwórku. Tak się nie stanie, nie pozwolę mu po raz kolejny wrzucić się w ten koszmar, nie poddam się.
Zajęcia dobiegły końca, powitałam to z dużą ulgą, ponieważ zaraz po nich czekała mnie praca w kawiarni. Tam nie będzie czasu na rozmyślanie o mojej relacji z ojcem, po prostu rzucę się w wir pracy i zapomnę o tej przytłaczającej sytuacji.
Pokrzepiona tymi myślami dotarłam do „Raju”, przebrałam się w swój strój i przywitałam Klarę, która dzisiaj miała dotrzymać mi towarzystwa, a wszystko dlatego, że Armin i Alexy wybrali się na jakiś rodzinny wypad do kina czy na inną wystawę.
Praca szła mi doskonale, stało się dokładnie to, o czym przed chwilą napisałam, zapomniałam. Całkowicie skupiłam się na pracy i klientach, znowu zaczęłam się uśmiechać, mój głos nie drżał kiedy się odzywałam, sytuacja zostało opanowana. Do czasu, kiedy nie zobaczyłam, że on tu był. Było już późno, zostały niecałe dwie godziny do zamknięcia, a on siedział przy stoliku w kącie i czytał jakieś papiery. Wszystkie uczucia, które pojawiły się po naszej telefonicznej rozmowie zaczęły do mnie wracać. Nie chciałam tam iść, ale tego wymagała ode mnie praca, byłam kelnerką, a on gościem, moim zadaniem było go obsłużyć, czy tego chciałam czy nie.
Odetchnęłam głęboko próbując zapomnieć, że to on. To tylko zwykły klient, biznesmen jakich wiele, nie pierwszy, którego widzę i nie ostatni. Będzie dobrze, Renn. Dasz radę, mała. To po prostu klient, który wracając z pracy do domu nabrał ochoty na kawę. Spokojnym krokiem ruszyłam w stronę jego stolika.
- Dzień dobry, co panu podać? - zapytałam z wyćwiczonym profesjonalizmem. Starałam się najmocniej jak mogłam, żeby zachować panowanie nad własnym głosem.
- Co za profesjonalizm - zauważył z rozbawieniem mężczyzna. - Chciałbym mocną czarną kawę z cukrem.
- Zaraz przyniosę. - Skłoniłam się lekko i na sztywnych nogach poszłam do lady.
Klara szybko uporała się z zamówieniem, na moje nieszczęście, a ja zaniosłam je jemu. Tym razem nic nie odpowiedział, co mnie zdziwiło. Potem obsłużyłam jeszcze kilku gości obserwując go kątem oka, a kiedy skończyłam wróciłam do mojej koleżanki.
Nagle on wstał z miejsca i podszedł do nas, wyglądał bardzo poważnie i z powagą oświadczył nam:
- Chciałbym porozmawiać z szefową.
Spojrzałyśmy na siebie z zaskoczeniem.
- Jak pan sobie życzy - mruknęła speszona Klara i pobiegła do biura.
Wróciła po kilku minutach z niską kobietą przy kości, w średnim wieku.
- W czym mogę panu służyć? - zapytała z chłodną uprzejmością moja szefowa.
- Możemy zamienić słówko? - zaproponował z lekkim uśmiechem.
- Oczywiście, byle szybkie.
Szefowa i mój ojciec usiedli przy jego stoliku rozmowa wyglądała na spokojną, ale to były tylko pozory,  ponieważ kiedy szefowa ponownie do nas podeszła wyglądała na roztrzęsioną i przestraszoną. Nie wiem, czym ten człowiek musiał jej grozić, skoro ona, zazwyczaj chłodna i zdystansowana kobieta, drżała teraz jak osika.
- Renn - Spojrzała na mnie twardo. - od dzisiaj już tu nie pracujesz - oznajmiła chłodno i poszła w kierunku swojego biura.
- Słucham?! - zapytał zszokowana.
- Przebierz się i wyjdź.
Byłam w szoku, Klara też. Przecież nie zrobiłam niczego złego, wręcz przeciwnie zawsze szanowałam tę robotę. Czego ten drań jej naopowiadał?! Emocje ze szkoły powróciły, bez sił i chęci przebrałam się w swoje ciuchy, a potem opuściłam „Raj”, już na dobre.
Wyszłam na ulicę, gdzie stał jego samochód, a on sam siedział już w środku. Niechętnie, ale jednak wsiadłam do pojazdu. Nie odezwał się do mnie ani słowem, tylko patrzył przed siebie, zrobiłam to za niego:
- Dlaczego? - spytałam udręczona.
- Dlaczego co, skarbie? - dopytał mnie lekko, jakby nie wiedział, o co mi chodzi.
- Dlaczego kazałeś mnie zwolnić? - ledwo powstrzymałam się od dodania czegoś bardziej siarczystego.
- Kazałem cię zwolnić? - Zrobił zdziwioną minę. - Ja tylko porozmawiałem z tą kobietą.
- Aha - mruknęłam bez przekonania. - W takim razie potrzebna mi nowa praca - powiedziałam do siebie i kompletnie zignorowałam obecność mężczyzny.
- Nie potrzebujesz pracy - warknął groźnie.
- Dlaczego? - Moja twarz stała się nieprzeniknioną maska.
- Jesteś Perry, dziewczyno, a my nie pracujemy w podrzędnych sklepach, ani tanich kawiarenkach. Powinnaś znaleźć coś ambitniejszego jak modeling albo aktorstwo. - Spojrzał na mnie z wyższością.
No tak, przecież fakt, że mamy pieniądze stawia nas na równi z bogami, prawda? Nie bądź śmieszny!
Zajechaliśmy pod dom, bez słowa wysiadłam z auta i weszłam do środka, on zrobił to zaraz za mną.
- Na kolację jest kurczak z ryżem...
- Nie jestem głodna - przerwałam mu twardo w połowie zdania.
- Słucham? - zapytał poważnie i ostrzegawczo.
- To był długi dzień, jestem zmęczona. - Odwróciłam się do niego plecami, żeby nie musieć na niego patrzeć chociaż minutę dłużej.
- Rozumiem, w takim razie dobranoc - życzył mi uprzejmie.
Skinęłam głową i uciekłam do pokoju. Błagam, niech on już zniknie.

Sam
Z Reną było coś nie tak. W poniedziałek była pełna życia, energii i humoru, a teraz wyglądała jak trup, była bladsza, cichsza i unikała towarzystwa innych, a zwłaszcza mojego, za wszelką cenę. Zaczepiałem ją, chodziłem za nią, ale nie dawała mi żadnych odpowiedzi. Do tego chłopcy też ostatnio stali się mocno zajęci, więc nie miałem z kim podzielić się moimi myślami i spostrzeżeniami.
Zmęczony brakiem odpowiedzi postanowiłem, że skoro Renn nie chcę przyjść do mnie, to ja przyjdę do niej i zmuszę ją do gadania. Dlatego po szkole przyszedłem do kawiarni, tutaj nie będzie mogła ode mnie uciec. Zająłem miejsce przy stoliku i czekałem, aż do niego podejdzie. Czekanie przedłużało się, powoli zaczynałem się nudzić. No dalej, Renn, chodź tu!
- Dzień dobry, czy mogę przyjąć pańskie zamówienie? - zapytał damski głos. Niestety nie należał do osoby, którą chciałem zobaczyć, ale był równie znajomy.
- Priya, co ty tutaj robisz? - zapytałem zaskoczony, kiedy zobaczyłem ją nad sobą.
- Wpadłam napić się czegoś ciepłego i... Powiedzmy, że to dość długa historia. - Uśmiechnęła się krzywo.
- Opowiesz mi ją w skrócie? - Spojrzałem na nią prosząco.
- W skrócie, pomagam Arminowi i Alexy'emu w pracy.
- Dokładnie, więc albo coś zamawiasz albo gadasz - powiedział do mnie Armin, który akurat przechodził obok. Wyglądał na niezadowolonego.
- Tak jest, proszę kawę z mlekiem. - Uśmiechnąłem się do dziewczyny najszerzej jak mogłem.
- Się robi. - Zasalutowała mi żartobliwie i poszła pod ladę.
Postanowiłem pójść za jej przykładem i sam przeniosłem się pod kontuar, gdzie Alexy przygotowywał kilka zamówień naraz.
- Hej - przywitałem go radośnie. - Jesteś zabiegany - stwierdziłem oczywistą oczywistość.
- Tak, nie mamy dużego ruchu, ale ciągle jest nam ciężko dopasować się do rytmu pracy. - Chłopak był tak zajęty nalewaniem kawy, że nawet na mnie nie spojrzał.
- Właśnie dlatego im pomagam, nie mogę patrzeć jak potykają się o własne nogi - zwróciła się do mnie Priya.
- Bez przesady! - zawołał oburzony chłopak.
Zaśmiałem się pod nosem.
- Twoja kawa - Alexy podał mi kubek ciepłego płynu.
- Dzięki. - Upiłem duży łyk. - Skoro jesteście tu sami, to gdzie jest Rena? - zapytałem lekko.
Nagle chłopak ucichł. Spojrzałem na niego zaskoczony, rzadko zdarzało się, że milkł kompletnie.
- To ty nic nie wiesz? - zapytał zdziwiony.
Spojrzeliśmy na siebie z Priyą zaskoczeni, Renn czegoś mi nie powiedziała?
- O co chodzi? - zapytała zamiast mnie zaskoczona dziewczyna.
- Renn została zwolniona - odpowiedział konspiracyjnym szeptem chłopak.
- Słucham?! - krzyknąłem zaskoczony. - Jak to zwolniona?!
- Też byliśmy w szoku. - Armin podszedł do nas, dał Alexy'emu kilka karteczek z zamówieniami i oparł się o ladę. - Akurat mieliśmy wolne, a Renn została na zmianie z Klarą. Podobno przyszedł tu jakiś gość w garniturze i...
- Biznesmen - dodał Alexy, a brat spojrzał na niego z wyrzutem za to, że mu przerwał.
- Został obsłużony, a jakiś czas później podszedł do lady i zażądał rozmowy z szefową. Szefowa przyszła, usiedli przy jego stoliku, porozmawiali, a później, ni z tego, ni z owego, Renn została zwolniona.
- Może popełniła jakiś błąd? - zapytała zamyślona dziewczyna.
- Wątpię - mruknąłem.
- A nawet jeśli to nie powód by od razu zwalniać pracownika - dodał Alexy.
- Poza tym Rena pracowała tutaj prawie rok.
- W takim razie nie wiem, dlaczego tak się stało. - Priya zrobiła zmartwioną minę,
Resztę kawy upiłem w ciszy, podziękowałem chłopakom za informację i wyszedłem na zewnątrz. Zmartwiony i poddenerwowany wyciągnąłem telefon i zdzwoniłem do głównej zainteresowanej, Nie odebrała, oczywiście. Wybacz, mała, ale następnym razem ci nie odpuszczę.
Po drodze do domu ponownie minąłem liceum, gdzie zauważyłem jak na dziedzińcu stoi niska blondynka, z pofarbowanymi na różowo końcówkami. Rozpoznałem ją prawie natychmiast, to była fanka Lysandra, Nina. Dziewczynka wyglądała na zmartwioną, może bym do niej podszedł i z nią porozmawiał, ale nie miałem do tego głowy. Sorry, dzieciaku, może następnym razem.

Renn
Z westchnieniem odstawiłam pusty kubek po kawie na blat biurka, ślęczałam nad książkami całe popołudnie. Z dwojga złego wolałam chemię, niż spędzanie czasu z nim. Minęły dwa dni, od kiedy przestałam chodzić do pracy, ciężko było mi przywyknąć do tego braku zajęcia. Może i bym się z tego cieszyła, gdyby nie to, że on ciągle tutaj jest. Świadomość jego obecności dobija mnie najbardziej, do tego Sam, który bezustannie wydzwania albo zaczepia mnie na korytarzu, bo wie, że coś się dzieje. No i jeszcze bliźniacy, którzy wypytywali mnie wczoraj dlaczego zostałam zwolniona...
Podniosłam się gwałtownie z krzesła, dość myślenia o tym wszystkim. Chwyciłam kubek i poszłam na dół, potrzebuję kawy. Cicho niczym mysz zeszłam ze schodów, wtedy zaczęły docierać do mnie dźwięki rozmowy:
- Resztę uzgodnimy jutro... Tak, tak, wiem... Nie powinni być tacy sceptyczni! Nie ma doświadczenia, ale ma coś lepszego... To chyba oczywiste? Po pierwsze nazwisko, a po drugie prezencje... Zapewniam cię, pracowała już przed aparatem - Mój ojciec rozmawiał z kimś przez telefon. Skarciłam się za ten mały atak paranoi i śmiałym krokiem ruszyłam w stronę ekspresu, kiedy tylko to zobaczył szybko zakomunikował swojemu rozmówcy: - Przepraszam, ale coś mi wypadło, muszę kończyć. - Rozłączył się i schował telefon do kieszeni. - Coś się stało, skarbie? - zapytał mnie uprzejmie.
- Zeszłam po kawę - mruknęłam bez większych emocji.
- Rozumiem, a jak tam nauka?
- Dobrze.
- Aha, to świetnie. - Chwyciłam kubek z gotową już kawą i odwróciłam się, żeby wyjść, wtedy nagle odezwał się do mnie jeszcze milej niż zazwyczaj: - Jutro nie będę mógł zawieść cię do szkoły, z samego rana jadę na ważne spotkanie.
Skinęłam głową i ze wszystkich sił starałam się, żeby wyraz wielkiej ulgi, jaką właśnie zaczęłam odczuwać, nie pojawił się na mojej twarzy.
- W zamian za to chciałbym, abyśmy wyskoczyli w weekend do miasta. - Uśmiechnął się szeroko.
- Po co? - zapytałam spanikowana.
- Żeby spędzić ze sobą trochę czasu, zabiorę cię do restauracji, pójdziemy na zakupy, jeśli chcesz i...
- To konieczne? - Spojrzałam mu prosto w oczy.
- Jesteś moją córką i chcę spędzić z tobą dzień, chyba mogę? - W jego oczach czaił się cień irytacji.
- Pe-pewnie, zobaczymy - mruknęłam cicho i pobiegłam na górę jak tchórz.
Wpadłam do pokoju i zamknęłam drzwi na klucz. Byłam sfrustrowana i zła, na niego, na mnie, na świat, za spłatanie mi tak okrutnego żartu, i w ogóle. Mimo to mój mózg pracował, wiedziałam, że nie przyjechał tu tylko dla samej chęci odnowienia rodzinnych więzi, chciał na mnie zarobić, ponownie. Tym razem padło na jakąś reklamę. Momentalnie przypomniałam sobie o jego prezencie, tak to musiało być to! Chciał, żebym zareklamowała produkty tej firmy, ale ja się nie dam. Może kontrolować moje oceny, może zmusić mnie do siedzenia w domu, ale nie pozwolone na to, żeby ponownie uczynił mnie chodzącą reklamą i pacynką, którą można rzucać z kąta w kąt. Nie tym razem!
Następnego dnia rano obudziłam się sama w domu i nie ukrywam, że bardzo się z tego ucieszyłam. Pierwszą rzeczą jaką zrobiła było wylanie do zlewu zawartości każdej buteleczki, która znalazła się w „prezencie”. Następnie wyrzuciłam je do śmietnika w nieprzezroczystej paczce, tak na wszelki wypadek, gdyby zdecydował się ich poszukać. To marna osłona, ale jedyna jaką udało mi się znaleźć.
Reszta poranka minęła spokojnie, tak samo jak droga do szkoły, w której postanowiłam zrealizować dalszą część planu, czyli dowiedzieć się, jak najwięcej tylko mogę o firmie LaGlamour. Niestety po drodze natknęłam się na osobę, której nie chciałam spotkać.
- Rena, musimy pogadać! - zażądał zdeterminowany Sam.
- Tak, o co chodzi? - zapytał z fałszywym uśmiechem na ustach.
- Ty mi powiedz. - Spojrzał na mnie z oskarżeniem w oczach. - Od kilku dni zachowujesz się dziwnie, unikasz mnie, nie odpowiadasz na telefony i SMS-y, a wczoraj dowiedziałem się, od ALEXY'EGO, że TY zostałaś zwolniona z pracy. Co jest grane? - Jego wzrok złagodniał.
- Wybacz, ale nie mogę ci powiedzieć, jeszcze. - Uciekłam spojrzeniem przed jego zielonymi oczami.
- Wpakowałaś się w kłopoty? - zapytał autentycznie zmartwiony
- Nie naciskaj - ostrzegłam go.
- Sprawy rodzinne?
- Powiem ci w swoim czasie - odpowiedziałam wymijająco i to, chyba, mu wystarczyło.
- Obiecujesz? - Położył mi ręce na ramionach i zmusił bym spojrzał mu w twarz.
- Obiecuje.
Dwie pierwsze lekcję minęły szybko i zaczęło się nasze okienko, na którym schowałam się w bibliotece. Usiadłam przy najdalszym stanowisku komputerowym i szukałam wszystkiego, co może mieć znaczenie lub okazać się przydatna w moim małym dochodzeniu. Po przejrzeniu kilku stronek plotkarskich natrafiłam w końcu na coś bardziej wartościowego, jedna z takich stron opublikowała artykuł, że popularna marka, LaGlamour właśnie, zdecydowała się zatrudnić do najnowszej reklamy pewną celebrytkę, która ponoć jest młodą kobietą. Autor tekstu rozważał czy ten wybór nie jest zbyt ryzykowny i jak odbije się on na kampanii produktu oraz reputacji samego przedsiębiorstwa. Na sam koniec podana został informacją, że już niedługo praca nad reklamą się zacznie, a ona sama powinna pojawić się na początku nowego roku.
Wniosek był jeden, tutaj faktycznie mogło chodzić o mnie. Dostałam produkty do wypróbowania, kiedyś byłam uważana za swego rodzaju celebrytkę, miałam doświadczenie w rzeczach tego typu, a ojciec bardzo upierał się, żeby jechać jutro w weekend do miasta, gdzie była jedna z wielu filii LaGlamour.
Gorączkowo myślałam nad tym, jak się od tego wymigać. Najlepiej byłoby, gdyby zrobiła coś z włosami, powinnam je obciąć albo pofarbować albo zrobić to i to.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł - usłyszałam zza regałów dziewczęcy, znudzony głos.
- Wystarczy ze staniecie na czatach i już - prychnęła inna dziewczyna.
- Ale Amber, a co jeśli ktoś cię zobaczy?
- Właśnie po to ty i Charlotte zostaniecie na czatach!
- Ro-rozumiem - mruknęła speszona Li.
- Naprawdę chcesz to zrobić nowej? Może lepiej jej odpuść albo wymyśl coś innego.
- Doskonale wiem, co robię.
- Skoro tak twierdzisz. - Charlotte wyszła zza regałów razem z Li, nie widziały mnie. Po chwili Amber również opuściła bibliotekę.
Nie wiem, co planują, ale wątpię, żeby Priya nie dała sobie z tym rady. Wybacz, Blondi, ale dzisiaj pożałujesz swoich głupich pomysłów.

Sam
- Poczekaj, aż będzie gotowa, nie naciskaj na nią - powtórzyła mi po raz setny Priya.
- Wiem, wiem, ale to... - Westchnąłem ciężko.
- Jesteście najlepszymi przyjaciółmi, to normalne, że się o siebie martwicie. - Chcąc dodać mi otuchy położyła swoją rękę na moim ramieniu.
- Dzięki. - Uśmiechnąłem się z wdzięcznością. - Za wszystko.
- Daj spokój, znamy się nie od dziś. - Machnęła lekceważąco dłonią i otworzyła swoją szafkę, żeby włożyć do niej niepotrzebne książki. - Poza tym, skoro Renn obiecała, że opowie o tym w odpowiednim czasie, to znaczy, że to zrobi. Ona nigdy nie rzuca słów na wiatr.
- Prawda. - Zauważyłem ruch za plecami dziewczyny.
- Musimy być cierpliwi i wspierać ją w miarę naszych możliwości. - Amber podkradała się do nas. Ledwo widocznym ruchem głowy dałem znać mojej rozmówczyni, że ktoś jest za nią. W odpowiedzi skinęła głową, że rozumie.
- Masz całkowitą rację, po prostu poczekam - powiedziałem normalnym głosem dla zmyłki.
Priya ustawiła się w lekkim rozkroku, w tym samym momencie Amber chwyciła ją za kosmyk włosów i przyłożyła do niego nożyczki. Moja koleżanka okazała się jednak szybsza i sprawnie złapała Blondi za dłoń z nożyczkami.
- Coś nie tak, Amber? - zapytała ją z drwiną w głosie. Siostra Nataniela zrobiła przerażoną minę. - Rozumiem, że mnie nie lubisz, ale sięganie po tak brudne i dziecinne sztuczki jest śmieszne. - Brunetka jednym, mocny szarpnięciem wyrwała przedmiot z dłoni blondynki.
- Ja... - Amber nie wiedziała jak może wybronić się z tej sytuacji.
- Chciałaś mi obciąć włosy, prawda? Wiesz, już kiedyś miała krótszą fryzurę niż teraz i w sumie nie miałabym nic przeciwko, żeby znowu się tak obciąć, a ty? Nie chcesz podciąć paru końcóweczek? - zapytała z chytrym uśmieszkiem na ustach.
Blondi zaniemówiła, wiedziała, że tym razem trafiła na lepszą od siebie i nie uda jej się wyjść z tego starcia bez szwanku.
- Szczerze, to bardzo chętnie bym ci odpuściła, ale wtedy niczego by cię to nie nauczyło. - Brunetka szybkim ruchem chwyciła włosy siostry głównego gospodarza i jednym, płynnym ruchem obcięła większość z nich. - Takie są konsekwencje głupiego zachowania - mruknęła i podała mi nożyczki.
Amber spojrzała na nią ze łzami wściekłości w oczach i uciekła. Po drodze wpadła jeszcze na Kastiela, który akurat wyszedł zza zakrętu, ten spojrzał na nią i parsknął pod nosem. Blondi całkowicie się rozkleiła i uciekła w kierunku toalet.
- W życiu nie widziałem, żeby ktoś utarł jej tak nosa. Dobra robota. - Spojrzał na nas rozbawiony.
- Należało jej się - powiedziała absolutnie przekonana do swoich racji, Priya.
- Zdecydowanie.
- Nie jestem fanem takich rozwiązań - mruknąłem cicho. - Ale jak raz muszę się zgodzić. - Uśmiechnąłem się lekko i oddałem Priyi nożyczki należące do Blondi.

Renn
Resztę okienka spędziłam na wydzwanianiu do wszystkich salonów fryzjerskich w mieście, niestety nikt nie miał wolnego terminu. Czego ja się spodziewałam? Na szczęście włosy mogłam pofarbować sama, zanim on wróci do domu, a obcięcie ich zostawić na później albo w ogóle z niego zrezygnować.
Po okienku rozpoczęła się ostatnia na dziś lekcja, wychowanie fizyczne, podczas której Priya i Sam opowiedzieli mi o nieudanym żarcie Amber oraz o tym jak został on obrócony przeciwko niej, co wyjaśniało dlaczego ani Blondi, ani jej świta nie przyszła na lekcję. Osobiście nie podobało mi się to, co Priya jej zrobiła, ale za własną głupotę się płaci.
W każdym razie lekcja mijała nam spokojnie, jeśli granie w siatkówkę można nazwać spokojnym, ale nie narzekam, chłopcy musieli grać w kosza. Po czterdziestu minutach pan Borys puścił nas do szatni, wszyscy jak najszybciej próbowali się zmyć, żeby nie sprzątać, niestety ja i Priya byłyśmy za wolne. Nauczyciel poprosił nas o zebranie piłek i złożenie siatki, po czym uciekł do pokoju nauczycielskiego na zebranie.
- To nie jest mój szczęśliwy dzień. - Westchnęła udręczona Priya.
- Nie mów więcej, wiem, co masz na myśli. - Zaśmiałam się ponuro.
Moja przyjaciółka rzuciła mi badawcze spojrzenie i bez słowa zabrała się za sprzątanie. Wiedziałam, że chciała mnie o coś zapytać, ale się powstrzymała.
W przyjemnej ciszy pozbierałyśmy piłki i zaniosłyśmy je do kantorka, potem wróciłyśmy, żeby zdjąć siatkę, wtedy pojawił się problem.
- Ja pociągnę w tę stronę, a ty przytrzymasz - powiedziała gestykulując spokojnie.
- Ok.
Zabrałyśmy się do pracy, niestety siatka była oporna i podczas, gdy ja mocowałam się z nią z prawej strony, Priya nagle szarpnęła ją w przeciwnym kierunku. Po całej hali poniósł się dźwięk rozrywanego materiału, a my obie upadłyśmy na ziemię z kawałkami siatki w rękach.
- Cholera! - syknęłyśmy jednocześnie.
- Czemu nią szarpnęłaś? - zapytałam dziewczynę spokojnie, bez śladu pretensji w głosie.
- Bo nie mogłam jej odczepić od słupka. Mamy bardzo przerąbane? - zapytała z lekkim uśmieszkiem.
- Zależy jak na to spojrzysz, jeśli damy się z nią przyłapać to na pewno dostaniemy karę, ale jeśli wystarczająco szybko zakopiemy ją gdzieś w kantorku to ujdzie nam to na sucho. Co wybierasz? - zapytałam z chytrym uśmieszkiem.
- Do kantorka!
W kilku szybkich ruchach zebrałyśmy się z podłogi i poszłyśmy do kantorka, gdzie w jednym z kątów upchnęłyśmy zepsuty sprzęt. Sytuacja została opanowana, a my zaczęłyśmy chichotać pod nosem, żeby rozładować napięcie, jednak moja radość szybko minęła, a Priya to zauważyła.
- Ostatnio jesteś bardzo przygaszona, Sam się o ciebie martwi - powiedziała jakby mówiła o zmianie w pogodzie.
- Wiem. - Spuściłam wzrok.
- Ciężko jest mu cię obserwować i nic nie robić.
- Wiem.
- Ciągle mu powtarzam, że sama do niego przyjdziesz i opowiesz mu o swoich problemach, ale to go nie pociesza.
- Wiem.
- Jeśli to coś, o czym boisz się z nim rozmawiać, to możesz pogadać o tym ze mną. - Posłała mi delikatny, ciepły uśmiech.
Odwzajemniłam go, ja i Priya nie mogłybyśmy nazwać się najlepszymi przyjaciółkami, spędziłyśmy ze sobą za mało czasu, żeby zawiązała się między nami taka relacja. Jednak zawsze ufałam tej dziewczynie, wiedziałam, że ma swoje zasady, których się trzyma i nigdy nie mówi o nikim źle, ani nie wyjawia cudzych tajemnic.
- Mój ojciec wrócił do miasta - powiedziałam z wahaniem, a mój głos się załamał.
- Rozumiem, w czym jest problem? - zapytała delikatnie.
- On i ja... Zawsze lubił trzymać rękę na pulsie, dlatego rodzice się rozwiedli, a teraz... - Nie mogłam wykrztusić nic więcej.
Priya wyglądała na zaskoczoną tym, że moi rodzice nie są już ze sobą, ale nie poruszyła tego tematu. Zamiast tego w ciszy czekała, aż zbiorę się w sobie by dokończyć myśl.
- To pierwszy raz, kiedy się widzimy od...
- Rozwodu? - podpowiedziała mi z łagodnym uśmiechem.
- Tak, od rozwodu. Na początku wszystko wydawało się normalne, trochę niezręczne, ale zwyczajne, a potem on zaczął...
- „Trzymać rękę na pulsie”?
Pokiwałam energicznie głową, a Priya położyła mi rękę na ramieniu w geście wsparcia.
- Kazał rzucić ci pracę, prawda? - wyszeptała mi do ucha. - To musi być dla ciebie okropnie trudne, nie powinnaś trzymać tego w sobie tak długo.
- Nie chciałam martwić Sama, a poza nim nie ma tu nikogo, komu mogłabym to na spokojnie powiedzieć - głos drżał mi jak nigdy, byłam pewna, że jeszcze chwila, a zacznę płakać.
- Spokojnie, nie będę cię osądzać, ani nikomu innemu o tym nie powiem, nawet Samowi. - Priya objęła mnie mocno. - Ale jeśli mogę ci coś powiedzieć, to radziłabym ci, byś porozmawiała z nim o tej sprawie jak najszybciej.
- Tak zrobię.
Oddaliłyśmy się od siebie na krok, przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w ciszy, ja dziękując jej za to, co dla mnie zrobiła, ona próbując dodać mi jak najwięcej siły własnym wzrokiem.
- Mogę cię, o coś poprosić? - zapytałam nagle zaskakując tym zarówno siebie jak i ją.
- Jasne, o co chodzi?
- Wyświadczyłabyś mi przysługę i obcięła moje włosy?
Priya zrobiła zaskoczoną minę, tego się po mnie nie spodziewała.
- Nie jestem aż tak dobra, w te klocki. - Zaśmiała się speszona.
- To nic, wystarczy, żeby były obcięte równo.
- Mogę spróbować - mruknęła z lekkim uśmieszkiem. - Jak duże chcesz ich zostawić?
- Tyle. - Dotknęłam ręka mojego ramienia.
- Ok. - Dziewczyna rzuciła mi rozbawione spojrzenie i uśmiechnęła się szeroko. - Pójdę po nożyczki.

***

Wesołych Walentynek! I niech matka ironia nas błogosławi, bo ten rozdział kompletnie nie nadaje się na to święto. xD No chyba, że ktoś z was kocha tą historię. ^^ W każdym razie, rozdział miał pojawić się szybciej, ale korekta zajęła więcej czasu niż myślałam i miałam problem z motywacją, żeby ją zacząć. Wybaczcie. :P To wszystko na te dwa miesiące, przepraszam za wszelkie błędy, które jakimś cudem mi umknęły i do zobaczenia wkrótce. ^^ O, a jeśli macie ochotę i czas to zachęcam do zostawienia komentarza z waszymi odczuciami na temat tego rozdziału, bloga i w ogóle. :D

sobota, 22 grudnia 2018

Rozdział 44

Peggy wykonała świetną robotę podczas gromadzenia informacji o naszej przyszłej koleżance. Co prawda nie poznaliśmy jej imienia, ani nazwiska, ale wiedzieliśmy o tym, że jej ojciec jest biznesmen, który często zmienia swoje miejsce zamieszkania z powodu pracy oraz że nasza nowa znajoma podróżowała po całym świecie. Nie mam nic więcej do dodania poza jednym, nasza koleżanka zapowiada się na bardzo interesującą osobę i nie mogę się doczekać, kiedy poznamy ją osobiście. Jestem pewna, że prawie cała nasza klasa czeka na przyszły poniedziałek jak nigdy wcześniej.
Oczywiście przed poniedziałkiem czeka nas weekend, a ten będzie bardzo interesujący dla mnie i Sama. Zapytacie się, dlaczego? Otóż Van zaprosiła nas na imprezę w „starym stylu”, czyli kameralne pogaduszki ze znajomymi lekko zakrapiane alkoholem. Zgodziliśmy się na nie od razu, w końcu miło będzie zobaczyć naszą starą ekipę i porozmawiać o rzeczach, które ostatnio nas spotkały. Dawno tego nie robiliśmy, czuję, że będziemy się naprawdę świetnie bawić.
Impreza miała być w Starym Teatrze w sobotę wieczorem. Jednak najpierw musieliśmy zrobić zakupy, może Dez dał nam Teatr, ale nie zamierzał pomóc nam z zaopatrzeniem. Sam i ja postanowiliśmy pojechać do miasta jego samochodem i po drodze wpaść na bazar. Tym zajęłam się ja, bo kto inny, prawda? Wysiadłam z auta i szybko kupiłam wszystko, co było nam potrzebne, czyli dużą ilość chipsów i kilka piw, dla Sama specjalnie wybrałam piwo bezalkoholowe, żeby on też mógł sobie trochę poużywać tej nocy, albo chociaż udawać, że to robi.
- Jestem! - Wsiadłam do samochodu i rzuciłam zakupy na tylne siedzenia.
- Znalazłaś wszystko, co chciałaś? - zapytał przyjaźnie. Po jego twarzy widać było, że czuję się lepiej niż zwykle, pewnie cieszy się na nasze spotkanie. Pewnie wszyscy się cieszą.
- Tak. - Uśmiechnęłam się szeroko i zapięłam pas.
Ruszyliśmy w stronę naszego miasta, po godzinie z kawałkiem byliśmy już na miejscu. Stary Teatr wydawał się strasznie cichym i ponurym miejscem, kompletnie różnym od tego, w którym ostatnio grałam koncert Halloweenowy. Można powiedzieć, że teraz sam przypominał miejsce z horroru. Podążając za zapalonymi lampami dotarliśmy do Sali Barowej, która rozświetlona została ciepłym światłem lampek ledowych, które musiał zawiesić ktoś od nas.
- Spóźniliście się! - krzyknęła na nas obrażona Vanessa i rzuciła nam oskarżające spojrzenie.
- Korki - odpowiedzieliśmy z Samem jednocześnie, a na naszych twarzach pojawił się ten sam przepraszający grymas.
- Jasne. - Van przypominała rozwścieczonego króliczka, wyglądała bardziej rozkosznie niż groźnie. - Ciesze się, że was widzę! - krzyknęła radośnie i rzuciła się nam na szyję.
Ze śmiechem ją przytuliliśmy.
Van jak zwykle była cała w różu, tym razem zdecydowała się na śliczną sukienkę za kolano, która bardzo kojarzyła mi się z sukienką dla laleczki, do tego założyła grube rajstopy z wzorem w cukierki i śliczne białe kozaczki obite ciepłym futerkiem. Jej dwa wielkie kucyki były spięte przy pomocy gigantycznych frotek, oczywiście różowych.
- Kogo moje śliczne oczy widzą. - Dorian szarmancko oparł się o framugę.
- Hej. - Uśmiechnęłam się do niego szeroko.
- Cześć, stary. - Sam przybił z nim piątkę. - Kopę lat.
- Ano, tak się złożyło. - Uśmiechnął się szelmowsko.
Jak zwykle jego ciemne włosy były w nieładzie i przysłaniały mu jedno oko. Natomiast strój kompletnie różnił się od tego na koncercie, chłopak miał na sobie dobrze dopasowane spodnie i zwykłą białą koszulkę, a na nią założył czerwoną koszulę w kratę. Mimo to, nieważne w co Dorian się przystrajał, on zawsze wyglądał bosko, taki już jego dar.
- Renuś! - Laeti zamknęła mnie w niedźwiedzim uścisku. - Tak bardzo się stęskniłam. - Zrobiła minę jakby zaraz miała się rozpłakać.
- Ja też. - Oddałam jej uścisk.
- Samuś! - Zaraz potem dziewczyna przytuliła się do mojego najlepszego przyjaciela.
- Cześć, maleńka. - Chłopak bez trudu podniósł ją i delikatnie ucałował jej policzek.
Dziewczyna w ogóle się nie zmieniła, standardowo uczesała swoje granatowe włosy w wysoki kucyk, najwyraźniej ten kolor jeszcze jej się nie znudził, i nawkładała do niego pełno kolorowych spinek, wsuwek i innych duperelów. Na szczęście jej strój był inny niż zazwyczaj, moja przyjaciółka zrezygnowała z dużego dekoltu na rzecz czarnego sweterka, który ładnie opinał jej kształty. Do tego ubrała materiałowe, ciemne spodnie z ładnym złotym paskiem, ale to nie wszystko, ponieważ dla dopełnienia kreacji założyła lakierowane botki na obcasie. Boże, gdybyście widzieli ten obcas, jak nic ponad dziesięć centymetrów.
- A gdzie Mat i Raph? - zapytałam i rozejrzałam się po sali w ich poszukiwaniu.
- Poszli do sklepu po zaopatrzenie - odpowiedziała szybko Vanessa, która zaczęła grzebać coś przy miskach i kubkach.
- Kupiliście coś, prawda? Prawda? - Laeti spojrzała na nas wyczekująco.
- Oczywiście, że tak, za kogo nas macie? - Sam uśmiechnął się krzywo i uniósł wysoko w górę torbę z naszym prowiantem.
- Super. - Dorian zręcznym ruchem zabrał ją od niego i rzucił Van, która, o dziwo, ją złapała. Całe szczęście, inaczej nasze piwo by przepadło.
- Dobra robota, wy zawsze wiecie, czego mi potrzeba. - Uśmiechnęła się wesoło i wyciągnęła jedną z największych paczek chipsów jaką kupiliśmy.
Zabraliśmy się do pracy, ja, Laeti i Van porozdzielałyśmy jedzenie i ustawiłyśmy je na stole razem z alkoholem. W tym czasie chłopcy dostawili jeszcze jeden stół i dwie ławki, aby każdy z nas mógł usiąść przy stole.
Kiedy skończyliśmy to robić do środka weszli Mat i Raph, kolejno perkusista i drugi gitarzysta REM-u. Chłopcy byli mocno zmarznięci, a zamiast zwykłych przekąsek przynieśli nam trzy duże pizzę i jakieś gazowane napoje oraz sok.
Mat był strasznie wysoki i chudy, taka tyczka. Jego blond włosy zawsze były krzywo przycięte, a pod szarymi oczyma widać było spore worki. Wszystko dlatego, że sam zajmował się siódemką swojego młodszego rodzeństwa, mamą, która chorowała już od kilku lat na jakąś paskudną chorobę i jednocześnie chodził do jednej z bardziej wymagających szkół oraz pracował dorywczo. Ten człowiek zna się na wszystkim, podczas gdy jego ojciec pracuję za granicą, żeby utrzymać rodzinę, on, całkiem sam zajmuję się domem, gotuje, naprawia wszystkie usterki, a jego średnia zawsze utrzymuje się na poziomie co najmniej pięć i jedna dziesiąta. Mimo to w jego rodzinie się nie przelewa, nic więc dziwnego, że chłopak ubrał się  dzisiaj w wyblakłą, zgniłozieloną bluzkę z długim rękawem i zwykłe sprane jeansy, a na nogi założył wysłużone buty zimowe, które przeżyły już dwie zimy, jak nie więcej. Mat ma w życiu ciężko, ale zawsze pozostaje miłym, kulturalnym i pomocnym człowiekiem w stosunku do innych.
Za to Raph był z kompletnie innej bajki, jego rodzice nie zarabiali kokosów, ale mogli pozwolić swojemu synowi na całkowitą samowolkę, którą to chętnie wykorzystywał. Życiem tego faceta były imprezy, jedna w tygodniu to absolutne minimum. Za to szkoła to jedno z najgorszych utrapień jego złotego życia, nic więc dziwnego, że Raph poszedł po najmniejszej linii oporu i wybrał zostanie mechanikiem samochodowym, przynajmniej to, w jakimś stopniu, go interesuję. O tak, ten chłopak posiada, tylko trzy umiejętności naprawianie aut, granie na gitarze i możliwość picia do białego rana. Lubi też przebywać na siłowni, dlatego wygląda jak wielka góra mięśni, jestem pewna, że wielu ludzi chciałoby mieć tak wyrzeźbione ciało jak on. Jego kwadratowa szczęka i ostre rysy twarzy nadają mu wygląd prawdziwego rozrabiaki, a dwudniowy, ciemny zarost i całkowicie ogolona głowa, tylko potęgują to wrażenie, tylko w tych zielonych oczach widać, że ten gość potrafi być dobrym kumplem. Mówię to zupełnie poważnie, Raph zawsze pomagał nam w potrzebie, nawet jeśli organizowaliśmy jakiś szalony i niebezpieczny plan on stał za nami murem. Ten facet jest też bardzo odporny na zimno, dla przykładu dzisiaj ubrał się w lekki podkoszulek bez rękawów, zwykłe, workowate, czarne spodnie i trampki. Pomimo, że śnieg i temperatura dają się we znaki znacznej większości naszego region. Wariat z niego, co nie?
- Kocham was! - Van szybko do nich doskoczyła i wyrwała im pizzę z rąk. - Jesteście najcudowniejszymi, najlepszymi kumplami, jakich mogłabym kiedykolwiek mieć. - Uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- Przekupka - zażartował cicho Dorian, a Sam zaśmiał się pod nosem na ten dowcip.
- Mat, Raph! - Rzuciłem się im na szyję, tak dawno się nie widzieliśmy.
- Cześć, wariatko, jak tam życie? - zapytał Raph swoim donośnym i radosnym głosem.
- Świetnie - opowiedziałam energicznie.
- Dobrze wyglądasz - pochwalił mnie po przyjacielsku Mat.
- Ty też.
- Jasne, czuję się jak młody bóg - zaśmiał się ponuro.
- Mogło być gorzej. - Puściłam mu oczko.
Potem całą trójką wybuchnęliśmy głośnym śmiechem.
- Witam panów - powiedział do nich Sam, był przy tym bardzo oficjalny.
- Siema, stary. - Raph przybił z nim piątkę.
- Widzę, że jesteśmy w pełnym składzie. - Mat uścisnął z brunetem ręce.
- Na to wygląda. - Sam robił minę jakby właśnie znajdował się w niebie, cóż, w końcu byliśmy tu wszyscy razem, prawda?
- Super, fajnie, skończyliście wymieniać te swoje uprzejmości? - Laeti spojrzała na nas rozdrażniona.
- Co jest, księżniczko? - Raph wyszczerzył się w kierunku dziewczyny.
- To chyba ja powinnam o to zapytać - burknęła i wskazała na pizzę. - Co to ma być? - zapytał z pretensjami.
- Z moich obserwacji wynika, że to pizza - odpowiedział jej, z teatralną zadumą w głosie, Sam.
- Ha, ha, ha. - Ciemnowłosa wyglądał na niezadowoloną. - Czy wy wiecie ile będę musiała to spalać, nie mogliście zamówić dla mnie sałatki? - Zirytowana zaczęła tupać nogą.
- Daj spokój, od razu nie utyjesz - powiedziała z pełnymi ustami pizzy Vanessa, ten żarłok nigdy nie marnuje czasu, żeby się najeść.
- Dokładnie, a ja mogę załatwić ci zniżkę w siłowni mojej kuzynki - dodał pojednawczo Raph.
- Na siłowniach jest mnóstwo facetów, to świetna okazja, żeby poznać kogoś nowego - kusząco mruknął jej nad uchem Dorian.
- Ja... - Dziewczyna powoli zaczynała się łamać.
- Zrzucone kilogramy i siłownia pełna przystojniaków, na pewno się nie skusisz? - zapytałam kusząco, a jedną z rąk podałam jej kawałek pizzy z kurczakiem.
- Są niemożliwi - szepnął Sam do Mata.
- Gorzej, są jak wilki polujące na małą, niewinną sarnę.
- Dobrze. - Nasza przyjaciółka w końcu ustąpiła i wzięła kawałek w ręce. - Ale tylko jeden - zastrzegła niepewnie.
Oczywiście na jednym się nie skończyło, Laeti pochłonęła co najmniej trzy kawałki, jak nie pięć. Podczas tej małej uczty polał się również alkohol, w tym przypadku piwo. Nie byliśmy jednak ludźmi, którzy chcą upić się do nieprzytomności lub zarzygać pół podłogi, my piliśmy piwo dla smaku i stanu lekkiego upojenia, że już nie wspomnę o takich przypadkach jak Sam i Mat. Ci dwaj w ogóle nie tknęli niczego, co zawierało procenty, pierwszy, ponieważ prowadzi samochód, a drugi dla zasady. Nasz posiłek zaowocował wieloma rozmowami, przede wszystkim o tym, co ostatnio porabialiśmy, ja i Sam nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wspomnieli o naszej nowej uczennicy.
- U nas też pojawił się nowy uczeń - wtrąciła Vanessa i połknęła całą garść chipsów na raz. Pominę fakt, że wcześniej zjadła pięć wielkich kawałków pizzy, a teraz zajadała się drugą największą paczką chipsów jakie mieliśmy na stanie, żołądek tej dziewczyny naprawdę nie ma dna. - Przyszedł chyba w środę, a może czwartek... Dorian? - zapytała chłopaka proszącym tonem.
- To był wtorek - odpowiedział jej z uśmiechem.
- Tak, dokładnie! - zawołała radośnie. - Nasz nowy kolega pojawił się we wtorek i popro...
- Jest przystojny? - zapytała nagle Laeti.
Całe towarzystwo, z wyjątkiem Van i nasze śmiałej podrywaczki, zachichotało.
- Emm... - Dziewczyna szybko zastanawiała się nad odpowiedzią. - Taki sobie, gra na puzonie - powiedziała powoli i uśmiechnęła się przepraszająco jakby to wszystko tłumaczyło.
Laeti westchnęła rozczarowana.
- Wracając. - Nasza przyjaciółka klasnęła w ręce i znowu zaczęła swoją opowieść: - Nasz kolega...
- Bruno - napomniał ją zmęczonym głosem Dorian.
- Serio, ma na imię Bruno?! - zapytała zaskoczona Van.
Spojrzenie jakie chłopak jej rzucił wyrażało więcej niż tysiąc słów.
- A więc Bruno przyszedł do nas we wtorek i nasz wychowawca poprosił mnie, żebym oprowadziła go po szkole. Ogólnie było bardzo fajnie, a sam Bruno był okropnie miły, ale miał niesamowitego pecha. Wyobraźcie sobie, że pod sam koniec dnia złamał sobie nos, biedak. - Dziewczyna wyglądała na zasmuconą, ale nie przeszkodziło jej to w zjedzeniu kolejnej, wielkiej porcji chipsów.
- Ładna historyjka Van, ale zapomniałaś wspomnieć, że zanim nasz Bruno złamał sobie nos dostał od ciebie kilka razy drzwiami, drzwiczkami twojej szafki, potem prawie zleciał przez ciebie ze schodów, zrzuciłaś na niego kilkanaście książek, jednocześnie, i przytrzasnęłaś mu palce klapą od fortepianu - dopowiedział poważnie Dorian, a my ledwo powstrzymywaliśmy się od śmiechu. - Dopiero później mieliśmy wspólną lekcję wychowania fizycznego...
- I co? - Dziewczyna wyglądała na obrażoną. - Sugerujesz, że to ja złamałam mu nos tą piłką?
- Nie, ale gdybyś ją złapała on na pewno wyglądałby teraz lepiej i przestał się przed tobą chować.
Nie wytrzymaliśmy i całą piątką ryknęliśmy głośnym śmiechem, po chwili dołączył do nas Dorian, a Van piorunowała nas morderczym spojrzeniem.
- Van, jesteś pewna, że nie należysz do mojej rodziny? - zapytał Mat ze śmiechem.
Dziewczyna zignorowała go z wkurzonym wyrazem twarzy.
- A co, też jesteście niezdarni? - zapytałam z zawadiackim uśmieszkiem.
- Niezdarni, nie. Przeklęci kulinarnie, jak najbardziej. - Zaśmiał się.
- No teraz, to mnie zainteresowałeś - mruknął Raph. - Gadaj coście zmalowali z tą twoją dzieciarnią - nakazał mu stanowczo.
- Dwa tygodnie temu tata wrócił z pracy na weekend, więc maluchy zarzuciły pomysł ze zrobieniem obiadu.
- Oho, nieźle się zaczyna. - Sam już zaczynał się szczerzyć, chociaż nic śmiesznego jeszcze nie padło.
- Pomyślałem, że z tej okazji możemy odrobinę zaszaleć i wykopałem jeden z przepisów na wołowinę po burgundzku.
- To, aż samo prosiło się o wypadek - wtrącił Dorian, a Raph i dziewczyny przytaknęły mu.
- Dajcie spokój, na początku szło nam całkiem dobrze. - Mat popatrzył na nas z dezaprobatą, że nie wierzymy w jego zdolności kulinarne i przywódcze. Cóż, ja w niego wierzyłam, ale w jego rodzeństwo... już nie całkiem. - Przeczytałem przepis kilka razy, zrobiłem porządną listę zakupów i wysłałem najstarszego do sklepu. Trochę mu to zajęło, ale kiedy wrócił od razu zabraliśmy się do pracy. Na początku szło nam pięknie, pokroiliśmy mięso, usmażyliśmy je i wrzuciliśmy do garnka, ale później... - Mat maiła na twarzy taki grymas, jakby same wspomnienia powodowały u niego najgorsze z koszmarów. - Później dzieciarnia zabrała się za cebule, łzy zaczęły płynąć ciurkiem po twarzach, a one w pisk. Trzylatka wylałam olej na całą kuchnię, a nasz rodzinny głupek chciał wskoczyć do piekarnika, ledwo go powstrzymałem. - Westchnął umęczony. - Pozwoliłem zabrać się dziewczynką za przyprawianie, ale wystarczyło, że odwróciłem wzrok na jedną chwilę, dosłownie na sekundę, a w garnku znalazło się pół solniczki i góra mąki. Na szczęście, jakimś cudem udało mi się to uratować.
- To musiało być coś - zauważyłam miękko i poklepałam chłopaka po ramieniu, żeby dodać mu choć odrobinę otuchy.
- Tak, a to jeszcze nie koniec! - wybuchnął naglę i z nową energią kontynuował historię: - Weszliśmy w fazę pieczenia, tutaj poszło nam bez większych przeszkód. Co prawda danie lekko się przypaliło, ale nadal było dobre. Wyjąłem je z pieca i po kolei dodałem ostatnie elementy sosu: wino, bulion, czosnek, liść laurowy i przecier pomidorowy albo raczej jego resztki, ponieważ bliźniaczki dorwały się do niego kiedy nie patrzyłem i wypiły wszystko na raz. W tym momencie straciłem jakąkolwiek nadzieje, że to się nam uda...
- Długo wytrzymałeś, ja odpuściłabym już na samym początku - wtrącił Laeti.
- Jaki był efekt końcowy?! No jaki, mów! - nakazała chłopakowi Vanessa, która tak wciągnęła się w tę historię, że nie mogła usiedzieć w jednym miejscu. Nie mam pojęcia dlaczego tak na to reagowała, to tylko katastrofa kulinarna na wielką skalę. Może kluczem jest słowo „kulinarna”?
- Koniec końców wołowina wyszła twarda jak kamień i spalona na węgiel, a sos był za słony i niejadalny. Nie mogliśmy jej nawet czymś obłożyć, ponieważ nasz „zaopatrzeniowiec” zapomniał kupić pieczarki. Nie wspomnę już o kuchni, która wyglądała jakby przetoczył się prze nią huragan albo dwa, ale rodzicom było miło, mają z nas polewkę do tej pory. - Mat zakrył twarz dłońmi, dla osoby takiej jak on ten „obiad” musiał być spełnieniem najgorszych obaw.
- Daj spokój, stary. - Dorian mocno klepnął go w plecy. - Wprowadziłeś nam tutaj grobową atmosferę, a miało być śmiesznie! - powiedział z wyrzutem, ale w oczach migotały mu iskierki rozbawienia.
- Wybacz, trauma nie wybiera. - W odpowiedzi blondyn posłał przyjacielowi krzywy uśmiech.
- Teraz potrzebna nam prawdziwa bomba. Na szczęście macie mnie. - Uśmiechnął się rozbrajająco. - A ja, moi drodzy, zawsze mam w rękawie jakiegoś asa, co powiecie na bajeczkę o moich miłosnych podbojach?
- Tak! - krzyknęła rozentuzjazmowana Laeti.
- Dawaj, rasowy podrywaczu! - krzyknęła Van i zachichotała pod nosem, przy okazji rozsypując resztki chipsów, które jadła.
- Skoro trzeba - mruknęłam niby znudzona i obojętna.
Chłopcy wymienili porozumiewawcze spojrzenia i pochylili się zainteresowani w stronę Doriana.
- Gotowi? To cudnie. - Popatrzył po nas wzrokiem, od którego dziewczyną miękły kolana. - W wakacje umówiłem się ze ślicznotką o długich nóżkach, miała na imię Carla.
- A to nie była Cassandra? - zapytała zdziwiona Laeti.
- Myślałam, że miała na imię Rebecca. - Van zamyśliła się głęboko, a po chwili dodała: - A może to była Victoria...
- Nie nie, z Victorią umawia się teraz, wcześniej był z Carlą, a jeszcze wcześniej z Rebeccą - poprawił je Raph.
- Przed Carlą była Rowan, a do Rebekki zaczął startować wczoraj - powiedział obojętnie Tom.
- Skąd ty to wiesz?! - zapytałam zaskoczona. Toma rzadko, jeśli w ogóle, interesowały takie tematy.
- Rowan chodzi do mojej szkoły, a z Rebeccą pracuje. - Uśmiechnął się lekko.
- Super. - Dorian był wyraźnie niezadowolony, że mu przerwaliśmy. - W każdym razie, Carla wymyśliła sobie, że powinniśmy wybrać się na romantyczny piknik do parku. Stwierdziłem, że to nawet niezły pomysł, poprzytulamy się na kocyku, podjemy, ona założy  krótką sukienkę... - Zrobił rozmarzoną minę. - Po prostu bajka.
- Ale coś musiało się spieprzyć - zauważył Sam z cwanym uśmieszkiem.
- Oj tak, i to po całości. - Dorian wyszczerzył się szeroko. - Widzicie, siedzę obok niej na tym kocu, jem spokojnie kawałek tarty, aż tu nagle znikąd pojawia się osa. Laska jak to laska wpadła w panikę, mówię jej, że ma zachować spokój i się nie ruszać, a osa zaraz sobie poleci.
- Ruszyła się, prawda? Powiedz, że się ruszyła? Ruszyła się, no nie? - zapytała Vanessa tonem małego diabła. Była tak ciekawa, że ledwo mogła usiedzieć na swoim miejscu.
- Oczywiście, że się ruszyła, ale w jakim stylu! - Dorian zaśmiał się na samo wspomnienie tej chwili. - Najpierw skoczyła mi w ramiona, co byłoby mega urocze, gdyby magicznie nie sprowadziło na nas całego roju! Jak dziewczyna zobaczyła co się dzieje odskoczyła ode mnie i pobiegła pod drzewo, a osy za nią, potem wbiegła na mostek, rój dalej leciał za nią, później obiegła plac zabawa, ale osy nadal jej nie odpuściły, a na sam koniec potknęła się o kamień, legła jak długa, a osy pożądliły ją w każdy, możliwy, odsłoniętym miejscu.
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, autentycznie wyobrażając sobie te scenę.
- A co ty robiłeś w tym czasie? - zapytałam rozbawiona.
- Siedziałem na trawie, jadłem tartę i krzyczałem do niej, żeby wskoczyła do wody. - Uśmiechnął się szelmowsko. Jego odpowiedź rozbawiła nas jeszcze bardziej.
- Dziewczyny i te ich wymysły. - Raph przewrócił oczami.
- A co to niby miało znaczyć? - zapytałam oburzona.
Zamrugał zdumiony i zamilkł, a ja i moje przyjaciółki wbiłyśmy w niego nasze groźne spojrzenia.
- Uważaj, stary - ostrzegł go Sam ze śmiechem. - Część naszego grona jest damska.
- Nie miałem na myśli was! - odpowiedział piskliwie. - Ja tylko... No wiecie no... - Szukał odpowiednich słów by nas udobruchać.
- Cóż za erudyta, tak pięknie dobiera słowa - powiedział Dorian teatralnym tonem, potem westchnął głośno i wytarł niewidzialną łezkę.
- Okrutnik - skwitował bruneta Tom.
- Ja? - Spojrzał na niego z miną niewiniątka. - Nie mam pojęcia, o co ci chodzi.
- Jasne, że nie - odpowiedział mu ze śmiechem.
- Emm... Ten tego... Wy jesteście mega rozgarnięte i w ogóle, ale... No... Wiecie, czasami zdarzają się takie przedstawicielki waszego gatunku...
- Gatunku? - prychnęłam przerywając tym samym nędzne próby tłumaczenia się chłopaka.
- Inne dziewczyny! - poprawił się szybko. - I to takie, po których w życiu nie spodziewałbyś się głupich pomysłów. Na przykład dziewczyna mojego kuzyna zrobiła domówkę po tym jak jej starzy pojechali za granicę, zaprosiła mnie, kuzyna i kilka innych osób...
- Impreza, to jest ten dziwny wybryk? - Laeti spojrzała na niego jak na idiotę.
- Co? Nie, nie! - Pokręcił głową z prędkością światła. - Impreza była super, sporo alko, mało bajzlu, tylko potem sprawy poszły trochę nie po naszej myśli. Ja, mój kuzyn i jeden z jej kolegów zostaliśmy, żeby posprzątać, zrobiło się dość późno, więc zostaliśmy na noc.
- Czy to historia o dziwacznym czworokącie? - Van przechyliła główkę na bok jak ciekawski kot.
- Nie! - zaprzeczył szybko Raph i lekko się zarumienił, na co reszta chłopaków wybuchła śmiechem. - Z samego rana do drzwi zastukali jej rodzice, okazało się, że wrócili o kilka godzin wcześniej. Laska spanikowała, nie wiedziała co z nami zrobić, więc wepchnęła nas trzech do swojej szafy.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Przecież ty sam jeden przypominasz szafę. - Laeti prawie popłakała się ze śmiechu.
Raph rzucił jej mordercze spojrzenie, przecież to były samem mięśnie!
- Rzecz w tym, że nasza trójka spędziła tam ponad godzinę czekając, aż ona zajmie czymś rodziców. Zaczęło nam się nudzić i wymyśliliśmy, że sami się stąd wydostaniem, skoro ona o nas zapomniała.
- I jaka jest puenta tej historii? - zapytałam rozbawiona.
- Taka, że niektóre rynny powinny być mocniej przymocowane, szczególnie wtedy, gdy mają po nich zjeżdżać trzej, wielcy faceci.
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
- Naprawdę to zrobiliście?! - zapytał Van, co chwilę się śmiejąc.
Chłopak z powagą skinął głową, a dziewczyna zaczęła płakać ze śmiechu.
Kilka minut zajęło nam uspokojenie się, po tym czasie odezwała się Laeti.
- Naprawdę, to uważasz za kreatywną ucieczkę? - zapytała chłopaka, a jej lewa brew lekko się podniosła.
- O, a zrobiłaś coś lepszego? - zapytał ją Dorian z chytrym uśmiechem na ustach.
- Nie, ale znam pewnego pilota, który wywinął lepszy numer - odpowiedziała mu spokojnie, ale przeszyła go swoim przebiegłym spojrzeniem.
- Czy chodzi o jednego z facetów twojej matki? - Van podniosła rękę i zapytała ją tonem uczennicy z pierwszej klasy podstawówki.
Laeti uśmiechnęła się szeroko w odpowiedzi.
- Ok, zaciekawiłaś mnie, opowiadaj! - Sam pochylił się w jej stronę.
- Dobra, to było jakiś miesiąc temu, moja matka już od jakiegoś czasu z nim kręciła, aż w końcu zaprosiła go do nas na kolację. Przyszedł chwilę przed czasem, elegancki, w garniturze, przywitał się ze mną grzecznie w drzwiach, normalnie sama klasa. - Uśmiechnęła się szerzej, a potem nieco rozmarzona dodał: - Miał fantastycznie zielone oczy i słodkie piegi, do tego był okropnie wysoki. W każdym razie - sam przywołała się do porządku - kolacja była miła, trochę pogadaliśmy i parę razy opowiedział dowcip, potem pomógł nam posprzątać i pozmywać, a na sam koniec, kiedy ja poszłam „spać” usiadł z mamą w salonie i wypili kilka kieliszków wina.
- Wiadomo co stało się potem - dopowiedział Dorian z lubieżnym spojrzeniem.
- Wiadomo - przytaknęła mu rozbawiona Laeti. - No więc wstałam rano odsłoniłam rolety i zobaczyłam go jak wychodzić przez okno z sypialni mamy w samych majtkach. - Przerwał jej nasz wybuch śmiechu. - Ale nie to jest najlepsze! - zawołała rozbawiona. - Kiedy mnie zobaczył podszedł do mojego okna, spalił buraka i zapytał czy nie mogłabym mu przynieść płaszcza i butów. Odpowiedziałam, że ok, zrobiłam to, a on uciekł gdzie pieprz rośnie i już nigdy więcej o nim nie słyszałam.
- Ten facet musiał być magiczny! - powiedziałam roześmiana.
- I był! - zawtórowała mi przyjaciółka.
- Dobra, teraz ja wam coś opowiem! - zawołałam energicznie.
- No, no, zapowiada się dobrze. - Dorian puścił mi oczko.
- A więc jest to historia, o której dowiedziałam się przez przypadek...
- Co za tajemniczość! - zawołały jednocześnie Van i Laeti, po czym zachichotały.
- Czy mamy się bać? - zapytał mnie Tom z szerokim uśmiechem.
- Nie. - Machnęłam ręką. - Ok, gotowi na historię o tym jak Sam prawie się zabił? - wypaliłam jak z armaty.
- Co?! - wykrzyknęli wszyscy, w tym główny zainteresowany, chociaż on był raczej oburzony.
- Spokojnie, takie rzeczy są u nas na porządku dziennym - prychnęłam i machnęłam ręką lekceważąco.
- Kiedy to się stało?! - zapytał zaskoczony Tom.
- Jakoś tak, w tym tygodniu. - Wzruszyłam ramionami i zrobiłam minę w stylu „kogo to obchodzi”.
- Chcę to usłyszeć, gadaj! - zawołała rozemocjonowana Vanessa.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. - Wyszczerzyłam się do niej. - Wszystko zaczęło się, kiedy nasza naczelna gazetki szkolnej postanowiła rzucić robotę, a Sam jak jeleń dał się wrobić w jej zakład.
- Jaki zakład? - zapytał zaciekawiony Raph.
- Postawił ultimatum, że jeśli uda mi się napisać dobry artykuł to wtedy nie rzuci swojej pracy - odpowiedział Sam, który już wyglądał na mega zawstydzonego, a ja nawet jeszcze nie doszłam do najlepszej części.
- Dokładnie tak było - przyznałam mojemu najlepszemu przyjacielowi rację. - Nasz Samuel zebrał, więc swą drużynę i razem ruszyli na poszukiwania doskonałego tematu - opowiadałam teatralnym głosem. - Przeszli tedy przez sto korytarzy i tysiące stopni, mierzyli się z nauczycielami i uczniami, aż dotarli do pieczary smoka, pokoju nauczycielskiego, i włamali się doń. Tam znaleźli to czego pragnęli najbardziej ich Świętego Graala, Kamienia Nieskończoności, Smoczej Kuli...
- Skończ! - nakazał mi ostro Sam, który właśnie przechodził męki.
- ...Czyli informacji. Pozyskawszy je wrócili i zasiedli do Okrągłego Stołu, gdzie rozprawiali o tym co powinni zrobić, wtedy to nasz rycerz w lśniącej zbroi - Wszyscy zaczęli chichotać pod nosem, a Sam zarumienił się wściekle. - przystąpił do pisania artykułu, dzieła swego życia. Spędził nad nim całą noc, a następnego dnia jego wory pod oczami były tak wielkie, że mógł przy ich pomocy zburzyć Wielki Mur Chiński. Czas oddania pracy zbliżał się nieubłaganie, aż w końcu od godziny przeznaczenia dzieliło go jedno, chemia - wypowiedziałam groźnie. - Lekcja zaczęła się spokojnie i cicho, wtem wybuch zmusił nas do opuszczenia klasy i wyjścia na dziedziniec. Samuel postąpił jak wszyscy, ale w połowie drogi zdał sobie sprawę, że w klasie został jego Święty Graala, Kamień Nieskończoności i tak dalej, zawrócił więc ignorując zagrożenie pożarowe i skoczył w objęcia trucizny. - Zrobiłam krótką pauzę, a resztę opowiedziałam już normalnym głosem: - A potem zjawiłam się ja i główny gospodarz, wyciągnęliśmy tego debila na zewnątrz i oddaliśmy w ręce kochanej nauczycielce chemii. Najlepszą rzeczą z tego wszystkiego jest to, że Peggy wyśmiała jego pracę i powiedziała mu, że nie ma talentu pisarskiego, po czym sobie poszła. Koniec. - Zaśmiałam się tak jak wszyscy, tylko biedny Sam schował twarz w rękach, wyglądał na przybitego i zawstydzonego jednocześnie.
- O, stary... - Tom spróbował go pocieszyć, ale ponownie zaczął się śmiać.
- Sammy. - Van posłała mu współczujące spojrzenia, a po chwili pełna radości zwróciła się do mnie: - Dobra robota, Renuś!
- Jestem tylko skromną sługą tłumu - powiedziałam udając skromną i skłoniłam się.
- Jak ty się o tym w ogóle dowiedziałaś? - zapytał mnie nagle Sam.
- Po pierwsze, bo wiedziałam, że coś kręcisz. Po drugie, bo widziałam jak gadałeś z Peggy. I po trzecie, Armin urządził sobie na nią mały rant podczas pracy, a tego ciężko było nie usłyszeć. Nie mogłam w to uwierzyć, więc podpytałam Alexy'ego, później zadzwoniłam do Rozalii, a na sam koniec potwierdziłam wszystko u Iris. - Uśmiechnęłam się z wyższością.
- Nienawidzę cię - syknął chłopak.
- O, nie musisz mi mówić jak mądra i sprytna jestem! - Pacnęłam go w ramię.
- Ta, na tyle mądra i sprytna, żeby się zgubić. - Uśmiechnął się przebiegle, a mi nagle przestało się podobać dokąd ten dialog zmierza. - Hej, wiecie, że Rena zgubiła się w lesie podczas biegu orientacyjnego? - zapytał nagle wszystkich.
Śmiech ucichł i wszyscy spojrzeli na Sama, a potem na mnie i znowu na niego.
- Ona i jej kolega wybrali złą ścieżkę w lesie i zabłądzili tak dobrze, że szukano ich po nocy.
- Bez jaj! - wykrzyknął Raph.
- Nie podawaj błędny faktów! - warknęłam. - To nie ja się zgubiłam, tylko Kastiel nas zgubił!
- Biegliście jedną ścieżką, jakim cudem niczego nie zauważyliście? - zapytał mnie rozbawiony.
- Bo BIEGLIŚMY, jak sam zauważyłeś.
- Aha, a ta mapa to wypadła wam przypadkowo? - Uśmiechnął się szeroko, a reszta ledwo powstrzymywała śmiech.
- To też nie była moja wina, tylko jego! - wykrzyknęłam oburzona. - To on wziął ten papierek, a potem go zgubił.
- A, czyli ty jesteś po prostu niewinną ofiarą? - zapytał z ironią.
- Zaraz ci coś zrobię, Cordnel! - ostrzegłam go.
- Daj spokój, to tylko takie żarty. - Zaśmiał się sztucznie.
- Żarty to będą jak pożegnasz się z prostym nosem! - warknęłam.
Reszta ekipy przyglądała się nam i miała z tego niezły ubaw.
Oczywiście Sam nie pożegnał się ze swoim nosem, ani inną prostą kością, za to my tym akcentem pożegnaliśmy opowiadanie historyjek i wróciliśmy do zwykłej gadki-szmatki. Koniec końców zrobiło się tak późno, że nie pozostało nam nic innego jak posprzątanie po sobie i rozejście się do domów. Mimo to nawet w samochodzie ja i Sam nie mogliśmy przestać gadać, żadne z nas nie miało drugiemu za złe tych przekomarzanek i nie braliśmy ich na poważnie.
Późną nocą wysiadłam z auta przyjaciela na własnym podjeździe, pożegnałam go i weszłam do środka. To spotkanie napełniło mnie nową energią, a więc mimo, że pora była późna zasiadła do klawiszy i skomponowała dwa utwory. To było fantastyczne spotkanie.

***

To ja, a razem ze mną nowy, zabawny rozdział. Tym razem postawiłam na luźne i śmieszne historyjki, więc jeśli udało mi się kogoś z was rozbawić to uznaję swój cel za osiągnięty. Poza tym niedługo moja pierwsza sesja. -_- Nie wiem czego się spodziewać, ale mam sporo nauki i weny. ^^ A to oznacza, że nowe rozdziały powstają, przeważnie na nudnych wykładach, ale są! W każdym razie nie mam już nic więcej do zakomunikowania. Wesołych Świąt i fantastycznego Nowego Roku, kochani! Bawcie się dobrze i odpocznijcie od codziennych zajęć, a jeśli znajdziecie czas i ochotę to możecie napisać, która z historyjek podobała wam się najbardziej i dlaczego. Do zobaczenia w 2019! :D

sobota, 27 października 2018

Rozdział 43

Renn
Minęło kilka dni, grudzień rozszalał się na dobre i z nieba bezustannie spadał śnieg. Moja mama poczuła się już lepiej, została wypisana ze szpitala, a chłopcy wrócili do domu. Szkoda, trochę za nimi tęsknie, ale ciesze się, że wszystko wróciło do normalności.
Nataniel nadal się do mnie nie odzywa i unika mojego towarzystwa jak ognia. Nie czuję się z tym najlepiej, ale wiem, że muszę zaakceptować jego decyzję. Dałam mu wybór, dokonał go, a ja się do tego dostosuje.
Z innej, ciekawszej, beczki, dzisiaj w szkole zjawiła się nasza nowa nauczycielka chemii. Szczęśliwy zbiegiem okoliczności, mamy dzisiaj chemię, więc jako jedni z pierwszych poznamy naszą nową panią pedagog.
Kiedy dotarłam do sali chemicznej w środku był już niezły tłum. Szczęśliwie Roza zajęła dla mnie miejsce obok siebie.
- Dzięki - podziękowałam jej z wielkim uśmiechem i usiadłam obok niej.
- Spoko. Jak myślisz jaka będzie nasza nauczycielka chemii? - zapytała rozemocjonowana. Najwidoczniej nie mogła się już doczekać tej lekcji.
- Nie mam pojęcia, moja ostatnia chemiczka była wredną jędzą i próbowała oblać połowę klasy. - Położyłam się na ławce.
- Mam nadzieje, że dostaniemy kogoś lepszego. - Roza nie wyglądała na zachwyconą moją opowieścią.
- Ja też - mruknęłam i głośno ziewnęłam.
- Hej, dziewczyny. O czym rozmawiacie? - Sam przysiadł się do nas.
- O nowej nauczycielce - odpowiedziałam sennie.
- Renn, przed chwilą opowiedziała mi o swojej poprzedniej nauczycielce chemii - dodała Rozalia.
- Masz na myśli JĄ? - Sam spojrzał na mnie porozumiewawczo.
- A kogo innego? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Byliście razem w klasie? - zapytał zaciekawiona przyjaciółka.
- No - opowiedzieliśmy jednocześnie.
- Nasza poprzednia nauczycielka chemii to była porażka. Nigdy, przenigdy, nie mogłem dostać u niej wyższej oceny niż trzy. Nie ważne jak długo się uczyłem, zawsze miałem tróję - marudził z przejęciem.
- Teraz będzie inaczej! - zapewniła nas Rozalia z mocą w głosie, ale o wiele bardziej chciała chyba przekonać siebie.
- Zobaczymy - mruknęłam i wyprostowałam się.
- Dzień dobry, moi drodzy. - Do klasy weszła dyrektorka. - Przedstawiam wam panią Delanay, waszą nową nauczycielkę chemii.
Do sali weszła kobieta w średnim wieku. Nosiła na sobie biały fartuch laboratoryjny, a pod nim granatową sukienkę przed kolano z czarnym paskiem oplatającym ją w tali. Do tego miała czarne rajstopy i buty, w tym samym kolorze, na niewielkim obcasie. Dodatkiem był długi, srebrny naszyjnik. Brązowe włosy zostały starannie przystrzyżone na krótko, a szare oczy uważnie lustrowały naszą klasę.
Spojrzałam na Sama porozumiewawczo.
Wzruszył ramionami i znowu spojrzał na nauczycielkę.
W tym samym czasie ona spojrzała na nas, byłam już pewna, że to TA Delanay, nasza nauczycielka z gimnazjum.
- No nie - szepnęłam ledwo słyszalnie. - To ona? - zapytałam Sama niezauważalnie.
- O, tak, to na pewno ona - mruknął zdruzgotany. - Za jakie grzechy.
- Witam - przywitała się twardo nauczycielka.
- Pani Delanay jest jedną z najlepszych nauczycielek chemii w regionie. Ma wiele osiągnięć, sądzę, że jest idealną nauczycielką i dzięki niej podniesiemy poziom nauczania w naszej szkole. - Dyrektorka uśmiechnęła się do nas szeroko i wyszła z klasy.
-Dobrze, skoro mamy to za sobą, zabierzmy się do pracy. - Rozejrzała się powoli po sali. - Wyjątkowo dzisiaj możecie zostać na swoich miejscach, ale od następnej lekcji zostaniecie dobrani przeze mnie w kompatybilne pary - zakomunikowała twardo.
Po klasie przetoczył się okrzyk zdumienia.
- No i się zaczęło - wymamrotał pod nosem Sam.
- Cisza! - krzyknęła kobieta i cała klasa zamilkła. - Tak? - Posłała ostre spojrzenie Arminowi, który podniósł rękę.
- O co chodzi z tą całą kompatybilnością? - zapytał zaciekawiony.
- Nie wiesz? - Delanay wyglądał na zszokowaną. - W takim razie zajrzyj do słownika i naucz się czegoś! - nakazał ostro.
- Słucham? - Armin wyglądał na zszokowanego.
- Powiedziałam coś niewyraźnie? - zapytała z lekką kpiną.
- Proszę pani, sądzę, że naszemu koledze chodziło o zasadę, na podstawie której, będą dobierane pary - wtrącił odważnie Nataniel.
- Napiszecie specjalny test mojego autorstwa - odpowiedziała jakby to było oczywiste.
Spojrzeliśmy na siebie z Samem porozumiewawczo. Metody naszej pedagog nie zmieniły się od ostatniego czasu. Uśmiechnęliśmy się półgębkiem.
Dylanay rozdała kartki.
- Macie na to piętnaście minut - oznajmiła głośno. - I proszę nie myśleć, że uda wam się usiąść razem, panno Perry, panie Cordnel. Nie pozwolę, żebyście puścili połowę tej szkoły z dymem. - Spojrzała na nas chłodno, miny od razy nam zrzedły.
Zabraliśmy się do pisania, test wyglądał tak, jak zapamiętałam. Kilka prostych, przynajmniej dla mnie, pytań chemicznych i kilka pytań osobistych. Skończyłam przed czasem, ale kilka osób, w tym biedna Iris, pisało dopóki Delanay kategorycznie nie kazała im oddać testów.
Później przeszliśmy do lekcji, nauczycielka uciszyła kilka cichych szeptów bandy Amber, nic się przed nią nie ukryję. Następnie zaczęła dyktować nasz temat i notatkę, przyzwyczajeni do tego, ja i Sam notowaliśmy jak najęci, ale wiele osób nie nadążało za tempem Delanay.
Wybawił nas dzwonek, jak na skrzydłach cała klasa poleciał do wyjścia.
- Naprawdę wysadziliście pół szkoły? - zapytała zaciekawiona Rozalia.
- Nie! - krzyknęliśmy oburzeni.
- To była klasa - wytłumaczył Sam.
- Połowa klasy - uściśliłam.
- To był wypadek! - zawołaliśmy jednocześnie.
Roza zaśmiała się głośno.
- Jesteście niesamowici! - Poklepała nas po ramionach i poszła na dół do swojej szafki.
Sam również się pożegnał i pobiegł na dół, a ja skręciłam w inny korytarz i zaszyłam się w nim z książką od chemii. Dlaczego sądziłam, że ten przedmiot może okazać się łatwiejszy?
Moje zdanie nie bardzo odbiegało od opinii innych, im również Delanay nie przypadła do gustu, lekko mówiąc. Największą kontrowersją było podzielenie nas na przypadkowe pary, ciekawa jestem jak to się rozwinie.

Sam
Trzasnąłem drzwiami od szafki, nigdzie nie mogłem znaleźć mojego podręcznika od matematyki. Dlaczego muszę być taki zapominalski?! Pamiętam, że wczoraj powtarzałem razem z Iris w sali B, a potem zaniosłem coś Natanielowi i na koniec, przed pójściem do domu, wpadłem do piwnicy zobaczyć jak idzie Kastielowi i Lysandrowi.
Po namyśle odrzuciłem pomysł z pójściem do sali B i pokoju gospodarzy, ponieważ ktoś już dawno powinien znaleźć moją książkę i ją zwrócić, chyba... W każdym razie, zajrzenie do piwnicy nie powinno mi zaszkodzić.
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Zszedłem po schodach do piwnicy, na materacowej kanapie leżała moja książka, dzięki Bogu, a obok nie siedziała zapłakana Peggy.
- Co tu robisz?! - warknęła wściekle.
- Nic, przyszedłem po książkę. - Uniosłem ręce w obronnym geście.
- Świetnie, zabieraj ją i spadaj! - Rzuciła we mnie moim własnym podręcznikiem. Na całe szczęście udało mi się go złapać.
- Coś się stało? - zapytałem spokojnie.
- Wszystko się stało! - krzyknęła rozwścieczona i zaczęła płakać.
Zamurowało mnie, nie wiedziałem jak sobie radzić z płaczącymi dziewczynami. Jasne, umiem pocieszyć Renę, ale tylko ją. Inne płaczące laski są poza moim zasięgiem, mimo to spróbowałem uspokoić Peggy.
- Co masz na myśli przez wszystko? - Usiadłem obok niej.
- Jak to co?! Nie widziałeś co się ostatnio działo?! - Otarła wściekle łzy. - Zaliczam wtopę za wtopą, najpierw wypisywałam kłamstwa Debry i oczerniłam Renn, później drążyłam temat Nataniela i jego rodziny, a na sam koniec dyrektorka przyłapał mnie na szpiegowaniu w pokoju nauczycielskim! - Zapłakała gorzko.
- To fakt - przyznałem cicho. - Ale każdy z nas popełnia błędy. Zobaczysz, jeszcze wyjdziesz na prostą, a uczniowie i tak zapomną o całej sprawie za jakiś czas. - Nieśmiało położyłem jej rękę na ramieniu.
- Ra-racja. - Pociągnęła nosem. - Dzięki, Sam. - Uśmiechnęła się nieśmiało i wyszła na zewnątrz.
Myślicie, że to był koniec tej sprawy? Oczywiście, że nie.
Następnego dnia ponownie zszedłem do piwnicy, tym razem zostawiłem w niej podręcznik od biologii. Najwidoczniej mam tendencje do zapominania takich rzeczy. Tym razem, jednak, już przed wejściem usłyszałem, że ktoś dyskutuje, a raczej przekrzykuje się na wzajem z trzema, może czterema osobami.
- Nie możesz tego zrobić!
- To twoja pasja, nie powinnaś jej porzucać!
- Bez ciebie to nie będzie to samo!
- Właśnie, umrzemy bez twoich wybryków!
- Armin!
- Ale to prawda!
- Bracie, nie pomagasz.
- Słucham?! Co za...
- Co wy tutaj robicie? - Spojrzałem podejrzliwie na Alexy'ego, Armina, Rozalię i Iris, którzy osaczyli Peggy.
- Sam, zrób coś! - Iris podbiegła do mnie. - Peggy powiedziała, że odchodzi z gazetki szkolnej - poskarżyła się jak małe dziecko.
- Przekonaj ją! - rozkazał mi Armin. W tym momencie przypominał upartego, rozpieszczonego smarkacza.
- Nie podoba ci się to, że Peggy zostawia swoje ulubione zajęcie, prawda? - Alexy spojrzał na mnie oczami szczeniaczka.
Rozalia nic nie powiedział, tylko rzuciła mi ponaglające, twarde spojrzenie.
- Ja... - Nie mogłem zebrać myśli. - Uważam, że nie powinnaś porzucać gazetki, tylko dlatego, że zaliczyłaś kilka wpadek.
- Łatwo wam mówić, to nie wy zrobiliście z siebie pośmiewisko przed całą szkoła! - warknęła rozzłoszczona Peggy.
- Ale wiele osób docenia twoją pracę! - zawołała szybko Iris, a reszta jej przytaknęła.
- Takie jest wasze zdanie? - Brunetka uniosła lekko brwi.
Skinęliśmy twierdząco głowami.
- Świetnie, w takim razie dam wam szansę. - Powiodła po nas wzrokiem z poważną miną. - Jeśli do jutra przyniesiecie mi ciekawy artykuł o szkolnych sprawach, dam się namówić i wrócę do gazetki, ale jeśli nie uda się wam, to zrezygnuję i zostawię to komuś innemu. Czekam jutro do trzeciej lekcji, umowa? - zapytała zimno.
- Umowa! - wszyscy krzyknęli żarliwie, z wyjątkiem mnie.
- Świetnie, życzę miłej pracy. - Dziewczyna uśmiechnęła się chytrze i wyszła z piwnicy.
Nagle zapanowała duże poruszenie, nikt nie wiedział jak się piszę artykuł, ani o czym go napisać. Dziewczyny zaczęły myśleć nad wycofaniem się, Alexy martwił się o temat artykułu, tylko Armin pozostawał pozytywnie nastawiony do całej sytuacji. Z kolei ja byłem w głębokim szoku, jakim cudem dałem się w to wciągnąć? Przyszedłem tutaj po podręcznik, a nie po zakład ze szkolną dziennikarką!
- Spokój! - zawołałem głośno i uciszyłem moich kolegów. - Musimy to przemyśleć na spokojnie i zabrać się do pracy.
- Świetny pomysł, geniuszu, masz jeszcze jakieś błyskotliwe sugestie? - zapytał Roza z ironią.
- Tak, kilka by się znalazło. - Uśmiechnąłem się szeroko.
Iris zachichotała pod nosem.
- Uważam, że powinniście podzielić się na grupy i poszukać tematu na artykuł, a ja zająłbym się sprawą napisania go.
- Hej, to nie fair. Dlaczego wybrałeś sobie łatwiejsze zadanie? - zapytał z pretensją Alexy.
- Bo to wasza wina, wciągnęliście mnie w tę rozmowę i zakład. - Rzuciłem im pełne wyrzutu spojrzenie.
- Pff, i tak wolałem iść na przeszpiegi. - Armin wzruszył ramionami.
- Niech ci będzie - mruknęła Roza i westchnęła ciężko. - Sądzę, że nie mamy dużego wyboru, ja i Irsi pójdziemy obserwować uczniów. Co ty na to? - zapytała się rudowłosej.
Iris mocno się zarumieniła i nieśmiało przystała na propozycję swojej koleżanki.
- No i super, szpiegowanie uczniów jest łatwe. Wolę zająć się nauczycielami, to dopiero wyzwanie! - Armin uśmiechnął się szeroko. - Alexy, idziemy?
- Ktoś musi cię pilnować, żebyś przypadkiem nie wpadł. - Chłopak przewrócił oczami.
- Hej!
- Świetnie, skoro wszystko zostało ustalone, to spotykamy się w bibliotece po lekcjach, pasuję wam?
Każdy po kolei przytaknął na moje pytanie.
Wszyscy zgodnie zabraliśmy się za wykonanie nasze zadania. Na każdej przerwie schodziłem do biblioteki i szukałem poradników jak napisać artykuł do szkolnej gazetki oraz jak on powinien wyglądać. W końcu lekcję się skończyły, całą piątką usiedliśmy przy jednym stole i zaczęliśmy podsumowywać zebrane informację.
- Dobra, dowiedziałyście się czegoś dziewczyny? - zapytałem przyjaźnie Rozę i Iris.
- Mamy pewien pomysł, to nic wielkiego, ale jednak... - wymamrotał speszona rudowłosa.
- Dwie przerwy temu podsłuchałyśmy spokojną rozmowę Kastiela i Nataniela, trochę sobie dogryzali, ale rozmawiali o sprawie z przeprowadzką naszego gospodarza, ciekawe prawda? - zapytał retorycznie Rozalia. - Sądzimy, że możemy napisać długi artykuł o ich specyficznej przyjaźni. Zaczniemy od samego początku i skończymy na obecnej chwili. Wspaniały temat, no nie? - zapytała podekscytowana. Najwyraźniej nieźle się wkręciła w temat tych dwojga.
- Ok, a co wy znaleźliście? - zapytałem szybko chłopaków.
- Coś o wiele lepszego - odpowiedział Armin z cwanym i triumfalnym uśmiechem.
- Słucham? Masz coś... - Rozalia prawie podniosła się z krzesła.
- S-spokojnie, dajmy się im wypowiedzieć! - Iris złapała ją za rękę.
- Dzięki. - Armin skinął głową w geście podziękowania. - To nie nasza wina, że was było stać tylko na... Auć! - Alexy nadepnął bratu na stopę.
- Miał na myśli, że poszło wam świetnie - wytłumaczył z speszony zachowaniem brata. - Na ostatniej przerwie natknęliśmy się na dyrektorkę i pana Farazowskiego, zaczailiśmy się za szafkami i podsłuchaliśmy, co mają do powiedzenia. Z tego, co usłyszeliśmy, szykuje się nowe szkolne wydarzenie. Nie wiemy jeszcze na czym ono polega, ale uważam, że powinniśmy to sprawdzić - opowiedział nam zwięźle chłopak.
- To świetne informację! - zawołałem radośnie. - Dobra robota, panowie!
- Im dziękujesz, a nas zbywasz?! - oburzyła się Rozalia.
- Ja... - Uciekłem od niej wzrokiem. - Jestem pewien, że szkolne wydarzenie to coś bardziej chwytliwego niż sprawy między Kastielem i Natanielem - powiedziałem cicho.
- Świetnie! - krzyknęła z kpiną Roza. - To po co w ogóle chodziłyśmy po tej szkole? Tylko zmarnowałyśmy swój czas! - warknęła zła i oburzona jednocześnie.
- Nie, no co ty! - zaprzeczył szybko Alexy.
- To świetny temat zastępczy! - dodałem pośpiesznie. - Jeśli nie uda nam się znaleźć więcej informacji na temat tego wydarzenia, możemy napisać o chłopakach.
Rozalia trochę się uspokoiła.
- A jak zamierzamy dowiedzieć się więcej? - zapytała cicho Iris, ta kłótliwa atmosfera nie była jej na rękę.
- Tak jak zawsze, pójdziemy poszperać w pokoju nauczycielskim! - zawołał głośno i entuzjastycznie Armin.
- Cicho! - syknęliśmy na niego jednocześnie.
- Mój brat ma dobry plan - przyznał po chwili Alexy.
- Nawet nawet - mruknęła naburmuszona Roza.
- Super, w takim razie to ja idę tam myszkować - powiedział zadowolony z siebie chłopak.
- Zgłaszam się na ochotnika, żeby go niańczyć - zadeklarowała szybko białowłosa.
- Hej, nie myśl sobie, że... Auć, moja stopa!
- A co zrobimy z nauczycielami, powinniśmy ich odciągnąć jak najdalej od pokoju. Ktoś podejmuje się tego zadania? - zapytał konspiracyjnym szeptem Alexy. Kompletnie nie przejął się swoim bratem, któremu ponownie nadepnął na stopę.
- Ja się tym zajmę - oznajmiłem pewny siebie. Miałem wprawę w takich sprawach.
- To ja pomogę - dodała Iris, wyglądała na nieprzekonaną.
- Super, w takim razie ja stanę na czatach. - Alexy uśmiechnął się szeroko.
- Skoro wszystko już ustaliśmy, to chodźmy to załatwić. - Roza z gracją prawdziwej damy wstała z krzesła, a reszta poszła w jej ślady.
Najpierw poszliśmy do Lysandra i poprosiliśmy go o zapasowy klucz głównego gospodarza. Chłopak trochę się zdziwił, ale nie zadawał żadnych pytań. W końcu Rozie nigdy nie zadaje się żadnych pytań. Później przyszliśmy pod pokój nauczycielski. Alexy zapukał by sprawdzić czy nikogo nie ma, a potem szarpnął klamkę. Na nasze szczęście pokoju był zamknięty, co oznacza, że nikt nie mógł w nim przebywać.
Ruszyliśmy do pracy. Rozalia i Armin otworzyli drzwi i na palcach weszli do środka. Alexy oparł się o szafki i obserwował okolicę, a ja i Iris poszliśmy poszukać naszych pedagogów.
Natknęliśmy się na nich korytarz dalej. Pan Farazowski, pani Delanay i dyrektorka dyskutowali ze sobą na środku holu.
- Gotowa? - zapytałem szeptem moją koleżankę.
- Tak - odpowiedziała z zaciętym wyrazem twarzy.
- Przepraszam, czy mogliby państwo poświęcić nam chwilę? - zapytałem najgrzeczniej jak tylko mogłem.
- O co chodzi? - Farazowski zrobił zmartwioną minę.
- Emm... Chcielibyśmy poprosić o kilka rad w spra...
- Chodzi o nasze oceny, proszę pana. - Iris zgrabnie przejęła pałeczkę. - Boje się, że mogę nie zaliczyć tego semestru. Może daliby nam, państwo, jakieś rady odnośnie nauki? - Iris zrobiła minę strapionej uczennicy.
- Oczywiście! - Dyrektorka była bardziej niż rozpromieniona naszą prośbą.
- Porozmawiamy potem. - Delanay skinęła głową dyrektorce i naszemu wychowawcy, po czym ruszyła w stronę pokoju nauczycielskiego.
- Proszę zaczekać! - zawołałem za nią.
- Słucham? - zapytała lodowato.
- Chciałbym z panią porozmawiać o naszych lekcjach chemii.
- Dopiero co się zaczęły, nie sądzę bym mogła dać panu jakiekolwiek rady. - Spojrzała na mnie nieco łagodniej. Od zawsze bardziej szanowała uczniów, którzy przychodzili do niej by dowiedzieć się więcej.
- Rozumiem, ale może mógłbym dokształcić się w domu, na własną rękę? - Starałem się brzmieć jak przejęty prymus. - Nie zna pani jakiś książek, z których mógłbym się pouczyć? - Uśmiechnąłem się grzecznie.
Delanay była w szoku, chyba nigdy nie spodziewała się usłyszeć czegoś takiego z moich ust, ale już po chwili zaczęła dyktować mi długą listę lektur, które mogą mi pomóc w nauce.
To samo spotkało Iris, została zasypana radami zarówno przez Frazia, jak i dyrektorkę.
Jestem prawie pewien, że cała ta rozmowa trwała z dobre trzydzieści pięć minut.
- Dziękujemy bardzo - podziękowaliśmy naszym pedagogom jak dzieci z podstawówki i odeszliśmy w przeciwną stronę.
- Byłaś niesamowita! - pochwaliłem ją żarliwie.
- Dziękuję. -Zarumieniła się lekko. - Ty też byłeś super, zwłaszcza wtedy, kiedy zatrzymałeś Delanay. Myślisz, że Armin i Rozalia znaleźli to, co chcieli?
- Daliśmy im sporo czasu. Sądzę, że dali sobie radę. - Uśmiechnąłem się szeroko by dodać jej otuchy.
- Pewnie masz rację - mruknęła cicho. Nagle jej telefon zabrzęczał, wyciągnęła go i przeczytał wiadomość. - Alexy i reszta czekają na nas w sali A - oznajmiła radośnie.
Skręciliśmy w odpowiedni korytarz i dotarliśmy do miejsca spotkania.
- I jak, znaleźliście coś? - zapytałem na wejściu.
- Nawet nie wiesz ile! - zawołał radośnie Armin, musiał się świetnie bawić, podczas myszkowania w rzeczach nauczycieli.
- W swoich notatkach dyrektorka wspomina coś o dniu bez lekcji i obowiązkowym uczestnictwie uczniów. Znaleźliśmy też jakieś rozliczenie, z czego wynika, że szkoła znowu ma problemy z kasą. - Rozalia wytłumaczyła wszystko zwięźle.
Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i umówiliśmy się, że jutro rano przejrzymy artykuł wspólnie.
Wróciłem do domu i zabrałem się za pisanie tego dzieła. Mam nadzieje, że cała ta wiedza, którą zebrałem w bibliotece na coś się przyda i że Rozalia nie urwie mi głowy jak zobaczy te wypociny.

Renn
- Mam pieniądze, o które prosiłaś. - Wpadłam do pokoju gospodarzy jak burza.
- Renn? - Nataniel spojrzał na mnie zaskoczony.
Kurdę, nie pomyślałam, że mogę go tu jeszcze spotkać. Od naszej ostatniej rozmowy staram się nie wchodzić mu w drogę, ani nie zawracać mu głowy.
- Chciałaś coś? - zapytał po minucie niezręcznej ciszy.
- Ja... Melania... - Ze zdenerwowani nie potrafiłam wydusić ani słowa. - Melania kazała mi zapłacić za strój na zajęcia chemiczne - wymamrotałam z wielkim trudem.
- Rozumiem, Melania przed chwilą wyszła, ale mogę przekazać jej twoją wpłatę jutro rano. - Uśmiechnął się wymuszenie.
- Super! -Zrobiłam to samo, co on, i też sztuczne się wyszczerzyłam. Potem podeszłam do jego biurka i położyłam na nim kilka banknotów. - Dzięki. - Szybko wybiegłam na zewnątrz i zajęłam się resztą moich codziennych obowiązków.
Następnego dnia padał śnieg, ale to żadna niespodzianka, w końcu mamy zimę. Na szczęście w szkolę było ciepło i sucho. Stałam pod szafką i szukałam rzeczy potrzebnych na chemię. Znalazłam wszystko, co było mi potrzebne, zostało odebrać strój z pokoju gospodarzy, obym znowu nie natknęła się na Nataniela. Odwróciłam się i ruszyłam w odpowiednim kierunku, nagle przed oczami mignęła mi znajoma czupryna.
- Cześć, Sam! - zawołałam za przyjacielem.
- O, hej - Zatrzymał się gwałtownie i uśmiechnął się do mnie szeroko.
- Wyglądasz na zmęczonego. - Przyjrzałam mu się uważniej. - Masz straszne worki pod oczami, zarwałeś nockę, czy co? - zapytałam zmartwiona.
- Tak jakby - odpowiedział wymijająco i nerwowo zerknął na zegarek.
- Śpieszysz się gdzieś?
- Tak jakby.
Zaczęłam robić się podejrzliwa. Sam miał swojej dziwactwa, jak każdy, ale nigdy nie bywał taki małomówny... Chyba, że był w trakcie organizowania jednego ze swoich planów.
- Co ty znowu kombinujesz? - zapytałam podejrzliwie i rzuciłam mu pełne wyrzutów spojrzenie.
- Nic. - Odwrócił ode mnie wzrok, a po chwili milczenia dodał bezbarwnym tonem: - Muszę już iść, do zobaczenia później. - Odszedł tak szybko jakby grunt palił mu się pod stopami.
Westchnęłam i postanowiłam porzucić ten temat na jakiś czas, kiedyś i tak się dowiem, czy to od samego Sama, czy przez przypadek.

Sam
W pośpiechu wszedłem do sali B.
- Spóźniłeś się! - wytknęła mi Rozalia.
- Przepraszam, coś mnie zatrzymało. - Dosiadłem się do grupy.
- Masz artykuł? - zapytał zaciekawiony Alexy.
- Pewnie. - Wyciągnąłem kilka kartek z plecaka. - Co o tym sądzicie?
Zaczęli czytać mój tekst, a ja patrzyłem na nich w napięciu.
- Jest dobry - powiedział Armin. - Ale ja napisałbym to lepiej.
- Jasne, ciekawe jak. - Alexy zaśmiał się pod nosem.
- Uważam, że spokojnie można oddać go Peggy. - Rozalia rozsiadła się wygodniej na krześle.
- Jest świetny, dobra robota, Sam. - Iris spojrzała na mnie z uznaniem i uśmiechnęła się ciepło.
- Dzięki. - Posłałem jej szeroki uśmiech.
Zadzwonił dzwonek, chcąc czy nie musieliśmy wstać i iść na pierwszą lekcje.

Renn
Delanay pojawiła się w klasie równo z dzwonkiem, odkąd pamiętam zawsze była typem nauczyciela punktualnego. Zaraz za nią do klasy wpadli Alexy, Armin, Iris, Roza i Sam. Nauczycielka spojrzała na nich wymownie i zaczęła prowadzić lekcje.
- Ostatnim razem napisaliście sprawdzian, dzisiaj, na jego podstawie, dobiorę was w kompatybilne zespoły.
Cała klasa zamilkła i oczekiwała w napięciu na to, co się stanie.
- Nataniel usiądzie z Li, Iris z Alexym, Lysander z Klementyną, Peggy z Charlotte i Violettą, Kastiel z Samem, Amber z Arminem, Kim z Melanią, a Rozalia z Renn. Proszę przesiąść się na swojej miejsca.
Wszyscy, mniej lub bardziej zadowoleni, zaczęli się przesiadać.
- W ciszy! - nakazała surowo nauczycielka.
Uśmiechnęłam się do Rozy półgębkiem.
- Doskonale, teraz proszę o założenie białych fartuchów, rękawiczek i okularów - poleciła twardo kobieta, a my od razu to zrobiliśmy. - Świetnie. Na dzisiejszej lekcji zajmiemy się syntezą aspiryny. Niech jedna osoba z pary przyjdzie po przybory. - Sama odwróciła się i zaczęła coś pisać na tablicy.
- Ty idź - szepnęłam do Rozalii.
- Nie, ty idź - odszepnęła w odpowiedzi.
Zagrałyśmy w szybką partię kamień-papier-nożyce. Przegrałam, więc podeszłam do biurka i odebrałam tacę z chemicznym sprzętem.
- Wasze wskazówki są na tablicy, gdybyście czegoś potrzebowali proszę się zgłaszać. - Delanay zaczęła przechadzać się po klasie.
- To co mamy zrobić? - Rozalia spojrzała na tablicę. - Nic z tego nie rozumiem, a ty? - Spojrzała na mnie z nadzieją w oczach.
- Ledwo, ale musimy wziąć się do pracy, jeśli chcemy zaliczyć. - W skupieniu przeczytałam instrukcję rozpisaną na tablicy. - Spróbujmy, zrobić pierwsze trzy punkty, potem będziemy główkować - zaproponowałam nieprzekonana.
- Ok. - Rozalia miała równie mizerną minę jak ja. Chyba obie nie spodziewałyśmy się niczego dobrego po tym doświadczeniu.
Mimo wszystko niezdarnie zabrałyśmy się do wykonywania zadania.
W pewnym momencie ktoś zapukał do drzwi.
- Przepraszam, pani profesor. - Pan Farazowski wszedł do klasy, wyglądał bardziej jak przestraszony uczeń niż nauczyciel.
- Co się stało? - Pani Delanay spojrzała na niego lodowato.
- Pa-pani dyrektor kazała panią wezwać, w sprawie dokumentów dotyczących przeniesienia się...
- Czy to nie może zaczekać? Jestem właśnie w środku lekcji - warknęła beznamiętnie.
- Ro-rozumiem, ale pani dyrektor chciała... - Fraziu wyglądał jak małe, przestraszone zwierzątko.
- Już idę. - Delaney przewróciła oczami, wyglądała na naprawdę zirytowaną. - Czy są tu jacyś przewodniczący lub gospodarze? - zwróciła się do nas.
Nataniel i Melania podnieśli swoje ręce.
- Macie pilnować spokoju dopóki nie wrócę - nakazała im chłodno i w pośpiechu opuściła salę razem z naszym wychowawcą.
- Nareszcie. - Roza z głośnym westchnieniem ulgi rozłożyła się na ławce.
- Ta. - Odchyliłam się na krześle.
- Ta kobieta jest straszna, jak ty z nią wytrzymałaś trzy lata? - zapytała wyczerpana naszą pracą.
- Normalnie, uczyłam się przed każdą lekcją. - Wzruszyłam ramionami. - Zresztą popatrz na innych. - Obejrzałam się po sali. - Armin i Amber kłócą się, Kastiel nic nie robi, Nataniel wygląda jakby zaraz miał zapaść się pod ziemie...
- Przynajmniej ja i ty, mamy się nieźle. - Rozalia spojrzała w kierunku ławki Alexy'ego i Iris. - Oni też dobrze się bawią.
- Proszę o spokój! - zaapelowała Melania, ale jej głos utonął w hałasie jaki spowodowali wszyscy pozostali.
Nasza sielanka trwała równe piętnaście minut, później do klasy wparowała Delanay z wielkim grymasem niezadowolenia na twarzy.
- Co tu się dzieje? - zapytała rozzłoszczona. - Przestańcie rozmawiać i wróćcie na swoje miejsca natychmiast! - krzyknęła na cała salę.
Nikt nie miał zamiaru z nią dyskutować, od razu wróciliśmy do swoich ławek.
- Prosiłam, żebyście przypilnowali porządku, czy to było, aż tak trudne? - Spojrzała z wyrzutem na Nataniela i Melanię.
Melania zarumieniła się i pokornie pochyliła głowę, natomiast Nataniel postanowił spokojnie wszystko wytłumaczyć.
- Pani profesor, większość uczniów nie jest w stanie zrozumieć wskazówek wypisanych na tablicy, dlatego zaczęli się konsultować między sobą, przez co powstał hałas. Możemy prosić by ponownie nam pani wyjaśniła cały przebieg doświadczenia? - poprosił pokornie i uśmiechnął się lekko.
Nauczycielka westchnęła ciężko i jeszcze raz rozpisała nam poszczególne etapy pracy. Dużo to dla nas nie zmieniło, nadal niewiele osób rozumiało o co chodzi. Wszyscy uczniowie wrócili do pracy z taką samą wiedzą i entuzjazmem jak wcześniej.
- Hej, hej, hej! - krzyknął nagle Armin. - Zmniejsz płomień!
- Wiem, co robię - warknęła na niego Amber.
Nagle z podgrzewanej probówki w dużych ilościach zaczął wydzielać się dym. Armin i Amber odskoczyli od swojego stołu w samą porę, bo chwilę później probówka wybuchła z głośnym hukiem.
- Proszę się uspokoić! - zawołała Delanay, wyglądała na zaskoczoną i lekko wystraszoną. - Zostawcie swoje rzeczy i powoli wyjdziemy z klasy!
Nauczycielce nie udało się uspokoić tłumu, wręcz przeciwnie wywołała tym jeszcze większy zamęt.
- Renn, w porządku? - Rozalia spojrzała na mnie zmartwiona. - Trzęsiesz się. - Dotknęła lekko mojej prawej ręki.
- Trochę się wystraszyłam, zaraz mi przejdzie - wysapałam chcąc ją uspokoić i wymusiłam delikatny uśmiech.
- Uspokójcie się! - Nataniel wziął sprawy w swoje ręce. - I idźcie za panią Delanay, za bramę szkoły - nakazał stanowczo.
Wszyscy momentalnie się uspokoili i zaczęli robić co każę, ja również. Wstałam ze swojego miejsca i spokojnie wyszłam na korytarz. Dymu było coraz więcej, nawet korytarz powoli się nim wypełniał. Zaczęliśmy zbiegać po schodach.

Sam
Zbiegliśmy ze schodów i ruszyliśmy głównym korytarzem w kierunku wyjścia. Na nasze szczęście dym nie dotarł jeszcze tutaj, za to na drugim piętrze włączył się alarm przeciwpożarowy i spryskiwacze.
Znikąd przypomniałem sobie o artykule dla Peggy, nie mogłem go tam zostawić, a co jeśli spryskiwacze go zniszczą?
To było chore, głupie i niebezpieczne, ale zawróciłem.

Renn
W miarę jak oddalaliśmy się od dymu stopniowo zwolniliśmy kroku. Byliśmy odrobinę bezpieczniejsi, mimo to moja ręka pulsowała jak najęta.
- Ciekawe co teraz zrobią, co nie Sam? - zapytałam mojego przyjaciela, ale nie usłyszałam odpowiedzi. - Sam? - Niepewnie obejrzałam się za siebie, ale nikogo tam nie było.
Cholerny dureń! Odwróciłam się w stronę klasy i pobiegłam go ratować.
- Renn, co ty robisz? - Ręka Nataniela chwycił mnie za ramię.
Mimowolnie syknęłam z bólu, ale odpowiedziałam:
- Sam zawrócił na górę, trzeba go ratować!
- Co? Dlaczego pobiegł na górę? - Nataniel był wstrząśnięty tą informacją.
- Nie wiem, ale wracam tam po niego! - Wyszarpnęłam rękę z jego uścisku i ruszyłam w kierunku sali od chemii.
- Idę z tobą. - Chłopak zrównał się ze mną krokiem.
Na schodach pojawiły się kłęby dymu, na górze musiało to wyglądać jeszcze gorzej.
- Powinniśmy zasłonić czymś usta i nos - zauważył celnie Nataniel. -  Nie wiadomo, co się stanie, jak nawdychamy się tego czegoś za dużo.
- Racja - przytaknęłam mu i nerwowo rozmasowałam nadgarstek prawej ręki.
- Wszystko w porządku? - Spojrzał na mnie zmartwiony.
- Tak, idziemy. - Nabrałam powietrza tyle, ile mogłam i zasłoniłam usta oraz nos ręką. Nataniel zrobił to samo.
Później wspięliśmy się na pierwsze piętro, dymu było tak dużo, że ledwo byliśmy w stanie coś dostrzec, pewnie w klasie było całkowicie biało.
Nagle z sali chemicznej wypadł Sam, lekko się zataczał, ale wyglądał na całego. Podbiegłam do niego i wzięłam go pod ramie, chwilę później Nataniel znalazł się po jego drugiej stronie.
- Dzięki - wysapał mój przyjaciel.
- Co ty sobie myślałeś idioto?! - zapytałam rozwścieczona i zmartwiona jednocześnie.
- Ja...
- Nawet się nie tłumacz! - warknęłam. - Oczywiście, że poleciałeś tam po coś głupiego. Pewnie musiałeś to zabrać za cenę swojego cholernego bezpieczeństwa! - syknęłam, ale gdzieś w środku czułam, że zbiera mi się na płacz.
Opuściliśmy szkołę i wyszliśmy na dziedziniec do reszty klasy. Nasi znajomi zbili się w jedną grupę, najprawdopodobniej chcieli się ogrzać, ponieważ fartuchy były za cienkie na taką pogodę. Nikt nas nie zauważył, no prawie nikt.
- Gdzie wyjście byli?! - fuknęła na nas Delanay. Widać było, że cała ta sytuacja wytrąciła ją z równowagi i mocno przestraszyła.
Nasza klasa spojrzała na nas zaskoczona, dopiero teraz nas dostrzegli.
- Musieliśmy wrócić po naszego kolegę, proszę pani, został z tyłu - wytłumaczył Nataniel.
- Tak właściwie to ten oto dureń. - Spojrzałam na Sama groźnie. - Zawrócił po coś do klasy, a my musieliśmy go z niej wyciągnąć - powiedziałam prawdę najspokojniej jak mogłam.
- Sam? - Nauczycielka wyglądała na zaskoczoną. - Myślałam, że masz więcej oleju w głowie, jak mogłeś tak ryzykować? - zapytał przejęta sytuacją.
- Dobre pytanie. - Zrobiłam minę pełną wyrzutów i przeszyłam chłopaka jeszcze groźniejszym spojrzeniem niż wcześniej.
- Ja... - Sam nie był w stanie stawić czoła dwóm, zdenerwowanym i przejętym kobietą. - Przepraszam, to było bardzo nierozważne z mojej strony, już nigdy więcej tego nie powtórzę. - Jego mina przypominała minę psa, który rozbił cenną wazę, wiedział, że zrobił coś złego i należy mu się za to kara.
- No dobrze, już nic na to nie poradzimy. Ważne, że nie stało się nic gorszego. Dziękuje wam, możecie dołączyć do reszty. - Kobieta uśmiechnęła się lekko z wdzięcznością do mnie i do Nataniela. - A teraz zobaczymy, czy z tobą wszystko w porządku. - Spojrzała na Sama twardo.
Nie będąc potrzebnymi, ja i blondyn poszliśmy w kierunku reszty klasy.
- Dzięki za pomoc - powiedziała po dłuższej chwili.
- Daj spokój, jestem głównym gospodarzem, to mój obowiązek. - Speszony odwrócił ode mnie wzrok.
Nastała niezręczna cisza.
- Myślałem o tym, co mi ostatnio powiedziałaś - oznajmił chłopak ze ściśniętym gardłem.
- I co? - zapytałam ledwo słyszalnie.
- Ja... - Spojrzał na mnie, wyglądał na naprawdę przekonanego do tego, co zaraz powie. - Chciałbym, żebyśmy zostali przyjaciółmi.
Wzruszyłam się, jego deklaracja sprawiła, że kamień spadł mi z serca. Widziałam w jego oczach, że jest w pełni przekonany, co do swojej decyzji oraz, że nie ma już do mnie żadnych pretensji. Nie mogłam wydusić z siebie ani słowa, dlatego przytaknęłam mu głową i uśmiechnęłam się najpiękniej i najszerzej jak mogłam.

Sam
Delanay upewniała się czy czuję się dobrze przez bardzo długi czas, dopiero nadejście dyrektorki to przerwało. Nasza kochana pani dyrektor była wstrząśnięta tym co się stało, nauczycielka zaczęła wyjaśniać jak do tego doszło, w tym czasie uczniowie z innych klas zaczęli zbierać się na dziedzińcu, a pod szkołą pojawiła się straż pożarna. Wszystko potoczyło się szybko, strażacy wbiegli do środka i po kilkunastu minutach wrócili stwierdzając, że nie ma już żadnego zagrożenia. Wtedy do akcji wkroczyła dyrka, wezwała pana Farazowskiego, panią Delanay, Nataniela, Armina oraz Amber i wszyscy razem zamknęli się w jej gabinecie. Ich rozmowa trwała tak długo, że postanowiłem nie marnować czasu i iść do Peggy, aby oddać jej nasz artykuł. Na szczęście wpadłem na nią w jednym z korytarzy.
- Peggy, mam coś dla ciebie! - zawołałem do niej z daleka.
- Serio? Jednak wyrobiliście się z artykułem? - Zrobiła zdziwioną minę.
- Jasne, sama zobacz. - Podałem jej plik kartek i z zainteresowaniem czekałem na jej werdykt.
Peggy w skupieniu przeczytała cały tekst, spojrzała na mnie znad papierów i wybuchnęła głośnym śmiechem.
- Co jest? - zapytałem skołowany.
- Ja nie mogę - wykrztusiła z trudem. Po czym padła na podłogę i dalej śmiała się w najlepsze, a ja stałem nad nią kompletnie nie rozumiejąc, o co jej chodzi. - Wybacz, dawno nikt mnie tak nie rozbawił. - Już spokojniejsza, brunetka wstała i otrzepała się z ewentualnego brudu.
- Nasz artykuł jest zabawny? - Nie rozumiałem do czego to zmierza.
- Jest tak koszmarny, że aż śmieszny - odpowiedziała z wielkim uśmiechem.
- Słucham?! - wykrzyknąłem zszokowany.
- Ten tekst nie trzyma się kupy, niby macie jakieś dowody, ale omawiacie je zbyt pobieżnie, zamiast tego skupiacie się na nic niewnoszących spekulacjach. Do tego ten styl! Nie wiem kto z was to pisał, ale ewidentnie nie umie tego robić. Prędzej wyrzuciliby mnie z gazety niż dali to do publikacji. - Zachichotała.
- Czyli wszystkie nasze staranie poszły na marne? - zapytałem z goryczą. Moja męska duma mocno ucierpiała.
- Nie, niezupełnie, udało wam się poprawić mi humor, a to już coś. - Podeszła do mnie i położyłam mi rękę na ramieniu. - Dzięki za chęci, Sam. - Po czym odeszła śmiejąc się pod nosem.
Czułem się okropnie, byłem zły i zażenowany jednocześnie. Tyle naszych starań poszło na marne, a ja jak ostatni idiota wróciłem po to do klasy. Do tego ten babsztyl mnie obraził! Kto jak kto, ale ja umiem pisać i to całkiem dobrze. Niech lepiej ona spojrzy na te swoje wypociny z pierwszej strony!
Parę chwil później pan Farazowski ogłosił nam, że lekcje zostają odwołane. Najwyraźniej przesłuchanie Armina i Amber musiało zostać przedłużone, aby wyjaśnić sprawę w pełni. Chciałem wrócić do domu z Reną, ale nigdzie nie mogłem jej znaleźć, pewnie zwinęła się szybciej, spryciula.
Następnego dnia na godzinie wychowawczej udzielono nam pogadanki o bezpieczeństwie i przypomniano regulamin pracowni chemicznej. Amber i Armin nie zostali pociągnięci do odpowiedzialność, dyrektorka postanowiła potraktować ich ulgowo, ponieważ nawet oni nie wiedzieli, co dokładnie dodali do swojej mikstury. Za to upomnienie dostało się pani Delanay, by ta lepiej pilnowała swoich uczniów i dawała nam bardziej zrozumiałe wskazówki podczas takich lekcji, aby ta sytuacja już nigdy się nie powtórzyła.
- Maskara, jeden raz coś wybuchło, a oni będą nas za to upominać do końca tej szkoły - jęknąłem wychodząc z sali.
- Niektórym z nas się to przyda, jakby planowali zawrócić po jakiś durny bibelocik. - Renn spojrzała na mnie wymownie.
- Długo będziesz mi to wypominać? - Zrobiłem zniecierpliwioną minę, ale w środku zalała mnie wielka fala wstydu, to co zrobiłem było więcej niż głupie.
- Aż zmądrzejesz - burknęła.
- Hej tam, jak się ma nasz szałowy duet? - Peggy podeszła do nas z naręczem gazetek szkolnych.
- Tak jak widać - odpowiedziała przyjacielsko Rena. - Nowy numer? - Wskazała na stos papierów.
- Tak, świeżo drukowany. Chcecie poczytać? - Podała nam jeden z egzemplarzy, a Renn chętnie go przyjęła i zaczęła przeglądać.
- Wróciłaś do gazetki? - zapytałem zdziwiony.
- Tak, i nie zamierzam z niej odchodzić - zapewniła nas gorąco. - Wiem jakie popełniłam błędy, dlatego teraz będę o wiele mądrzejsza, wyznaczę sobie kilka granic i zasad, których będę przestrzegać za wszelką cenę. Poza tym robienie gazetki szkolnej to jedna z najlepszych rzeczy jak mogła mnie spotkać, za nic w świecie nie zamieniłabym tego na cokolwiek innego. - Uśmiechnęła się hardo. - W końcu w tej szkole powinien być chociaż jeden porządny dziennikarz, co nie, Sam? - Puściła do mnie oko i odeszła głośno się śmiejąc.
Zrobiłem się czerwony jak burak.
- Coś przegapiłam? - zapytał Rena i rzuciła mi podejrzliwe spojrzenie.
Nie odpowiedziałem, ale poczerwieniałem jeszcze bardziej.
Moja przyjaciółka wróciła do przeglądania gazetki i dała mi czas na uspokojenie się. Po chwili krzyknęła zaskoczona:
- Ja nie mogę! Patrz! - Podsunęła mi gazetę pod sam nos.
- Nowa uczennica... Dołączy do klasy trzeciej B w przyszłym tygodniu?! - zapytałem zaskoczony, a szczęka opadła mi do samej ziemi.
- Wygląda na to, że będziemy mieć towarzystwo. - Rena uśmiechnęła się tajemniczo i schowała gazetę do swojej torby.

***

Witam i przepraszam za to szałowe spóźnienie! Jak zwykle w takich sytuacjach napiszę wam krótkie (mam nadzieje) wyjaśnienie, dlaczego tak wyszło, a oto ono: studia zaskoczyły mnie sporą ilością pracy już na wstępie, musiałam przygotować kilka rzeczy, wracam teraz o dość późnych porach itd. Dlatego kiedy nadszedł 16, nie miałam zrobionej nawet korekty, swoją drogą mam nadzieje, że jest zrobiona dobrze, z góry przepraszam za wszystkie błędy jakie zostawiłam. Co więcej, mówiłam, że rozdziały będą co miesiąc, ale nie jestem teraz tego taka pewna. Nie chcę zawieszać bloga, więc umówmy się, że rozdziały będą od teraz, co dwa miesiące, ok?
PS. Czy też zauważyliście, że Sam to taka Su, ale w męskiej wersji? xD
Do zobaczenia w listopadzie/grudniu.
Szablon wykonała Domi L