niedziela, 29 października 2017

Rozdział 35

Tak, wiem, to zdecydowanie nie jest 16 października, jednak mam dobre wytłumaczenie. Mam nadzieje, że nikt z was nie czuję się zawiedziony albo zdenerwowanym tymi zmianami, które tu się właśnie wyprawiają. Do rzeczy, po raz kolejny muszę zmienić termin wychodzenia rozdziałów. Wiem niedawno skończyło się zawieszenie i obiecałam powrót do normalności, jednak ogrom nauki zwalił mnie z nóg, nie mam czasu na nic, staram się wciskać pisanie wszędzie, gdzie tylko mogę, ale to nie wystarcza. Serio, od września do teraz piszę jeden rozdział, JEDEN, ten sam, rozdział. Tak się nie da, ale nie chcę zostawiać was z pustymi rękami, więc zamiast pojawiania się rozdziału co miesiąc, rozdział będzie pojawiał się pod koniec miesiąca, raz na dwa miesiące. To trochę mętne... Dobra, inaczej. Ten rozdział jest na październik i listopad, a następny będzie na grudzień i styczeń i pojawi się pod koniec grudnia, jasne? Mam nadzieje, że tak. :) Bardzo was przepraszam za to zamieszanie, dziękuję za wyrozumiałość i do zobaczenia w grudniu! :D
PS. Miłego czytania, kochani.

***

Renn
Od starcia z Debrą minęło półtora tygodnia, od tego czasu nie pojawiłam się w szkole, nie byłam w stanie. Pierwsze dwa dni przeleżałam w łóżku nic nie robiąc, a w poniedziałek zamiast pójść do szkoły, jak zwykle, zamknęłam drzwi na klucz i usiadłam przed telewizorem. Nie wiem, jak długo jeszcze będzie trwać to otępienie.
Po raz kolejny wstałam i zeszłam do kuchni. Cała potargana i w pidżamie musiałam wyglądać jak jeden z potworów występujących w kiepskim horrorze. Sięgnęłam po jeden z czystych kubków, ostatnio ich liczba drastycznie spadła, i wsypałam do środka trochę cytrynowej herbaty, ona też była już na wykończeniu. Wstawiłam wodę, a potem zajrzałam do lodówki.
- Same pustki - powiedziałam do siebie. Podeszłam do szafki na przekąski. - Tutaj trochę lepiej. - Sięgnęłam wielką paczkę solonych czipsów.
Tego, że od dawna nie robiłam zakupów, ani nie myłam naczyń również nie muszę wspominać, prawda?
Czajnik zagwizdał, zalałam herbatę, a potem zjadłam ogromną garść chipsów. Chwyciłam kubek i leniwym krokiem podeszłam do okna, odsłoniłam firankę i odskoczyłam z krzykiem do tyłu. Kubek wypadł mi z ręki i rozbił się na kawałki, a wrzątek rozlał się po podłodze. Podbiegłam do okna i znowu wyjrzałam na chodnik, ale Kastiela i Demona już tam nie było. Odetchnęłam z ulgą.
To nie był pierwszy raz, kiedy go tutaj widziałam. Najpierw dzwonił, a potem zaczął przychodzić raz dziennie, zawsze z psem, czasem rano, czasem popołudniu. Nie zostawał długo, przystawał na kilka minut i ruszał dalej. Niefortunnie zawsze kiedy się zjawiał ja musiałam coś zbić. W ciągu kilku dni zbiłam dwa kubki, jedną filiżankę i cztery szklanki.
Z ciężkim westchnieniem posprzątałam cały bałagan i usiadłam przed telewizorem przeglądając telefon oraz podjadając chipsy. Nie wiem dlaczego tak bardzo boje się stanąć przed Kastielem, czyżbym nadal nie była na to gotowa?
Przełączyłam na kanał z kreskówkami i spojrzałam na kilka nowych wiadomości od Sama. Uwielbiam go, ale czasami zachowuje się jak mamusia, która musi chronić wszystko i wszystkich na swój własny, zrzędliwy sposób. Sam po raz kolejny przypomniał mi o ogarnięciu domu, siebie i zrobieniu zakupów, a na końcu napomknął o obiecanej wizycie. Dwa dni temu chłopcy zapowiedzieli, że się u mnie zjawią, ale dopiero dzisiaj mogą wpaść wszyscy razem. Zjemy moje słynne naleśniki, Nataniel przyniesie notatki i spędzimy miło czas. Przy okazji przekonam ich, co do mojego dobrego samopoczucia.
Ruszyłam się z przed telewizora, ubrałam, umyłam i wyszłam do pracy. Po powrocie wyszłam z psami na krótki spacer do parku. Później wzięłam się za sprzątanie domu, odkurzyłam wszystkie podłogi, pozmywałam naczynia i pozbierałam swoje graty walające się po zakamarkach. Odpoczęłam kilka minut, by następnie chwycić torbę i wyjść na zakupy.
Na zakupach zapełniłam cały wózek. Musiałam kupić praktycznie wszystko od słodyczy po najpotrzebniejsze produkty. W efekcie tej eskapady wyszłam z marketu nie z jedną, a z kilkoma wypchanymi reklamówkami. Noszenie ich było strasznie nieporęczne i okropnie mnie spowalniało. Na szczęście z opresji wyratował mnie Lysander. Spotkaliśmy się kilka metrów od sklepu.
- Miło cię widzieć, Renn - przywitał się z kurtuazją. Chociaż po jego minie widać było, że kompletnie się mnie tutaj nie spodziewał.
- Ciebie również - wysapałam uprzejmie. - Co tutaj robisz? - Postawiłam zakupy na ziemi i uśmiechnęłam się delikatnie. - Myślałam, że wszyscy jesteście jeszcze w szkole.
- Kończyłem wcześniej, dlatego pomyślałem, że wpadnę zrobić jakieś zakupy. - Potrząsnął torbą, której wcześniej nie zauważyłam. - Przez Rozę i treningi Leo w całym domu nie ma ani grama słodyczy - westchnął z boleścią.
Zaśmiałam się pod nosem. Lysander spojrzał na mnie jak urzeczony i uśmiechnął się szeroko.
- Widzę, że humor dopisuje.
- Mniej więcej. - Skinęłam głową.
- Dobrze to słyszeć. Sam cały czas tak mówi, ale o wiele lepiej usłyszeć to z twoich ust. - Zarumienił się niezauważalnie.
- Nie powinniście się tak mną przejmować - powiedziałam już poważniej. - To była jednorazowa sytuacja, nic mi nie jest.
- Ciężko mi się o ciebie nie martwić - mruknął odwracając wzrok. - To znaczy... Jesteś moją bliską przyjaciółką, więc... - Zakłopotany wbił wzrok w ziemię. - Pomóc ci z zakupami? - zapytał nagle zmieniając temat.
- Jeśli nie sprawia ci to problemu...
- Gdyby sprawiało, nie zapytałbym. - Machnął ręką ucinając dalszą rozmowę.
- Sokor tak uważasz - mruknęłam i po raz kolejny uśmiechnęłam się do niego.
Lysander wziął połowę moich zakupów i razem ruszyliśmy w kierunku mojego domu. Nie rozmawialiśmy o szkole, ani o Kastielu. Dzieliliśmy się spostrzeżeniami na temat muzyki, Lysander zdobył się na odwagę i opisał mi swój pomysł na kolejny utwór.
Dotarliśmy pod mój dom dość szybko, zdecydowanie za szybko. Pożegnaliśmy się, a ja weszłam do środka zająć się kolejnymi sprawami. Znowu się przebrałam i zeszłam na dół do kuchni. Zrobiłam ciasto na naleśniki, a potem zaczęłam je smażyć. Chciałam zdążyć przed przyjściem chłopaków, żeby moc powitać ich z gorącym posiłkiem.
Ledwo ściągnęłam ostatniego naleśnika z patelni, a już ktoś zadzwonił do drzwi. Wyłączyłam kuchenkę, zrzuciłam fartuch i pobiegłam przywitać się z gośćmi.
Całe spotkanie przebiegło w naprawdę miłej atmosferze. Sam i Nataniel wyglądali jak żywe trupy po ciężkim dniu w szkole. Za to Lysander wręcz promieniał. Oczywiście wszyscy starali się unikać niewygodnych tematów związanych z Kastielem i całą tą sprawą. Byłam im za to niezmiernie wdzięczna. Spotkanie skończyło się po szóstej. Każdy miał coś do zrobienia, a ja nie chciałam ich zatrzymywać. Został tylko Sam, który zobowiązał się mi pomóc, przy okazji wygłaszając jakiś mądry wykład.
- Ciesze się, że tak dobrze się trzymasz. - Uśmiechnął się sztucznie z wymuszoną swobodą.
- Jasne. - Wstawiłam naczynia do zlewu. - A czego tak naprawdę chcesz? - Spojrzałam na niego z pod przymrużonych powiek.
- Ja... Ten tego... - Zakłopotany odwrócił wzrok.
- No dalej, wykrztuś to z siebie, Cordnel - warknęłam. Chwyciłam za gąbkę i zaczęłam szorować naczynia.
- Ja... Ja chciałbym wiedzieć kiedy wracasz do szkoły - oznajmił zdecydowanym, nieustępliwym tonem.
- Ja... Ten tego... - Zakłopotana spuściłam wzrok i wpatrzyłam się w myty talerz.
- No dalej, wykrztuś to z siebie, Perry. - Podszedł do mnie i też zaczął zmywać naczynia.
- Może w listopadzie. - Wyjrzałam przez okno. - Tak byłoby najlepiej - mruknęłam.
- Wiesz, że uciekanie od problemów nie sprawia, że one magicznie znikną? - zapytał cierpko.
- Nie uciekam. Problem został rozwiązany, wszystko się skończyło - oznajmiłam twardo, bardziej zapewniając o tym siebie niż jego.
- Nie miałem na myśli Debry, tylko nieobecność twoją i Kastiela.
Prawie upuściłam trzymany talerz.
- Kastiel też nie pojawia się w szkole? - zapytałam zdumiona.
- Nie tylko ty przyjęłaś taką strategie - odpowiedział z sarkazmem.
- To nie jest żadna strategia - warknęłam. Ze złością odłożyłam naczynie i sięgnęłam po kolejne.
- Nie rozumiesz. - Spojrzał na mnie zbolałym wzrokiem.
- To ty nic nie rozumiesz! Do tego złościsz się jakbym coś przeskrobała! - krzyknęłam i z wściekłością odłożyłam kolejne naczynie na zmyty stos.
- Nie złoszczę się. Ja po prostu... - Westchnął ciężko. - Po prostu złości mnie to dziecinne zachowanie. Debra się zwinęła, a szkoła jakoś to przeżyła i po tygodniu wszystko wróciło do normalności. Wszystko, ale nie nasza klasa. - Spojrzał na mnie jak zbity pies. - Wszyscy się o was martwią, o ciebie i Kastiela, nie ma z wami żadnego kontaktu. O ile nieobecność Kastiala mogą jakoś przeboleć, to z twoim brakiem jest gorzej.
- Gorzej? - zapytałam trzęsącym się głosem.
- Gryzie ich poczucie winy. Myślą, że to przez to jak cię potraktowali nie chcesz wrócić.
- Co? Przecież wcale tak nie jest! Byli zmanipulowani, skąd mogli wiedzieć, że Debra jest taką żmiją. - Zrobiłam oburzoną minę.
- Próbowałem im to wytłumaczyć, ale do nich nic nie dociera. Możesz tego nie zauważać, ale jesteś bardzo lubiana w naszej klasie. Nasza paczka wie od początku o co chodzi, ale oni nie. Nawet Klementyna ma wyrzuty, że nie wstawiła się za tobą u dyrektorki. Oczywiście pozostałe dziewczyny i Alexy też się obwiniają. Amber i jej koleżanki są zadowolone, a Armin i Peggy chodzą rozdrażnieni. On, bo irytuje go ten klasowy burdel, ona, bo wywiad z Debrą, który chciała wydać okazał się wierutnym kłamstwem.
Oboje uśmiechnęliśmy się na widok złej brunetki.
- Dlatego zapytam jeszcze raz, kiedy wracasz?
Przez chwilę milczałam, a potem odezwałam się nad wyraz spokojnym głosem:
- W przyszłym tygodniu, skoro tak wam zależy. - Uśmiechnęłam się pod nosem. - Muszę nadrobić zaległości w notatkach, potem wrócę na sto procent.
- Dobrze to słyszeć. - Sam zadowolony skinął głową.
- Poza tym Peggy musiała naprawdę śmiesznie wyglądać. - Zaśmiałam się.
- Żebyś wiedziała! Cały czas, przez bity tydzień rozpaczała nad swoim artykułem.
W już przyjemniejszej atmosferze wróciliśmy do wspólnego zmywania. Zaproponowałam mu, żeby u mnie przenocował, ale odmówił wspominając coś o spotkaniu z Iris w parku. Kiedy żegnaliśmy się pod drzwiami po raz kolejny zobaczyłam zakapturzoną postać ze znajomym psem. Stał po drugiej stronie chodnika i patrzył prosto na mnie. Sam nie mógł tego zauważyć, był odwrócony do niego plecami, a kiedy skończyliśmy się już żegnać po Kastielu nie został żaden ślad. Zupełnie jakby go tam nie było.
Blada wróciłam do środka i usiadłam przed telewizorem. Moją sielankę przerwał telefon od Rozalii.
- Cześć, Roza - mruknęłam i poprawiłam się na kanapie.
- Hejka, dawno się nie widziałyśmy, co? - zapytała radośnie.
- To fakt. - Uśmiechnęłam się pod nosem. - Musisz wytrzymać beze mnie do końca tego tygodnia.
- Wcale nie muszę - zawołała śpiewnym tonem.
- Co masz na myśli? - zapytałam podejrzliwie.
- To, że zabieram cię jutro na zakupy! - krzyknęła radośnie.
- Słucham?! - wykrzyknęłam przerażona. - Po co?!
- Jak to, po co? Potrzebna ci zmiana, powiew świeżości - odpowiedziała z istną pasją.
Jęknęłam rozżalona.
- Nie daj się prosić - poprosiła głosem małej dziewczynki przeciągając samogłoski. - Wpadnę do ciebie o ósmej, poprzeglądamy twoje szafy i kosmetyki, a potem wpadniemy do dzielnicy handlowej i nakupujemy ci wszystkiego po trochu - mówiła coraz radośniejszym głosem.
Jęknęłam jeszcze głośniej.
- No weź. Renuś, ja wiem, że chcesz iść ze mną na zakupy. Nie zgrywaj niedostępnej. - Zachichotała kusząco.
- Dobra - wykrztusiłam. - Pójdę z tobą na te zakupy.
- Wiedziałam! Kocham cię najbardziej na świecie! Do zobaczenia jutro o ósmej. - Rozłączyła się.
Odsunęłam od siebie telefon i wcisnęłam się głębiej w oparcie kanapy. Właśnie podpisałam pakt z diabłem.

Sam
- Dziękuje, że pomogłeś mi to wybrać. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. - Lysander potrząsnął reklamówką.
- Nie ma sprawy, a nowa błyskotka i tak się jej przyda. - Uśmiechnąłem się radośnie.
- Jej urodziny są w listopadzie, prawda?
- Tak pod sam koniec. Obyś nie zapomniał! - ostrzegłem go i żartobliwie pogroziłem mu palcem.
- Postaram się. - Skinął w zamyśleniu głową. - Jej urodziny są zbyt ważne, by o nich zapomnieć - wymamrotał jakby do siebie.
- Czujesz coś do niej? - zapytałem znienacka.
Chłopak spojrzał na mnie spłoszony i zawstydzony, pewnie zacząłby się gorączkowo tłumaczyć, ale właśnie zadzwonił jego telefon. Ledwo zauważalnie odetchnął z ulgą i odebrał.
- Witaj, Kastiel. Potrzebujesz czegoś ode mnie?...Nie, nie robię teraz nic istotnego. - Spojrzał na mnie kątem oka. - Jestem z Samem na zakupach... Dość nagła sprawa, musiałem wybrać coś na prezent dla Renn. ...Nie wiesz? Pod koniec listopada obchodzi urodziny. ...Tak, akurat dzisiaj odwołali nam dwie pierwsze lekcje. Dlaczego pytasz? ...Pomoc? ...Nie, nie jestem zdziwiony, tylko... Teraz? ...Nie, nie o to chodzi. Wiesz, że tobie nie odmówię, będę za chwilę. ...Razem? Dobrze zapytam. Do zobaczenia. - Lysander rozłączył się i schował telefon do kieszeni spodni. - Kastiel potrzebuje pomocy przy sprzątaniu, chcesz iść ze mną? - zapytał uprzejmie.
- Pewnie, nigdy nie odmawiam pomocy - odpowiedziałem zdecydowanie. - Może powinniśmy zadzwonić po Nataniela? - zaproponowałam.
- Nie, to nie jest najlepszy pomysł.
- Ciągle za sobą nie przepadają?
Lysander skrzywił się nieznacznie.
- Myślałem, że po tej całej przygodzie ich stosunki się ocieplą - mruknąłem z nutą zawodu.
- Oni się nigdy nie zmienią - westchnął Lysander. - Chyba nic nie jest w stanie ich pogodzić.
W czasie naszej rozmowy nieświadomie weszliśmy na ulicę, przy której mieszka Kastiel. Białowłosy poprowadził mnie kilka domów dalej i byliśmy już na miejscu. Weszliśmy na ganek i zapukaliśmy do drzwi. Ktoś przekręcił klucz i ze środka wypadł ujadający pies.
- Demon! - krzyknął karcąco właściciel.
Pies cofnął się ze spuszczonymi uszami. Spojrzałem na chłopaka. Kastiel wyglądał dość dobrze, był lekko potargany, ale oprócz tego było ok. Ubrał się w ciemne dresowe spodnie i szarą, dresową bluzę z czaszką na lewej stronie. Ciuchy wyglądały jakby nosił je kilka dni z rzędu, poplamione gdzieniegdzie i wygniecione, może nawet w nich spał.
- Super, że wpadłeś - mruknął bez przekonania i odsunął się w drzwiach.
- Nie wyglądasz najlepiej - rzucił Lysander w stronę przyjaciela.
- Ale czuje się świetnie! - warknął. - Zresztą będziemy tu tak stać czy zajmiemy się wynoszeniem gratów?
Nie wiedziałem jak się zachować w tej sytuacji. Nigdy nie byłem zbyt blisko z Kastielem, z Lysanderem i Natanielem potrafiłem znaleźć wspólny język, ale nie z nim. Ja i on nigdy za dużo nie rozmawialiśmy, miałem wrażenie, że uważa mnie za jakiegoś rywala, podczas organizacji koncertu zamieniliśmy z kilka zdań, nic więcej. Oczywiście nie zostałem zaproszony, ponieważ chłopak pałał do mnie specjalną sympatią, zostałem zaproszony, ponieważ byłem żywą informacją na temat Renn. Kastiel chciał mnie o nią wypytać i nic więcej.
- Co chcesz wynieść? - zapytałem rzeczowo.
- Zobaczycie. - Skinął na nas i zaczął wspinać się po schodach.
Poszliśmy za nim do jego pokoju. Wszędzie walały się ciuchy, płyty i masa innych gratów.
- Wszystko co muszę wywalić jest w szafie, w pudłach. No i tych blaszanych puszkach pod biurkiem. - Pokazał palcem w odpowiednich kierunkach. - Wszystko musimy znieść na dół na tyły do ogrodu i wsypać do kosza.
Zabraliśmy się do pracy najpierw znosiliśmy pudła, których zawartość nie była nam do końca znana, a potem znieśliśmy też puszki.
- Kastiel, co ty kombinujesz? - zapytał w pewnym momencie Lysander i rzucił przyjacielowi podejrzliwe spojrzenie. - To wszystko jest z czasów Debry, czy ty...
- Spokojnie, stary, wszystko w swoim czasie - uciął rozmowę. Sięgnął najbliższą z puszek i wyszedł z nią na zewnątrz.
Jakiś czas później, kiedy byliśmy tylko we dwójkę chłopak zapytał niby lekko i od niechcenia:
- A co tam u Renn?
- Wiedziałem, że po to mnie tu ściągnąłeś. - Zerknąłem na niego. - Nie chce z tobą rozmawiać? - zapytałem kąśliwie.
- Dzwoniłem, ale nie odbiera. - Spuścił głowę. Musiało mu być naprawdę ciężko. - A więc? Jak to zniosła?
- Dobrze, na swój sposób - powiedziałem wymijająco.
Kastiel chciał jeszcze o coś zapytać, ale właśnie wszedł Lysander i musiał się zamknąć.
Po półgodzinie wynoszenia pudeł, całą trójką stanęliśmy przy metalowym kuble na śmieci. Na sygnał zaczęliśmy wsypywać zawartość pudeł do środka. Było tam mnóstwo ciuchów, drobnych prezentów, liścików i płyta Debry.
Kiedy nic już nie zostało Kastiel chwycił za kanister benzyny, którego wcześniej nie zauważyłem i polał zawartością wierzch śmieci.
- Dzięki za pomoc, możecie iść - odezwał się nad wyraz głośno.
Lysader bez słowa odszedł.
- Na pewno? - zapytałem niepewnie.
- Chcę zostać sam - odezwał się słabo.
- Dobra. - Westchnąłem ciężko i ruszyłem dogonić Lysandera. Tknięty przeczuciem obejrzałem się za siebie ostatni raz i zobaczyłem jak Kastiel wyrzuca swoją zawieszkę od telefon w kształcie białego kotka z dzwoneczkiem na końcu.

Renn
Punktualnie o ósmej do drzwi zadzwoniła Rozalia. Ja, w pełnym makijażu i ciuchach wyjściowych, poszłam otworzyć jej drzwi.
- Hejunia! - krzyknęła radośnie.
- Hej. - Uśmiechnęłam się krzywo.
Nie zdążyłam się odsunąć, a ona już stratowała mnie w korytarzu. Zapowiadał się cudowny dzień.
Bez zbędnych ceregieli Rozalia popędziła na górę do mojej sypialni, zanim ją dogoniłam ona już szperała w moich rzeczach.
- Mój Boże, czy ty nie masz serca?! - wykrzyknęła wymachując moim stanikiem. - Co to za ohyda? - Przyjrzała mu się z bliska. - Zero koronki, żadnych fikuśnych wzorków! Co to jest?! - wykrzykiwała zrozpaczona.
- To mój stanik, jeden z wielu. - Wyrwałam jej rzecz z ręki.
- Nie mów, że reszta wygląda tak samo! - Dziewczyna rzuciła się do odpowiedniej szuflady i zaczęła wywalać z niej wszystko jak leci. - Nie wierze! Wszystkie takie same! I do tego majtki do kompletu!!! - piszczała zrozpaczona. - Dość tego, wywalamy! Wszystko wywalamy!!! - Rzuciła we mnie workiem na śmieci.
- Ale wszystko? - zapytałam zrozpaczona.
- Wszystko!!!
Wywaliłam wszystko. Rozalia chodziła po całej sypialni i wyrzucała każdy mój ciuch, cały czas marudząc, jęcząc i lamentując. To samo spotkało moje buty i kosmetyki. Koniec końców skończyłam z jedną sukienką, kurtką, dwoma parami jeansów, trzema bluzkami, trampkami, wszystkimi szpilkami i pomarańczowym cieniem do powiek.
- Świetnie. - Roza radośnie zatarła ręce. - Perry, ile masz odłożonej kasy? - Spojrzała na mnie uważnie.
Wymamrotałam stan mojego kąta.
- O, cholera! Ja w życiu tyle nie uzbieram - wykrzyknęła zdumiona. - Bardzo dobrze, chodźmy zaszaleć! - Chwyciła mnie za rękę i zbiegła ze mną po schodach.
Ledwo sięgnęłam po kurtkę, a już wypadłyśmy na dwór. Rozalia zaciągnęła mnie do butiku Leo, bo gdzieżby indziej?
Weszłyśmy do środka, dziewczyna pobiegła buszować między wieszakami, a ja przywitałam się z Leo.
- Cześć, Leo, jak tam? - zapytałam radośnie.
- U mnie w porządku, ale widzę, że z tobą nie najlepiej. - Otaksował mnie nieco zmartwiony.
- Twoja dziewczyna doprowadzi mnie do bankructwa - wymamrotałam strapiona.
- To dość prawdopodobne. - Uśmiechnął się delikatnie, prawie jak Lysander. - Nawet nie wiesz, ile radości jej to sprawia. Uwielbia robić takie rzeczy, a jeszcze lepiej, kiedy robi coś takiego dla przyjaciół - powiedział czułym głosem. Podczas całej rozmowy wodził za Rozalią wzrokiem pełnym miłości, ciekawe czy ktoś kiedyś też tak na mnie spojrzy?
- Renn, musisz to przymierzyć! - Roza podbiegła do mnie z naręczem ciuchów.
Nie zdążyłam nic powiedzieć, kiedy ta wepchnęła mnie do przymierzalni. Rozalia przyniosła mi dosłownie wszystko! Oprócz butów. Przymierzenie tej sterty ciuchów zajęło wieczność, a kiedy już skończyłam Rozalia wybrała dobre ciuchy i poszła do kasy. Leo dał mi solidny upust oraz kulturalnie przeprosił za własną dziewczynę.
Następnie wybrałyśmy się do dzielnicy handlowej, gdzie nakupowałyśmy mi butów i jeszcze więcej ciuchów. Oczywiście na każdym kroku Roza obrażała moją garderobę. Kupiłyśmy też masę bielizny z koronkami i fikuśnymi wzorkami, tak jak zarządziła białowłosa. Potem, całe obładowane, ruszyłyśmy na szukanie nowych kosmetyków. Rozalia ponownie obraziła mój wygląd i mój makijaż, co złego jest w czarnej szmince?! W każdym razie spór zakończył się kupieniem czerwonej szminki, dwóch błyszczyków w delikatnych odcieniach różu i brązowych cieni do powiek.
Niestety nadal to nie był koniec, ponieważ Roza zaprowadziła mnie w jeszcze jedno miejsce.
- Fryzjer?! - Spojrzałam na nią spanikowana.
- No co? - zapytała zdziwiona.
- Nie było mowy, o żadnym fryzjerze!!!
- Oj, bo wiedziałam, że się nie zgodzisz. - Zrobiła minkę słodkiej dziewczynki. - Dlatego zwabiłam cię tu moim chytrym planem.
- Podstępem! - Pokazałam na nią oskarżycielsko palcem.
- Raczej chytrym planem - wymamrotała. - Ale co ważniejsze, musimy pozbyć się tych ohydek! - Pokazała z obrzydzeniem na moje końcówki.
Krzyknęłam oburzona i zakryłam moje maleństwa ręką.
- Daj spokój, obetniemy tylko trochę - powiedziała jak do małego dziecka. - Sam końcóweczki, nic więcej.
- A będę mogła je... przefarbować? - zapytałam niepewnie.
- Zamorduje cię! - syknęła jadowicie.
- Ale... - Spojrzałam na nią błagalnie. - Nie możemy tego przedyskutować?
- Nie, nie możemy - ostro ucięła dyskusję.
Siłą wepchnęła mnie na fotel fryzjerski i przytrzymała na nim dopóki nie zjawił się fryzjer. Rozalia radośnie wyjaśniła mu, co ma robić. Jęknęłam zrozpaczona słysząc to wszystko. Mężczyzna chwycił nożyczki zabierając się do dzieła, wstrzymałam oddech. Pierwsze kosmyki spadły na podłogę.

Sam
Ziewnąłem zaspany. Była dopiero siódma rano, a ja, Lysander i Kastiel siedzieliśmy już w szkole. Wszystko dlatego, że ten ostatni chciał posprzątać swoją szafkę i potrzebował do tego pomocy. Nie mogliśmy mu odmówić.
- Popakujemy to w pudła, a ja zaniosę je do domu. - Chłopak otworzył drzwi własnej szafki pełnej magazynów o Debrze i dwóch kolejnych kopii jej płyty.
Lysander spojrzał z niemym pytaniem na przyjaciela, ale ten go zignorował i chwycił jedno z pudeł, które tu przynieśliśmy. Osobiście nie byłem zadziwiony tym widokiem, ale ja już go wcześniej widziałem.
Sprzątaliśmy w całkowitej ciszy, już po piętnastu minutach wszystko zostało wpakowane do dwóch pudeł, a w szafce zostało tylko kilka podręczników. Kastiel bez słowa chwycił swoje rzeczy, skinął nam głową i poszedł zanieść je do swojego domu.

Renn
Z samego rana, o piątej, zadzwoniła do mnie Rozalia i poinformowała mnie, że wpadnie za półtorej godziny, żeby pomóc mi się przygotować. Choć tak naprawdę, po prostu chciała mnie samodzielnie wepchnąć w nowe ciuszki. Nie mając wielkiego wyboru wstałam z łóżka, zjadłam śniadanie i wyczekiwałam jej przyjścia.
Zjawiła się zdecydowanie za wcześnie, o jakieś trzydzieści minut! Wparowała do mojego domu bez pukania i zbeształa mnie za to, że jeszcze nic ze sobą nie zrobiłam, kolejny raz obrażając mój wygląd. Prychnęłam pod nosem, ale posłusznie zaczęłam się ogarniać. Wzięłam długi prysznic, oddalając spotkanie z moim katem, uczesałam się i ubrałam nowy komplet białej koronkowej bielizny.
W tym czasie Roza przejrzała całą zawartość mojej szafy, rozrzucając gdzieniegdzie jej części. Ledwo przekroczyłam próg, a przyjaciółka już doskoczyła do mnie z ubraniami. Z wielkim grymasem na twarzy założyłam na siebie granatową bokserkę, pomarańczowy sweter z odkrytymi ramionami i jeansy o intensywnym niebieskim kolorze. Następnie zostałam przez nią uczesana. To cud, że zostały mi jeszcze jakieś włosy, po tym koszmarze. Na całe szczęście Roza zostawiła je rozpuszczone. Kolejnym punktem był makijaż, tym razem delikatny i podkreślający. Jakby coś złego było w mocnym i wyraźnym! Moja przyjaciółka wykonała wspaniałe smokey eye i podkreśliła moje usta błyszczykiem w lekkim różowym odcieniu. Na sam koniec, tuż przed wyjściem, wręczono mi jeansową kurtkę i moje jedyne czarne trampki.
Wychodząc z domu zerknęłam w lustro. Wyglądałam inaczej... Bałam się, że Roza zrobi ze mnie klauna czy kogoś w tym stylu, ale wyglądałam całkiem nieźle. Nawet bez czarnej szminki i moich końcówek, ciągle nie mogę ich przeżyć, prezentowałam się nieziemsko. Roza to zauważyła i przez całą drogę do szkoły powtarzała z dumą „A nie mówiłam?” oraz wygłaszała pochlebne uwagi na temat mojej nowej stylizacji, cały czas trzymając moją rękę w żelaznym uścisku, jakbym miała uciec! No cóż... Gdybym miała okazję, na pewno bym spróbowała.
Do szkoły dotarłyśmy prawie na dzwonek. Na korytarzu ziało pustką, ale nauczyciele nie zdążyli jeszcze dojść do klas. Spięłam się i wyprostowałam jak struna.
- Nie martw się, będzie dobrze. - Roza posłała mi promienny uśmiech.
- Nie jestem tego taka pewna... - mruknęłam z powątpiewaniem i odwróciła od niej wzrok.
- Daj spokój. - Podeszła do mnie i przytuliła mnie na pocieszenie. - Kiedy wszyscy cię zobaczą zaczną przepraszać za całe zamieszanie i wychwalać twój nowy wygląd. Nie wspominając o tym, że chłopcy padną jak zauważą, co z ciebie zrobiłam. - Odsunęła się ode mnie i chwyciła za klamkę.
- Może masz rację - wymamrotałam i uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Pewnie, że mam! Odwagi, dziewczyno. - Rozalia puściła mi oczko i otworzyła drzwi.
Kiedy weszłam do środka zapanowała wielka cisza. Przełknęłam nerwowo ślinę. Usiadłam na swoim miejscu obok oniemiałego Sama i dyskretnie rozejrzałam się po klasie. Każdy na mnie spoglądał z większym lub mniejszym zainteresowaniem. Amber i jej ekipa z nienawiścią, pozostałe dziewczyny i Alexy ze zmartwienie, Lysander, Sam i Nataniel z zachwytem, tylko Peggy, Armin i Roza zbytnio się tym nie przejęli, za co jestem im wdzięczna.
- Co się z tobą stało?! - zapytał ze zdziwieniem Sam.
- Rozalia - westchnęłam, jakby to jedno słowo miała wyjaśnić wszystko.
- Czyli to z tobą poszła wczoraj na zakupy, tak? - zapytał Lysander, zupełnie nie okazując szoku w jakim był jeszcze chwile temu.
- Tak. - Skinęłam głową.
- To wiele tłumaczy - mruknął cicho.
- Na przykład? - Uniosłam lekko lewą brew.
- Na przykład dlaczego cieszyła się wczoraj jak dziecko, dlaczego śmiała się pod nosem co chwilę i dlaczego mój brat o tobie wspominał. - Zarumienił się przy tym ostatnim.
- I jak? Jak cie się podoba końcowy efekt? - zapytała stremowana.
- Wyglądasz czarująco - przyznał z podziwem. Uśmiechnął się szerzej niż zwykle i rozmarzony spojrzał na moją twarz.
Speszyłam się pod jego wzrokiem, ale zaraz odzyskałam rezon i zwróciłam się do Sama z tym samym pytaniem.
- Nareszcie ktoś wyrzucił te ohydne, grobowe szmaty - powiedział złośliwie posyłając mi jeden ze swoich złośliwych uśmiechów.
- Powiedział koleś w obleśnym moro - podsumowałam go i uśmiechnęłam się zadziornie.
- Ej! - Spojrzał na mnie z wyrzutem.
W odpowiedzi wzruszyłam niedbale ramionami.
Lysander zaśmiał się pod nosem, a chwile później cała nasza trójka chichotała w najlepsze.
Wszystko gwałtownie ucichło, kiedy do klasy wszedł pan Farazowski, a zaraz za nim Kastiel, który wyglądał zupełnie inaczej. Spojrzeliśmy na siebie i na moment nas zmroziło. Potem oboje odwróciliśmy wzrok, on usiadł obok swojego najlepszego przyjaciela, a ja zaczęłam nerwowo grzebać w torbie.
Lekcja dłużyła się w nieskończoność, a świadomość, że ja i Kastiel jesteśmy tak blisko siebie była boleśniejsza z każdą minutą. Zaraz po lekcji wszyscy zebrali się, żeby mnie przeprosić. Oczywiście wybaczyłam im ich pomyłkę, co tu dużo opowiadać? Cały dzień spędziłam z własną klasą, nawet Klementyna dyskretnie przeprosiła mnie za sytuacje z wiadrem. Udało mi się wyrwać dopiero na długiej przerwie, poszłam zanieść usprawiedliwienie do pokoju gospodarzy. Jak zwykle wpadłam bez pukania, a Nataniel, ja zwykle, siedział przy swoim biurku.
- Cześć mam coś dla ciebie - zawołałam do niego od progu.
- Naprawdę? - zapytał zdziwiony moim widokiem. Ledwo nasz wzrok się skrzyżował, a on już zrobił się czerwony jak burak.
- Usprawiedliwienie. - Pomachałam mu papierem przed twarzą.
- Jasne. - Zabrał papier i odłożył na bok.
Chciałam już wyjść, ale kiedy dotknęłam klamki...
- Zaczekaj! - krzyknął zdenerwowany blondyn. - Ja... Chcę powiedzieć, że...
- Tak? - Spojrzałam na niego zdziwiona.
Nataniel spojrzał mi prosto w oczy, wyprostował się jak struna i wyrzucił z siebie na jednym wdechu:
- Śliczniedzisiajwyglądasz,podobamisiętwójnowystyl.
Oszołomiona nie wiedziałam, co mam mu odpowiedzieć. Nataniel też nie wiedział, co dalej robić, tylko siedział prosto i czerwienił się w najlepsze. Zlustrowałam go zdumiona, on też zmienił swój styl, zupełnie jak ja i Kastiel.
- Tobie też do twarzy w tych nowych łaszkach. - Uśmiechnęłam się krzywo.
- Se-serio?
- Jasne, ten krawat jest niesamowity.
- Też mi się podoba. - Nataniel nareszcie się uśmiechnął i przestał przypominać strunę od gitary.
Pogawędziłam z nim jeszcze chwile i wyszłam na korytarz. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, nie chciałam wracać do towarzystwa kolegów z klasy, bądź co bądź bycie w centrum uwagi jest męczące, a Sam i Lysander zniknęli. Przesiedzenie całej przerwy z Natanielem też nie było najlepszym pomysłem, nie chciałam przeszkadzać mu w pracy.
Spragniona słońca i jesiennego wiatru postanowiłam wyjść na dach. Tam na pewno nikt mi nie przeszkodzi, nawet nie pomyślą by mnie tam szukać. Wspięłam się po schodach na samą górę, zignorowałam ostrzeżenie i pchnęłam ciężkie drzwi, owiało mnie chłodne, orzeźwiające powietrze. Podeszłam bliżej krawędzi napawając się widokiem miasta. To tutaj zaczęła się moja znajomość z Kastielem. Pierwszego dnia szkoły wpadłam na ten dach, żeby obgadać z nim projekt zadany nam przez Fraza, komponował wtedy jedną ze swoich piosenek. Uśmiechnęłam się na myśl o naszym spotkaniu. Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Wystraszona nie na żarty odwróciłam się w stronę przybysza, spodziewałam się Formułki, która zacznie na mnie wrzeszczeć, ale się pomyliłam. Na dach wszedł Kastiel.
Spojrzeliśmy na siebie zaskoczeni i po raz kolejny odwróciliśmy wzrok. Nadal czuliśmy się niezręcznie w swoim towarzystwie. Cisza przeciągała się, kiedy w końcu on się odezwał.
- Nieźle wyglądasz - wymamrotał ze ściśniętym gardłem.
- Ty też. - Spojrzałam na niego niepewnie. - Jak widać dłuższe przerwy nam służą - dodałam nieśmiało.
- Trochę. - Spojrzał mi prosto w oczy. - Chciałem z tobą pogadać - oznajmił zdecydowanie.
- Ja też - przyznałam po chwili. - Szkoda, że wcześniej nie było okazji.
- Tak, mamy zwariowany dzień. - Uśmiechnął się pod nosem.
- Wszyscy mają dzisiaj zwariowany dzień. - Zamilkłam na chwile. - To o czym chciałeś pogadać?
Zapadła cisza.
- O Debrzę - wymamrotał w końcu rudzielec. - Naprawdę ją lubiłem, z nikim nigdy nie byłem tak blisko. - Zerknął na mnie sprawdzając, jak znoszę jego wywód i zaczął krążyć po dachu. - Uwielbiałem jej styl bycia, tą kokieteryjną otoczkę i zadziorność. Była też okropnie atrakcyjna. Kiedy wyjechała poczułem się jak... Jakby ktoś zdzielił mnie po głowie, brakowało mi jej, ale się z tego otrząsnąłem. Zapanowałem nad własnym życiem, mocniej zakumplowałem się z Lysandrem i zerwałem kontakt z Natanielem, a potem pojawiłaś się ty. - Przystanął i znowu na mnie zerknął. W jego oczach było coś innego niż zwykle, jakby czułość. - Wtedy kompletnie zapomniałem o tym co się stało. Jakby rozstanie z Debrą mnie nie dotyczyło, a potem... Ona wróciła... Z życiową propozycją, ładnymi słówkami i to wszystko powróciło. Nasz związek... Czułem się jakby nic z wcześniej nie miało miejsca, jakbyśmy się nie rozstali. Tak bardzo mi na tym zależało, coś, co chciałem osiągnąć było na wyciągnięcie ręki, ale nie mogłem was zostawić. No i... Resztę już znasz. - Westchnął kończąc swoją przemowę i podszedł do mnie. Staliśmy bardzo blisko siebie.
- Wiem co masz na myśli - powiedziałam zmieszana. - Zachowałam się jak wścibska żmija, wepchnęłam nos w nieswoje sprawy, ale... Nie mogłam patrzeć jak ona cię wykorzystuje, jak wszystkich wykorzystuje. - Spuściłam wzrok speszona.
- Albinosie. - Kastiel chwycił mój podbródek i zmusił, żebym na niego spojrzała. - Jestem dupkiem i całkowitym kretynem, powinienem powiedzieć to wcześniej. Przepraszam - powiedział drżącym głosem, w którym brzmiała skrucha.
- Daj spokój, to nie nasza wina. - Uśmiechnęłam się przepraszająco.
Oboje jak na sygnał zaśmialiśmy się nerwowo i podeszliśmy na skraj dachu. Usiedliśmy na nim blisko siebie, mieliśmy sobie tyle do opowiedzenia, a ta przerwa należała tylko do nas.

sobota, 16 września 2017

Rozdział 34

Hej, hej, to ja! Dawno mnie tu nie było, znowu muszę nabrać formy... Ale zacznijmy od dobrych wieści! Na początek, blog zostaje odwieszony, a rozdziały zaczną się pojawiać w okolicach 16-stego każdego miesiąca. Moje pisarskie wakacje bardzo się udały, napisałam całe pięć rozdziałów, co daje duży zapas czasu. Natomiast z mniej przyjemnej strony... W tym roku mam maturę i naprawdę muszę wziąć się do roboty, niestety. :( Dlatego nie wiem, jak to będzie tutaj wyglądać, może być tak, że po raz kolejny zawieszę bloga na jakiś czas lub rozdział pojawi się z opóźnieniem albo wcale go nie będzie. Zobaczymy, na razie nie wybiegajmy na przód i skupmy się na pozytywach... A skoro o nich mowa, przed wami dalszy ciąg dramy z Debrą, pozytywnie zaczynamy, co? xD


***

Renn
Spojrzałam po wszystkich obecnych.
- Co masz na myśli? - zapytałam zachrypniętym głosem.
- Wpadłam na pomysł, jak pokonać Debrę jej własną bronią. - Rozalia uśmiechnęła się chytrze.
- W takim razie opowiedz - poprosił Lysander.
Sam i Rozalia rozejrzeli się podejrzliwie.
- Nie możemy o tym rozmawiać tutaj - mruknęła dziewczyna.
- Powinniśmy to zrobić poza szkołą, tam nikt nam nie przeszkodzi - dodał Sam.
- Racja, może spotkamy się u Renn?
- Dlaczego u mnie?
- Ponieważ nie ma tam Debry. Mamy pewność, że nas nie znajdzie, no i jeszcze u ciebie nie byłam.
- Roza! - oburzył się Lysander.
- No co?! Dwie pieczenie na jednym ogniu.
Uśmiechnęłam się niezauważalnie.
- Rena, myślę, że powinnaś iść do domu - nagle zwrócił się do mnie Sam.
- Ta, to dobry pomysł - przyznałam mu rację. - W takim razie... Może ja już pójdę. - Podniosłam się z ziemi.
- Odprowadzić cię? - zapytał Lysander z przejęciem.
- Nie, nie trzeba. - Zabrałam swoją torbę.
- Na pewno nie potrzebujesz pomocy Lysia?
- Roza! Co w ciebie dzisiaj wstąpiło? - zapytał z oburzeniem białowłosy.
Rozalia nic nie odpowiedziała, zrobiła tylko jedną z tych swoich naburmuszonych min.
- Przyjdźcie kiedy chcecie, będę czekać - rzuciłam przez ramię na odchodne. Chwyciłam za klamkę i wyszłam.

Sam
Rena zostawiła nas samych, mimo to nadal się o nią martwiłem. Wygląda dobrze, ale w środku musi mocno to wszystko przeżywać. Osoba, która była dla niej w pewien sposób ważna odtrąciła jej pomocną dłoń. Ludzie, których uważała za dobrych kolegów odwrócili się do niej plecami. Wszystko to przez jedną osobę. Oby dała sobie radę.
- O której się spotykamy? - zapytała rzeczowa Rozalia.
- Spotkajmy się zaraz po ostatniej lekcji pod szkołą i chodźmy razem - zaproponowałem nieobecnym tonem.
- Nie mogę od razu po lekcjach - jęknęła dziewczyna. - Muszę spotkać się z Leo.
- Wyśle ci adres - zaproponował Lysander.
- Ok, w takim razie zbieramy się razem do szesnastej. Pasuje? - Spojrzałem na nich.
Oboje przytaknęli.
- Świetnie, w takim razie do zobaczenia. - Wyszedłem z szatni.
Postanowiłem zażyć świeżego powietrza w ogrodzie, czułem się cholernie winny. Gdybym o nic jej nie poprosił Debra zostawiłaby ją w spokoju. Co ze mnie za kretyn.
Chodziłem tak w kółko, dopóki nie przemarzłem całkowicie i schowałem się w ciepłej szkole. Cały czas myślałem nad tym, co mogę jeszcze zrobić dla sprawy, ale nic nie przychodziło mi na myśl.
Wszedłem do klasy i zająłem swoje miejsce, prawie nikogo jeszcze tutaj nie było. Naglę do klasy wszedł Nataniel, rozejrzał się nerwowo, skupił na mnie wzrok i zdenerwowany podszedł.
- Możemy porozmawiać? - zapytał szeptem.
- Czego chcesz? - Spojrzałem na niego z lekką pogardą.
- Wiem, że możesz być na mnie zły, za to, co wcześniej powiedziałem, ale...
- Nie mamy już o czym rozmawiać. Wyraziłeś swoje zdanie, szanuję je i tyle, koniec. - Machnąłem ręką w geście odcinania czegoś.
- Zmieniłem zdanie! - zawołał zdesperowany. - Ja wiem o wszystkim, Amber mi powiedziała. - Speszony utkwił spojrzenie w podłodze.
- Co ci powiedziała? - Spojrzałem na niego podejrzliwie.
- Że się zemściła i nie dostanie za to kary. Wiesz, mojej siostrze nie było łatwo, dostało jej się za to, co niby zrobiłem. Dlatego tak bardzo nie lubi Debry...
- Poczekaj - przerwałem mu jego opowieść. - Skoro wiedziałeś, dlaczego nikomu nie powiedziałeś?
- Dowiedziałem się po fakcie, kiedy było już za późno. - Zacisnął dłonie w pięści. - Gdybym tylko wiedział wcześniej, na pewno bym coś zrobił.
- Słyszałeś o kłótni?
- Słyszałem kawałek, byli dość głośno. Zwłaszcza Kastiel. - Zrobił przerwę, spojrzał na mnie i z wahaniem zapytał: - A co z nią, jak się trzyma?
- W ogóle się nie trzyma. - Westchnąłem. - Kastiel tak nią wstrząsnął, że musiałem odesłać ją do domu.
- Cholera - mruknął Nataniel. - Czy mogę coś zrobić? Pomóc wam jakoś?
Zastanawiałem się przez chwilę.
- W sumie to jest jedna rzecz - odpowiedziałem po chwili. - Rozalia ma plan jak pokonać Debrę, spotykamy się u Renn po lekcjach o szesnastej. Chcesz wpaść? - wyszeptałem.
- Pewnie, możesz na mnie liczyć.
Nataniel odszedł, a kilka minut później przyszła reszta klasy, razem z nauczycielką angielskiego.

Renn
Siedziałam sama już dwie godziny. Rozdzierała mnie wewnętrzna pustka, pojawiła się po zniknięciu Sama i reszty. Za wszelką cenę chciałam ją czymś wypełnić, więc otworzyłam drzwi do TEGO pokoju. Rozejrzałam się niewidzącym wzrokiem po całym pomieszczeniu i zasiadłam do instrumentu.
Zaczęłam cicho, umiarkowanie, dopiero potem przeszłam do mocnych, mrocznych tonów. Melodia była twarda, chłodna. Grałam z zamkniętymi oczami, instynktownie trafiając w odpowiednie klawisze. Czas zamarł, problemy przestały istnieć, była tylko okrutna pieśń. Wpadłam w trans, z którego wydobyła mnie czyjaś ciepła dłoń.
- Przerażająca.
- Miała taka być - powiedział głosem zimnym jak stal. Otworzyłam oczy i spojrzałam w twarz Lysandra.
- Mimo to, nadal piękna. - Uśmiechnął się do mnie.
Odpowiedziałam mu tym samym, ale nie wyszło to za dobrze.
- Nigdy nie widziałem twojego pokoju.
- I nadal go nie widzisz. - Odwróciłam się do niego.
- Naprawdę? - Rozejrzał się zdziwiony.
- Mój pokój jest naprzeciwko. - Pokazałam palcem na drzwi po drugiej stronie korytarza. - Widzisz?
- W takim razie to...
- To pokój Tytanii. - Podeszłam do szafki i otworzyłam ją. - Mam tu wszystkie jedenaście płyt.
- Co?! - wykrzyknął zdumiony. Podbiegł do mnie podekscytowany. - Przecież dostępnych jest tylko dziesięć.
- Bo tylko dziesięć wydano. - Uśmiechnęłam się szeroko. - Jedną zostawiliśmy dla siebie.
- Wow - szepnął zdumiony. - Mogę posłuchać? - zapytał niemal z namaszczeniem.
Spuściłam oczy.
- Nie muszę, jeśli nie chcesz - zaprzeczył szybko.
- Mogę zagrać ci jeden kawałek - zaproponowałam nieśmiało.
- W takim razie chciałbym posłuchać Kompleksu Perfekcjonisty. - Uśmiechnął się delikatnie.
- Dobrze. - Usiedliśmy obok siebie.
Zaczęłam grać, a po chwili Lysander dołączył śpiewając. Piosenka w jego wykonaniu nabrała dla mnie innego znaczenia. Przymknęłam oczy wsłuchując się w to stare, a jednak nowe wykonanie.
- RENN, JUŻ JESTEŚMY!!! - wrzasnęła Roza z dołu.
Przerwałam w połowie, a Lysander nagle zamilkł. Usłyszałem jak dwie osoby wspinają się po schodach.
- Dziękuję, to było piękne. - Chłopak uśmiechnął się delikatnie.
- Po prostu świetny z nas duet - wymamrotałam nieśmiało.
- Racja, dobry z nas duet. - Spojrzał na mnie z jakąś czułością w oczach.
Zarumieniłam się, a on usiadł na kanapie.
- No hejka! - Rozalia wpadła do pokoju. - Masz odjazdowe mieszkanie.
- A ty tylko o jednym. - Przewróciłam oczami.
- Menda. - Wyszczerzyła do mnie zęby.
- Rena, jak się czujesz? - zapytał zza pleców dziewczyny Sam. Patrzył na mnie z lekką obawą.
- Dobrze - odpowiedziałam po chwili dość niepewnie.
- Świetnie zacznijmy naradę bojową - zakrzyknęła Roza. - Do pokoju Renn!
- Nie! - zaprotestowałam głośno i zagrodziłam jej drogę.
- Czemu?!
- Znając ciebie, będziesz chciała przejrzeć wszystkie moje szafy.
- Nieprawda. - Zrobiła naburmuszoną minę.
Spojrzałam na nią spode łba.
- Idę po coś do jedzenia, poczekajcie - powiedziałam uprzejmie i wyszłam z pokoju.
- Zaczekaj, pomogę ci. - Sam wybiegł za mną.
Zeszliśmy w ciszy do kuchni i nazbieraliśmy czipsów, cukierków oraz ciastek. Praktycznie wszystkiego, co było u mnie pod ręką. Dodaliśmy do tego dwa soki pomarańczowe, coś gazowanego i wodę. Sięgnęliśmy też naczynia, kilka misek oraz pięć szklanek.
- Sam, nas jest czterech. Odłóż jedną - poleciłam mu.
- Niekoniecznie. - Uśmiechnął się łobuzersko.
- Co masz na myśli? - zapytałam podejrzliwie.
- Zwerbowałem kogoś do naszego składu.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem i już chciałam wypytać o więcej, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi.
Zdziwiona poszłam otworzyć, a za mną, z głupim uśmieszkiem na twarzy, podreptał chłopak.
- Nataniel?! - wykrzyknęłam zaskoczona.
- H-hej - mruknął zażenowany.
Staliśmy tak chwilę, aż doprowadziłam się do porządku i wpuściłam gościa do domu. Przywitali się z Samem, a potem wszyscy weszliśmy na górę.
Najpierw zobaczyłam Rozalię przy mojej szafie.
- Roza! - krzyknęłam na cały pokój.
Zignorowała mnie.
- Rozalio, proszę. - Lysander spróbował odciągnąć ją od szafy.
Zignorowała też jego.
- Skąd ty to masz?! - wykrzyknęła naglę i wyciągnęła ze środka kusą, koronkową bieliznę.
Chłopacy, oprócz Sama, zmienili się w pomidory. Szybko podbiegłam do przyjaciółki, wyrwałam jej rzecz i wrzuciłam ją do szafy.
- T-to szafa sceniczna! - pisnęłam zawstydzona.
Zamknęłam mebel, jego drzwi całe były w zdjęciach mojej byłej ekipy, a potem przekręciłam klucz. Jednak to nie był koniec moich problemów. Psy, które zostawiłam we własnej sypialni, nagle się obudziły i zaczęły przeraźliwie ujadać.
- Co to? - zapytała zdziwiona Roza.
Wszyscy spojrzeli na drzwi.
- Psy - westchnęłam.
Otworzyła pokój, a ze środka wybiegły dwa szybkie cienie. Ares nadal spał na łóżku, Herkules spojrzał na gości i uciekła na dół. Przy moim boku został Ramzes.
- Teraz powinien być spokój. - Usiadłam z powrotem na swoim miejscu, a pies uwalił się u moich stóp.
- Ok, czas na konkrety. - Sam usiadł obok Lysandra i Nataniela na kanapie. - Rozalio. - Skinął na dziewczynę.
- Dobra. - Rozalia spoważniała i ustawiła się pod zamkniętą szafą. - Długo nad tym myślałam, aż wpadłam na pewien pomysł. Debra świetnie manipuluje innymi, o czym niektórzy się już przekonali. - Spojrzała wymownie w moją stronę. - Dlatego musimy pokonać ją jej własną bronią. Zacznijmy od początku, Renn czy możesz opowiedzieć nam całą historie?
Skinęłam głową i opowiedziałam o wszystkim, od pierwszego spotkania Debry do dzisiejszego zajścia z wiadrem. Pominęłam osobiste i przykre sytuacje jak „rozmowa” z Kastielem, cały czas perfekcyjnie panując nad własnym głosem. Nataniel obserwował mnie smutnym wzrokiem, musiał czuć się winny za to, że wcześniej nas olał.
- Sami widzicie. - Rozalia pokazała na mnie ręką. - Debra to niebezpieczna przeciwniczka, przechytrzenie jej graniczy z cudem. - Spojrzała na każdego z osobna. - Ale nie jest to niemożliwe, dlatego wymyśliłam plan na wielką skale.
- Na wielką skale? - powtórzył bez przekonania Lysander.
- Tak jest. - Przytaknęła. - Zaproponujemy jej coś, czemu nie będzie mogła się oprzeć.
- Czyli? - zapytał rzeczowo Nataniel.
- Dajcie mi skończyć, to się dowiecie! - krzyknęła zdenerwowana. - Otóż - kontynuowała już spokojniej. - Debra ma wielką potrzebę sławy, a co jest bardziej kuszące niż propozycja od menadżera światowej klasy?
- To jest twój plan?! - Sam poderwał się z siedzenia. - A skąd ty wytrzaśniesz takiego gościa?!
- Leo go zagra. - Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Mój brat? - zapytał zaskoczony Lysander. - On nie nadaje się do takich rzeczy.
- To kwestia treningu. - Dziewczyna zbyła go machnięciem dłoni.
- Więc jak ty to widzisz? - zapytałam spokojnie.
- Wszystko powinniśmy zacząć jutro. Ja zajmę się wytrenowaniem Leo, a wy resztą rzeczy.
- Resztą rzeczy? - dopytałam ze zmarszczonym czołem.
- Potrzebny nam garnitur i dodatkowe informacje. Lysander ma podobny rozmiar, więc ty i on zajmiecie się strojem, a Sam i Nataniel poszperają w internecie. Pasuje? - Spojrzała na wszystkich.
Każdy z nas po kolei skinął twierdząco głową.
Następnego dnia wróciłam do szkoły w lepszym humorze, perspektywa powstrzymania Debry dodawała mi sił. Cały plan miał rozpocząć się w piątek, do tego czasu Leo musiał stać się wzorowym menadżerem. Ja i Lysander postanowiliśmy, że załatwimy naszą część już dzisiaj po szkole.
Postarałam się przyjść jak najpóźniej, właściwie to równo z nauczycielem, mimo to nie mogłam liczyć na odrobinę spokoju. Ludzie cały czas spoglądali na mnie nienawistnie, czasami ktoś głośno komentowała lub silił się na drobne złośliwości, raz nawet podłożono mi nogę na schodach. Krótko mówiąc, atmosfera była ciężka do zniesienia.
Wybiegłam ze szkoły jako pierwsza, czułam, że jeszcze chwila, a cała, ledwo odzyskana, radość przepadnie. Przystanęłam po przeciwnej stronie ulicy i wyczekiwałam Lysandra. Po jakimś czasie pojawił się sam. Pomachałam do niego.
- Jak się dzisiaj czujesz? - zapytał zatroskany.
- Dobrze. - Uśmiechnęłam się delikatnie dla potwierdzenia moich słów. - Gdzie idziemy? Do sklepu twojego brata? - zapytałam szybko zmieniając temat.
- Nie, on nie sprzedaje takich rzeczy. Musimy pojechać do sklepu w centrum.
- W takim razie ruszajmy. - Ruszyłam w stronę przystanku.
Lysander uśmiechnął się lekko i poszedł za mną.
Mieliśmy szczęście, ponieważ autobus do centrum akurat przyjechał. Wsiedliśmy do niego i już po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Potem Lysander poprowadził mnie do poszukiwanego sklepu. Wewnątrz było bardzo dużo półek i wieszaków pełnych garniturów, które ubrano też na kilkanaście sklepowych manekinów.
- Jak myślisz, co będzie najlepiej wyglądać? - zapytał rzeczowo.
- Nie mam pojęcia - mruknęłam. - Dez ubrałby się w szary garnitur z pomarańczową koszulą, ale on jest ekscentryczny. Przeważnie nosi się czarny garnitur, białą koszulę i ciemne okulary. Oczywiście wszystko powinno wyglądać na drogie. - Rozejrzałam się po sklepie. - Powinniśmy pójść w klasykę.
- Też tak sądzę. - Skinął głową i podszedł do jednego z wieszaków.
Przejrzeliśmy wiele garniturów z różnego materiału, kroju i z różną ceną, ale na żaden nie mogliśmy się zdecydować.
- Nie ma opcji, musisz to przymierzyć. - Pokręciłam głową.
- Ale po co? - Spojrzał na mnie z przestrachem.
- Żebyśmy mogli wybrać odpowiedni. - Przewróciłam oczami.
- Ten jest dobry. - Chwycił pierwszy z brzegu i zaczął iść do kasy.
Złapałam go za rękę.
- Do przymierzalni - nakazałam stanowczo.
Lysander, z lekkim oporem, wykonał moje polecenie. Przymierzanie zajęło nam godzinę czasu, a garniturów nie ubyło. Przymierzaliśmy, właśnie któryś ze środka.
- I jak? - zapytał chłopak wychodząc z przymierzalni.
Podeszłam do niego i krytycznym okiem obejrzałam cały strój.
Lysander speszył się pod moim spojrzeniem.
- Wygodny? Luźny? Coś cię gryzie? Coś odstaje? - wypytywałam.
- J-jest dobry - zająknął się. - Czy możemy już skończyć? - Spojrzał na mnie błagalnie.
- Tak, ten będzie idealny.
Poczekałam, aż chłopak zdejmie wybrany strój, później chwyciłam garnitur i podeszłam do lady. Chłopak dołączył do mnie, kiedy chowałam portfel. Wyszliśmy na zewnątrz.
- Czemu za to zapłaciłaś? Mogliśmy się złożyć. - Spojrzał na mnie z pretensją.
- Robimy to ze względu na mnie. - Machnęłam torbą. - Z resztą taki zakup to dla mnie żaden kłopot, mam wystarczająco pieniędzy.
Lysander odebrał mi torbę, kiedy doszliśmy na przystanek.
Musieliśmy wracać do domu.

Sam
Przekładałem papiery ze stosu na stos obserwując dziedziniec. Za oknem mignęła mi dyrektorka.
- Wyszła! - krzyknąłem do Nataniela.
Chłopak podszedł do mnie, wyjrzał na zewnątrz.
- Faktycznie, choć. - Chwycił z biurka pęk kluczy.
Wyszliśmy na cichy, pusty korytarz. Nikogo nie było już w szkolę, więc bez problemu dotarliśmy do biblioteki. Nataniel zabrał się do otwierania drzwi.
- A, panowie, czego tu?! - krzyknął skrzekliwy głos.
Odwróciliśmy się.
- Muszę skorzystać z komputera, w strawach szkolnych. - Nataniel uśmiechnął się uprzejmie do zdenerwowanej sprzątaczki.
- A ten tu? - Pokazała na mnie palcem.
- Pomaga mi.
Skinąłem nieśmiało głową.
- Dobra, róbta co chceta - prychnęła i machnęła na nas ręką odchodząc.
Nataniel wsunął klucz do zamka i przekręcił. Wślizgnęliśmy się do środka, odpaliliśmy komputer, a potem zajęliśmy się zbieraniem informacji. Znaleźliśmy ich masę, informację o menadżerze, zespole Debry i atrakcyjnych ofertach muzycznych. Wydrukowaliśmy to i wyszliśmy na zewnątrz.
- Który z nas powinien to zanieść? - zapytał Nat. Ścisnął żółtą teczkę.
- Ja mogę to zrobić, mam po drodze. - Zabrałem od niego papiery.
Połowa już za nami, czas na atak.

Renn
Nastał kolejny dzień. Tym razem zmieniłam swoją strategię i przyszłam do szkoły jak najwcześniej. Ubrałam też czarną bluzę z kapturem, licząc na to, że dadzą mi spokój. Na wszelki wypadek postanowiłam przeczekać resztę wolnego czasu w piwnicy.
Szarpnęłam za klamkę, ale ta ani rusz. Zamknięte.
- Cholera - syknęłam pod nosem.
Odwróciłam się, a za mną stał Kastiel. Spojrzał na mnie smutnymi oczami. Zdębiałam.
- Słuchaj... Ja... - Spuścił wzrok. Nie wiedział, co powiedzieć.
Poczułam, że coś odrywa mnie od rzeczywistości.
- Nie chciałem... No wiesz, wtedy...
Spojrzałam mu prosto w oczy i... uciekłam do szatni. To nie była ostatnia taka sytuacja, na przerwie obiadowej schowałam się w mało uczęszczanym korytarzu, żeby móc spokojnie się najeść. Siedziałam w kącie pod ścianą, kiedy znikąd wyrosła przede mną grupka Amber.
- Patrzcie, patrzcie - zaczęła zaczepnie Blondi. - To nasza ulubiona Renn.
Zaśmiały się chórem.
- Czego chcesz? - warknęłam i zaczęłam się podnosić - Przyszłaś się nacieszyć?
- A żebyś wiedziała. - Amber stanęła naprzeciwko mnie, w bardzo bliskiej odległości. - Nie dość, że podpadłaś wszystkim, to jeszcze odsiedzisz moją kare. - Uśmiechnęła się szyderczo.
- Spadaj! - krzyknęłam i zamachnęła się na nią pięścią.
Odskoczyła i razem ze swoją świtą uciekła ze śmiechem.
Westchnęłam zmęczona, opierając czoło o ścianę.
- Renn, wszystko dobrze? - Ktoś delikatnie położył mi rękę na ramieniu.
Spojrzałam w bok, skąd dochodził głos i napotkałam zmartwioną twarz Violetty.
- Co tu robisz? - zapytałam chłodniej, niż chciałam.
- Dlaczego nie powiedziałaś dyrektorce, że to Amber zrzuciła wiadro? - Zapytała przejęta.
- Powiedziałam, ale nie uwierzyła. - Odwróciłam głowę w inną stronę, żeby na nią nie patrzeć.
- Dlaczego nie powiedziałaś nam? Przecież razem mogli...
- A czy ktoś by mi uwierzył? - przerwałam jej. Spojrzałam prosto w fioletowe oczy, a te uciekły gdzieś w bok.
- No właśnie. - Odeszłam śmiejąc się ponuro.
Resztę przerwy przesiedziałam pod jedną z sal, gdzie miałam spotkać się z Rozą. Czekałam na nią słuchając jednej z pierwszych piosenek REM-u, aż w końcu pojawiła się, dosłownie na sekundę, przed dzwonkiem. Pocieszyła mnie i opisała postęp w szkoleniu Leo. Ustaliłyśmy, że wszystko rozpoczniemy w piątek na podwójnym okienku, z powodu rady nauczycielskiej, niestety brakowało nam kogoś, kto doprowadziłby naszego aktora do Debry bez podejrzeń. Potrzebowałyśmy kogoś, komu ufa, ale nigdzie nie było takiej osoby. Rozstałyśmy się lekko przygnębione, nic więcej tego dnia się nie wydarzyło.
Następny poranek minął mi podobnie, chociaż dzisiaj już nikt mi nie dokuczał, prawie nikt, większość osób przyjmowała mnie z cudownym milczeniem lub w ogóle nie zwracała na mnie uwagi. Jednak pod koniec dnia zdarzyło się coś dziwnego.
Stałam przy swojej szafce szukając w niej podręczników. Nagle znikąd ktoś zamknął mi ją przed nosem. Przestraszona odskoczyłam i wpadłam na tego kogoś. Odwróciłam się napięcie i spojrzałam w górę, Kastiel. Cofnęłam się o krok wpadając plecami na szafki.
- Cz-czego chcesz? - zapytałam nie panując nad drżeniem własnego głosu.
- Pogadać. - Spojrzał na mnie pewnym wzrokiem.
W tym momencie tak bardzo chciałam uciec, stopić się z murem za mną lub zapaść się pod ziemię, ale nic takiego się nie stało.
- Dlaczego nic nie mówisz? - zapytał chłodno.
- Przecież kazałeś mi się do ciebie nie odzywać. - Spuściłam wzrok.
- Słuchaj, ja... - wykrztusił już cieplej. - Spójrz na mnie.
- Kazałeś mi się odwalić... - szepnęłam.
- Renn.
- ...więc to robię.
- Nie o to mi chodziło! - Oparł ręce po obu stronach mojej głowy odgradzając mi drogę ucieczki. - Dlaczego ty... Dlaczego nie możesz się cieszyć razem ze mną?
- Ona cię wykorzystuje! - krzyknęłam. - Zrozum to!
- Ja...
- Zostawi cię jak tylko nagra płytę. - Spojrzałam mu prosto w oczy, byłam zrozpaczona. - Jesteś gotowy zostawić swoich przyjaciół dla niej?
Kastiel się zmieszał. Dopiero teraz zauważyłam jak trudna jest dla niego ta decyzja. Z jednej strony ukochana dziewczyna i kariera, a z drugiej przyjaciele, szkoła, dom i rodzice. Spuściłam głowę, nie mogłam znieść jego widoku, nie teraz.
- Wypuść mnie - wychrypiałam.
Nie ruszył się.
- Wypuść mnie - powiedziałam głośniej.
Zero odpowiedzi.
- Powiedziałam puszczaj! - Popchnęłam go do przodu.
Zachwiał się, ale nie ustąpił.
- Dlaczego nie dasz mi tego powiedzieć?! - Przyszpilił mnie jeszcze mocniej.
- Bo sam w to nie wierzysz - pisnęłam.
Odsunął się jak oparzony.
- Nie wierzysz w swoje słowa. Nie okłamuj mnie, ani siebie. - Ruszyłam do wyjścia.
- A w co mam uwierzyć?! - ryknął za mną płaczliwie.
Nie obejrzałam się. Wybiegłam ze szkoły i uciekłam do domu, płacząc.
W czwartek znowu wszystko wyglądało jak zwykle. Nikt mi nie dokuczał, nawet na mnie nie spoglądali. Kastiel nie pojawił się ani razu, widziałam go tylko podczas lekcji, większość czasu musiał spędzać z Debrą.
Siedziałam cała zestresowana, Sama nie było, pomagał Rozie. Lysander zgubił notatnik i szukał go po całej szkole, a Nataniel gdzieś przepadł. Byłam sama, a nad tym wszystkim wisiał plan Rozalii.
Na długiej przerwie miałyśmy spotkać się w parku. Z utęsknieniem wyczekiwałam tej godziny, a kiedy nadeszła niemal poleciałam do wyjścia. Niemal, ponieważ ktoś wciągnął mnie do jednej z ciemnych, nieużywanych sal.
Przestraszona i pewna, że to Debra rzuciłam się do klamki, ale ten ktoś zdążył nas zakluczyć.
- Czego chcesz? - pisnęłam ni to zła, ni wystraszona.
Nikt mi nie odpowiedział, ani nikogo nie dostrzegłam. Debra zapaliła światło i okazała się być:
- Alexy? - Spojrzałam na niego nic nie rozumiejąc.
Uśmiechnął się i przytulił mnie mocno do siebie. Spojrzałam w jego oczy, nie patrzyłam w nie od czasu zajścia na korytarzu. Tym razem były pełne ciepła.
- Stało się coś? - zapytałam nieśmiało.
- Już dawno powinienem był to zrobić. - Puścił mnie.
- Ale o co... - Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Zawsze byłem po twojej stronie! - oświadczył radośnie. - Trzymałem się blisko Debry, żeby wiedzieć co planuje.
- Co? - Otworzyłam usta ze zdziwienia.
- Na początku było mi jej szkoda, strasznie się na ciebie wściekłem, kiedy ją tak potraktowałaś, ale potem... Debra zaczęła wciskać wszystkim historyjkę, o tym jak ją potraktowałaś, tylko że... To nie trzymało się kupy. Do tego w domu Armin opowiedział mi o twoim włamaniu do pokoju nauczycielskiego, a jeszcze później Violetta podzieliła się ze mną informacją o wiadrze i Amber. Wtedy byłe już pewny, że coś jest z nią nie tak.
- To znaczy, że...
- Ufam ci i już zawsze będę. - Uśmiechnął się promiennie.
Na ten widok w oczach stanęły mi łzy. W końcu, chociaż ktoś mi uwierzył, to było takie, takie wspaniałe uczucie ulgi.
- Przepraszam, ale muszę już iść. Jeśli będziesz czegoś potrzebować to pisz. - Uśmiechnął się ostatni raz i wyszedł.
Tak mocno zatraciłam się w moim szczęściu, że dopiero dzwonek telefonu wrzucił mnie z powrotem w rzeczywistość. Spojrzałam na wyświetlacz, ale nie mogłam odczytać napisu. Przetarłam ręką oczy, pozbywając się łez i spojrzałam jeszcze raz, dzwoniła Rozalia.
- Tak? - zapytałam niepewnie.
- Czy ty masz pojęcie, ile już na ciebie czekamy?! - wrzasnęła po drugiej stronie moja przyjaciółka.
- Czekacie? - spytałam nadal niepewna, nie mogła zrozumieć o co jej chodzi.
- TAK, CZEKAMY! JA I LEO. W PARKU. TAM GDZIE SIĘ UMÓWILIŚMY, KILKA DNI TEMU!!! - wrzasnęła na całe gardło rozzłoszczona do granic możliwości. - Pisałam do ciebie, a potem zadzwoniłam DWA RAZY! Co się z tobą dzieje?! - Zrobiła krótką przerwę.
- Wytłumaczę! - pisnęłam z prędkością światła.
Rozalia wzięła głęboki oddech i wymamrotała:
- No, słucham.
Więc opowiedziałam, przez całą drogę do parku opowiadałam jej o tym, co się dzisiaj stało. Moja historia udobruchała Rozę, która powitała mnie z wielkim uśmiechem na ustach. Odwzajemniłam go, a potem przeniosłam wzrok na Leo. Zatkało mnie.
Chłopak Rozalii wyglądał teraz jak prawdziwy profesjonalny menadżer z górnej półki. Garnitur, który wybraliśmy z Lysandrem, wyglądał na nim jakby został uszyty na miarę. Do tego markowe okulary przeciwsłoneczne i ta poza ważniaka, której najpewniej się wyuczył. Stuprocentowy menadżer gwiazd showbiznesu.
- I jak ci się podoba? - zapytała dziewczyna z dumnym uśmiechem.
- Wyglądasz fantastycznie przekonująco! - pochwaliłam go z entuzjazmem.
- Dziękuje. - Skinął lekko głową.
- Pozostało nam, tylko wkręcić cię do szkoły.
- Ale jak chcesz to zrobić?
- Spokojnie, Renn. Twoja najlepsza, najukochańsza i najmodniejsza przyjaciółka...
- Zapomniałaś o najskromniejszej.
- Bardzo zabawne. - Przewróciła oczami. - Skoro możesz już tak śmieszkować, to znaczy, że nie jest z tobą tak źle. - Uśmiechnęła się złośliwie, ale w jej oczach widoczne było uczucie ulgi.
- Ja zawsze mam ochotę do żartów. - Uśmiechnęłam się zadziornie.
- Rozalio, czy mogłabyś... - Leo spojrzał na nią stanowczo z nad okularów.
- A tak, tak. Przepraszam. - Jej spojrzenie momentalnie spoważniało, a głos stał się spokojniejszy. - Wszystko zacznie się jutro na długiej przerwie, wtedy, kiedy nauczyciele będą mieć radę pedagogiczną. Przemycimy Leo do szkoły, a ktoś z nas podstawi go Debrze pod nos.
- Ktoś z nas? - Uniosłam do góry prawą brew.
- Daj telefon - poleciła dziewczyna wyciągając rękę w geście oczekiwania.
Z lekkim wahanie podałam jej mój telefon. Szybko wystukała coś na klawiaturze i oddała mi go z powrotem.
- Pa pa - pożegnała się i uciekła ciągnąc za sobą swojego chłopaka.
- Do zobaczenia - rzucił do mnie w biegu.
Oniemiała sprawdziłam, co zrobiła z moim telefonem. Okazało się, że wysłała do Sama SMS-a. SMS głosił:
„Wszystko w twoich rękach. Znajdź Alexy'ego. Powodzenia.”

Sam
Wczoraj dostałem sygnał na rozpoczęcie mojej części planu, dlatego dzisiaj z samego rana ściągnąłem do parku i Alexy'ego, i Leo, w jego zwyczajnym ubraniu.
- Sam, dlaczego nas tutaj wezwałeś? - zapytał rzeczowo brat Lysandra.
- Właśnie, o co chodzi? - Alexy spojrzał na mnie nieco zaniepokojony.
- Musimy ustalić, jak to wszystko ma przebiegać. - Spojrzałem na nich i gestem, kazałem się do mnie zbliżyć. - Debra musi być pewna w stu procentach, że to prawdziwa propozycja - wyszeptałem.
- Wiem, Rozalia poinstruowałam mnie, co i jak mam powiedzieć.
- Wiem, ale chodzi, też o sam sposób dotarcia do Debry. Tutaj zaczyna się twoja rola. - Spojrzałem na Alexy'ego.
- Jasne, co mam zrobić? - zapytał lekko poddenerwowany.
- Musisz wprowadzić Leo do szkoły, najlepiej powiedz, że to jakiś znajomy Deza, Debra powinna wiedzieć kto to jest.
- A co dalej?
- Dalej musisz zostawić ich samych sobie, myślę, że to zadziała.
- Rozumiem. - Skinął głową, jego twarz była pełna powagi.
- W takim razie, do długiej przerwy.

Renn
- Przestań się wiercić! - syknęła mi do ucha Rozalia.
- To ty się wiercisz, a nie ja! - odwarknęłam.
- Słucham?! Czy tobie wydaje się...
- Cicho! Zaczynają.
Wychyliłam się zza szafek i obserwowałam całą scenę. Alexy nareszcie odszedł, puszczając oczko w naszą stronę, a Debra i przebrany Leo zostali sami. Chłopak Rozy zaczął odgrywać przykazaną mu role, kiedy skończył Debra zapytała:
- Więc to wszystko? Według pańskiej umowy mam zarabiać mniej w lepszej wytwórni? - Zrobiła niezadowoloną minę.
- Nie, źle mnie zrozumiałaś, kochana - zaprzeczył z wyuczonym profesjonalizmem. - Oferuje ci większe zasięgi, oczywiście, kosztem twojego zysku. Dodatkowo dobrą promocje sprawdzonej wytwórni z dużym doświadczeniem.
Debra spojrzała na niego z powątpiewaniem.
- Dlaczego wybrał pan akurat mnie? - Spojrzała na niego podejrzliwie.
- To proste, masz potencjał. - Spojrzał na nią z nad okularów. - Jakim człowiekiem bym był, gdybym zmarnował taką gwiazdę? Więc jak, zgadzasz się?
- Ale... - mruknęła zdenerwowana. - Ja nie mogę podjąć tej decyzji teraz. Muszę naradzić się z menadżerem i... I potrzebuje czasu - jęknęła.
- Nie mam go za wiele, jestem tu tylko dzisiaj - odparł twardo Leo.
- Kiedy ja... - Debra zrobiła słodką minkę.
Spojrzałyśmy na siebie z Rozalią, jej pełna dumy twarz mówiła wszystko, nasz plan wypalił.
- Błagam, tylko dzień albo dwa - mruknęła kusząco Debra.
Ja i Roza szybko wróciłyśmy do podglądania. Debra właśnie wieszała się na Leo próbując go przekonać.
Rozalia sapnęła gniewnie.
- Spokojnie - szepnęłam w jej kierunku.
Brunetka pchnęła chłopaka na szafki i kusząco zakręciła biodrami. Dla Rozy było tego za dużo, wzburzona ruszyła szybkim krokiem w stronę tamtej dwójki. Szybko złapałam ją za rękę i pociągnęłam w stronę wyjścia. Rozalia miotała się i warczała dopóki nie opuściłyśmy szkoły.
- Co to miało być?! - krzyknęłam zdyszana.
- Co TO miało być?! - odkrzyknęła rozzłoszczona. - Ta małpa dobierała się do mojego chłopaka!
- Mogłaś nas wydać! - syknęłam.
- Kogo to obchodzi?! Nikt nie ma prawa dobierać się do Leo! - Założyła ręce na piersi w geście obrazy.
Pokręciłam głową z dezaprobatą i dodałam:
- Poczekaj, sama tam wrócę.
Kolejny raz weszłam do szkoły, jednak zatrzymał mnie Nataniel. Spojrzałam na niego zaskoczona.
- Nie ma ich tam - oznajmił szeptem. - Leo się nie złamał. Teraz Debra rozmawia z menadżerem w sali A.
- Dzięki. - Uśmiechnęłam się z wdzięcznością.
Wyminęłam go, ale w ostatniej chwili złapał mnie za rękę.
- Gdyby coś, cokolwiek poszło źle uciekaj do pokoju nauczycielskiego. Przygotowałem go dla ciebie.
Puścił mnie i oboje rozeszliśmy się w inne strony.
Podeszłam na palcach do wskazanej sali i przyłożyłam ucho do zimnego drewna. W środku faktycznie ktoś rozmawiał, dziewczyna, Debra. Lekko, nastawiając uszy, uchyliłam drzwi.
- ...Mógłby zrobić ze mnie gwiazdę. ...Tak, wiem. ...Czekaj, że co?! ...Nie, nie o to mi chodziło! Dobrze wiesz, że ja nigdy bym... Jaka?! ...Och, a więc o to ci chodzi! Gdybyś zarządzał lepiej moją karierą do niczego by nie doszło. ...Moja wina?! ...Widzę, że nie mamy o czym rozmawiać. ...I dobrze, przyjmę jego propozycję i jeszcze zobaczymy kto tu jest zadufany, dupku! - Usłyszałam jak wściekła rzuca telefonem.
Uśmiechnęłam się pod nosem, nasz plan wypalił. Debra dała się nabrać, wystarczy, że ktoś z nas ją o tym poinformuje. Szybko i cicho jak kot pobiegłam do swojej szafki udając, że czegoś w niej szukałam. W tym samym momencie, gdy ja kartkowałam zeszyt Debra wyszła z klasy.
- Nie ładnie, tak podsłuchiwać, Renn. - Pogroziła mi palcem w żartobliwy sposób.
- Nie musiałam, było cię słychać na całym korytarzu. - Ze znudzeniem wrzuciłam zeszyt do środka.
- Kłam sobie ile chcesz. - Prychnęła. - Właśnie dostałam szansę swojego życia, ale co ty możesz o tym wiedzieć? - Otaksowała mnie wymownym wzrokiem.
- Racja, co ja mogę o tym wiedzieć. - Uśmiechnęłam się pod nosem. Otworzyłam usta, żeby wyjawić jej prawdę, o „szansie”, którą dostała, ale ubiegł mnie ktoś inny.
- Ej, ty! - krzyknęła Rozalia. Kiedy szła korytarzem w naszą stronę wyglądała jak istne wcielenie furii. - Wstrętna żmijo, kto pozwolił ci wieszać się na moim chłopaku?!
- Co?! - Debra spojrzała na nią oburzona. - Nawet nie wiedziałam, że go masz! Poza tym, niby czemu miałabym to robić, hm? - Przyjęła postawę obronną.
- Rozalio uspokój się, ona o niczym nie wiedziała. - Powiedział spokojnie Leo, wychodząc z drugiego korytarza.
- Znasz ją? - Brunetka spojrzała na niego zdziwiona.
- To mój chłopak, idiotko! - oburzyła się Roza.
- Masz chłopaka menadżera?
- Nie! On jest sprzedawcą ubrań!
- Jak to?! Przecież mówiłeś, że jesteś... - Debra patrzyła na Leo z wyrzutem.
- Wybacz to kłamstwo. - Ściągnął swoje ciemne okulary. - Oszukałem cię, ponieważ według niektórych osób zasłużyłaś na solidną lekcję.
Debrę wbiło w podłogę, zaczęła błądzić wzrokiem po całym holu. Jej oczy zatrzymały się na mnie, błysnęło w nich zrozumienie... i nienawiść.
- Lekcja, tak? - syknęła jadowicie. - Tak?! - krzyknęła rozwścieczona.
Przełknęłam nerwowo ślinę i zerwałam się do biegu. Pędziłam tak szybko jak to było możliwe, a Debra tuż za mną. Po mojej głowie chodziła jedna myśl, pokój nauczycielski. Praktycznie wjechałam do niego na kolanach, chciałam wskoczyć za biurko, ale brunetka szarpnęła mnie za łokieć w ostatniej chwili. Krzyknęła zaskoczona i wpadłam na Debrę.
- No i co teraz, Renn? - zapytała miękko. - Jesteśmy tylko ty i ja. Nikt nie przyjdzie z pomocą. - Zacisnęła rękę na mojej szyi.
Zaczęłam się miotać jak szalona. Płuca domagały się tlenu, przed oczami stawały mroczki, a ona krzyczała:
- Zniszczyłaś moją karierę! Ty szmato, jak śmiałaś?! Mnie się nie oszukuje, rozumiesz?!
W rozpaczliwym zrywie kopnęłam ją w kostkę z całej siły. Krzyknęła i wypuściła mnie ze swoich rąk. Oparłam się o ścianę ciężko oddychając.
- Ale ty możesz oszukiwać innych - wycharczałam. - Złamanie serca Kastielowi po raz drugi i zmanipulowanie starych znajomych jest dozwolone, tak? - Spojrzałam na nią z dezaprobatą.
- Masz na myśli tych idiotów z Kastielem na czele? - Zaśmiała się. - To nie moja wina, że są tak tępi. Okręcenie ich sobie w okół małego palca zajęło mi jeden dzień, a kilka łez i ckliwa historyjka sprawiły, że cię znienawidzili. - Uśmiechnęła się szyderczo. - To nawet nie było łatwe.
Zdenerwowana zamachnęłam się na nią pięścią trafiając w podbródek. Dziewczyna poleciała na biurko i strąciła z niego mikrofon, wtedy obie zauważyłyśmy jeden szczegół. Ja ze szczęściem, ona z przerażeniem, spojrzałyśmy na świecącą, czerwoną lampkę, mikrofon był włączony. Cała szkoła właśnie usłyszała prawdę.
- Ty! - ryknęła wściekła i ponownie rzuciła się w moją stronę.
Siła rozpędu zwaliła mnie z nóg, zaczęłyśmy tarzać się po ziemi. Po raz kolejny okazało się, że jestem od niej słabsza. Dziewczyna ponownie wbiła mi paznokcie w policzki, tak jak zrobiła to ostatnio. Czułam jak moja skóra pęka, krzyczałam jak opętana bezskutecznie starając się zrzucić napastniczkę. Krew spływała mi do ust, zostawiając nieprzyjemny posmak oraz wpadała do nosa. Myślałam, że już po mnie, ale w ostatniej chwili pojawiła się odsiecz.
Sam i Lysander siłą ściągnęli ze mnie Debrę, a potem któryś z nich pomógł mi wstać.
- Wszystko dobrze? - zapytał zmartwiony Sam.
Nie odpowiedziałam, tylko zaczęłam wypluwać krew zmieszaną ze śliną.
- Chcesz iść do pielęgniarki? - zapytał zatroskany Lysander. Trzymał mnie mocno za ramię, to pewnie on podniósł mnie z ziemi.
- Nie - opowiedziałam słabo. - Jest ok.
Puściłam jego rękę i założyłam kaptur na głowę. Debra podniosła się z trudem i wyszła z sali jakiś czas temu. Teraz słychać było jakiś raban na korytarzu, a potem czyjś płacz. Całą trójką poczekaliśmy, aż wszystko ucichnie i wtedy wyszliśmy na zewnątrz. Bez słowa odeszłam od chłopców i poszłam odbyć swoją karę, za żart z wiadrem, do sali A. W środku czekał na mnie pan Farazowski.
- Nareszcie, już myślałem, że się nie zjawisz. Na miłość boską, jak ty wyglądasz?! - krzyknął przerażony i podbiegł do mnie.
- Miałam mały wypadek - mruknęłam. Dotknęłam prawego policzka, krew nadal wypływała z ranek, a sam policzek prawdopodobnie był nią całkowicie ubrudzony. Drugi musiał wyglądać tak samo. - Czy mogę skorzystać z toalety? - zapytałam nieśmiało.
- Tak, o-oczywiści, że tak. Koniecznie! - krzyknął zestresowany pedagog. Wyszperał coś z pod biurka. - Weź to! - Rzucił we mnie mini apteczką.
Skinęłam w podziękowaniu głową i ruszyłam do damskiej toalety. Na korytarzu było dziwnie cicho, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się z Debrą. Większość uczniów siedziała na lekcji, niektórzy już wyszli do domu lub zaszyli się w jakimś cichym kącie, jak biblioteka albo odbywali kary, jak ja.
W łazience również nikogo nie zastałam, podeszłam do zlewów i odłożyłam apteczkę pana Farazwoskiego obok jednego z nich. Zdjęłam kaptur z głowy i spojrzałam na swoje odbicie. W lustrze stała blada dziewczyna, z policzkami w kolorze jej oczu. Na lewym policzku widać było pięć małych ranek, a na prawym dziesięć, Debra przez przypadek zdarła mi strupy, żadna ranka już nie krwawiła.
Drzwi do łazienki trzasnęły, spojrzałam z przestrachem w kierunku nowego towarzystwa, to był Kastiel. Stał w progu jak zbity pies, na mój widok kompletnie go zmroziło, ze mną było tak samo.
- Wyglądasz okropnie - wychrypiał niemrawo.
- Ty też - mruknęłam cicho.
Znowu zapadło milczenie. Odkręciłam kran i wyjęłam jedną z gaz, namoczyłam ją wodą i uniosłam do jednego z policzków. Kastiel bez słowa podszedł i zabrał gazę z mojej ręki. Stałam jak wryta, kiedy przemywał mi policzki. Był bardzo delikatny, a jego twarz wyglądała tak łagodnie.
- Pamiętasz, jak ty pomagałaś mi ogarnąć się po bójce z Natanielem? To bardzo podobna sytuacja, można powiedzieć, że właśnie spłacam swój dług - mówił rozbawionym tonem, ale pod spodem można było wyczuć zdenerwowanie. - Ale to cię teraz nie interesuję, prawda? Pewnie wolałabyś posłuchać czegoś o Debrze, co? - Posmutniał. Sięgnął następną gazę i polał ją wodą utlenioną. - Naprawdę nie miałem pojęcia, że taka jest. Wydawało mi się, że mnie kocha albo chociaż lubi, a okazał się wstrętną żmiją. Oszukała nas wszystkich! A ja zachowałem się wobec ciebie jak rasowy dupek, naprawdę bardzo mi... - zawahał się i zamilkł.
W ciszy poprzyklejał plastry, a potem zamknął apteczkę.
- Renn, naprawdę jest mi... - Spojrzał na mnie z błaganiem w oczach.
Spuściła wzrok. Nie wiem, dlaczego z moich ust nie padło żadne ciepłe słowo, żadna zachęta albo chociaż zwykłe „Przepraszam”. Nie wiem, o czym wtedy myślałam. Może bałam się kolejnego zranienia, może nie chciałam mu wybaczyć lub najzwyczajniej w świecie stchórzyłam.
- Muszę wracać do kozy - powiedziałam bezbarwnym tonem i wyszłam zostawiając go samego.

środa, 17 maja 2017

Rozdział 33

Czytelnicy, uwaga!
To jest ostatni rozdział jaki tu widzicie... Ale spokojnie, zanim zaczniecie czymś we mnie rzucać przeczytajcie to do końca. Postanowiłam zawiesić blog na 3 miesiące, dlaczego to zrobiłam? Cóż... Ciągłe pisanie na termin jest męczące i przestało dawać mi frajdę. Ten rozdział powstawał na kolanie, więc zrobiłam kilka poprawek, ale nadal nie wydaje mi się dość dobry. Brakuje mi dobrych rozdziałów, właściwie brakuje mi czasu na dobre rozdziały. Wiem już, kiedy nasza przygoda dobiegnie końca i za nic w świecie tego nie odpuszczę, ale potrzebuje na to więcej czasu! Wiem, wiem, pewnie niektórzy z was myślą, że się tutaj użalam nad moim „okrutnym i złym losem”, no trudno. Myślcie, co chcecie, ja sama podjęłam te decyzję w ciężkich bólach. Do zobaczenia we wrześniu, kochani!
PS. Przepraszam za minimalne spóźnienie i słabą korektę, była robiona na bardzo szybko.

Renn
Następnego dnia razem z Samem, w drodze do szkoły, postanowiliśmy obmyślić plan zdemaskowania Debry. Udało poznać nam się jej motyw - ta wiedźma chciała wyciągnąć Kastiela z naszej szkoły, żeby go wykorzystać! - ale nie wiedzieliśmy jak ją powstrzymać. Idąc dziedzińcem rozmawialiśmy przyciszonym głosem.
- Możemy poszperać w internecie, tam na pewno coś znajdziemy - zaproponowałam szeptem.
- Niezły pomysł, ale dość ryzykowny - odpowiedział mi Sam i rozejrzał się po pustym placu.
- Ryzykowny? - Uniosłam lewą brew do góry. - Czy ty trochę nie przesadzasz?
- Przesadzam?! - Spojrzał na mnie z wyrzutem. - A skąd masz pewność, że ona czegoś nie wywinie kiedy będziemy w bibliotece? - spytał ostro.
- Też prawda - westchnęłam. - To co w takim razie robimy? - spytałam rozglądając się na boki.
Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Spojrzałam na przyjaciela, wyglądał jakby właśnie bił się z myślami.
- Chcesz mnie o coś spytać - stwierdziłam. - Pytaj. - Przeciągnęłam się leniwie.
- Ja... - zaczął zdenerwowany. Kaszlnął i zaczął jeszcze raz: - Wiem, że podłożyłaś się Debrze zamiast mnie i doceniam to. Dlatego, to trochę ryzykowne, ale chcę prosić cię byś zajęła się obserwowaniem jej. Wiem, że to niebezpieczne dla ciebie, w końcu już teraz masz z nią na pieńku, mimo to... - Spojrzał na mnie niepewnie.
- Zgadzam się. - Uśmiechnęłam się delikatnie. - Myślę, że tak będzie najlepiej.
Rozstaliśmy się zaraz po wejściu do szkoły.
Ledwo co pożegnałam Sama, a już stanęła obok mnie Debra.
- Cześć, Renn - przywitała się jadowitym głosem.
- Czego chcesz? - zapytałam chłodno.
- Co za lód - oburzyła się sztucznie. - Chciałam tylko wiedzieć, jak tam twoje przemyślenia. Nadal chcesz ze mną zadzierać? - Spojrzała mi z niemą groźbą w oczy.
- Sama znasz odpowiedź. - Wytrzymałam jej spojrzenie.
- Hahaha, jakaś ty zabawna - powiedziała na cały korytarz i przytuliła mnie mocno do siebie.
Zdrętwiałam zaskoczona, lecz już po chwili zrozumiałam dlaczego to zrobiła. Właśnie zbliżały się do nas Violetta i Iris.
- Nataniel też chciał mnie powstrzymać, a zobacz jak skończył - syknęła prosto do mojego ucha.
- Cześć, Debra - przywitała się swobodnie Iris.
- Cześć, dziewczyny - pisnęła radośnie brunetka.
-  Hej, Renn - mruknęła cicho Violetta.
- Cześć. - Uśmiechnęłam się lekko.
- Widzę, że zaczęłyście się dogadywać - zauważyła radośnie Iris.
- Tak, jesteśmy jak najlepsze przyjaciółki - zaszczebiotała Debra.
- Ta, przyjaciółki - mruknęłam.
- Znowu się nie wyspałaś?
- Można tak powiedzieć - warknęłam.
Dziewczyny zaczęły szczebiotać między sobą o czymś mało ważnym, więc wycofałam się bez słowa. Skręciłam w najbliższą odnogę i zatrzymałam się zaraz za rogiem, rozpoczynając śledztwo.
Śledzenie Debry przez dwie pierwsze lekcje było dość nudne, dziewczyna cały czas siedziała w pokoju nauczycielskim, czasami wychodząc na krótkie, bezcelowe spacerki. Podążałam za nią jak cień, bezszelestnie.
Zbliżałyśmy się do wyjścia ze szkoły, za kilka minut miał rozbrzmieć dzwonek rozpoczynający długą przerwę. Mijałyśmy właśnie drzwi do sali A, kiedy nagle Debra zatrzymała się w połowie kroku, a ja na nią wpadłam.
- Od jak dawna za mną łazisz? - warknęła odwracając się do mnie.
Nie odpowiedziałam.
- Ty chyba nie wiesz, kiedy przestać, co Renn? - syknęła.
- Niestety nie. - Uśmiechnęłam się łobuzersko.
- Niczego się nie nauczyłaś, powinnam dać ci nauczkę. - Uśmiechnęła się jadowicie.
Po całym korytarzu rozniósł się dźwięk dzwonka, a korytarz zaczął zapełniać się uczniami, w tym moim kolegami z klasy.
- Jak możesz! - krzyknęła na cały korytarz zrozpaczona brunetka.
Niektórzy zwrócili na nas uwagę. Zaczął powstawać wianuszek gapiów.
- Myślałam, że się dogadamy... Może nawet zostaniemy przyjaciółkami - jęczała udręczona. - Ale po czymś takim to niemożliwe! - pisnęła, a w jej oczach pojawiły się krokodyle łzy.
Stałam z kamienną twarzą, oglądając jej przedstawienie. Nikt zdrowo myślący nie nabierze się na tak tandetną szopkę.
- Dziewczyny, czy coś się stało? - Podeszła do nas zmartwiona Iris.
Zaraz potem dołączył też Alexy.
- Nic - odpowiedziałam szczerze.
- Nie kłam! - krzyknęła jeszcze bardzie rozhisteryzowana dziewczyna.
Wokół nas zebrała się większość korytarza.
- Debro, uspokój się i opowiedz nam wszystko po kolei - poprosił ją spokojnie Alexy, kładąc przyjacielsko rękę na jej ramieniu.
- Ona... ona... - kontynuowała zaczynając szlochać. - Powiedziała mi, że mam się... stąd wynosić! Bo jak nie to pożałuje, a wtedy ona mnie... ona mnie... To jest zbyt okropne, żeby o tym mówić! - Zaczęła jawnie płakać.
- Co takiego?! - krzyknęłam zirytowana. - Nic takiego nie powiedziałam!
- Nie krzycz na mnie!!! - załkała i zaczęła trząść się spazmatycznie.
Chciałam jej już coś wygarnąć, ale powstrzymał mnie Alexy:
- Renn uspokój się - powiedział spokojnie.
- Jak mam byś spokojna, kiedy ona kłamię?! - Odwróciłam się gwałtownie do niego.
Alexy patrzył na mnie tymi swoimi różowymi oczami, ale to co było w tych oczach... Ich wyraz uderzył we mnie z taką mocą, że poczułam jak coś w środku mnie pęka.
- Nie wierzysz mi? - zapytałam cicho.
Nie odpowiedział, tylko wbił wzrok w ziemie.
Rozejrzałam się po twarzach moich kolegów z klasy. Wszyscy patrzyli na mnie tak... Tak obco, jakbyśmy się nie znali. Miałam wrażenie, że cały świat zaczął pękać.
- Rozumiem - mruknęłam cicho. - Uważacie, że kłamię. Ale ja...!
- Renn, nic nie mów - przerwał mi Alexy, dość szorstko, jak na niego. - A najlepiej by było gdybyś już poszła. Nic tu po tobie. - Odwrócił się do „płaczącej” brunetki.
Stanęłam zdębiała, a potem powoli ruszyłam do wyjścia z budynku. Musiałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Minęłam Debrę, która uśmiechnęła się triumfalnie i dyskretnie.
Ścigana palącym wzrokiem wszystkich, wyszłam przegrana na zewnątrz. Puściłam się biegiem do ogrodu. Czułam się okropnie, jakby ktoś w jednej chwili zrzucił mnie z wielkiej góry. Wbiegłam do ogrodu i usiadłam pod murem. Drżałam panicznie na całym ciele. Moja prawa ręka zaczęła się boleśnie kurczyć. Ten wzrok, ich wzrok był taki... taki chłodny, oskarżający. Poczułam się jakby w jednej chwili, cały tłum kazał mi przestać istnieć.
- Renn, wszystko dobrze? - zapytał ktoś niepewnie.
Spojrzałam w górę na osobę stojącą nade mną.
- Jesteś strasznie blada, źle się czujesz? - zapytał z troską Lysander i uklęknął obok mnie.
- Nie, wszystko w... porządku - wykrztusiłam z trudem. Spróbowałam się podnieść.
- Uważaj. - Złapał mnie za ręce i ponownie usadził na ziemi. - Nie powinnaś się przemęczać, jeszcze zemdlejesz. Strasznie drżysz. - Zrobił zmartwioną minę.
- Jestem... troszkę zdenerwowana. - Nikle się uśmiechnęłam.
- Stało się coś? - Ścisnął mocniej moje drżące ręce.
Nie odpowiedziałam, tylko spuściłam wzrok.
- Renn, co jest? - dopytywał.
Nadal nic nie mówiłam. Nastało kilkuminutowe milczenie.
- Debra? - zapytał z chłodem w głosie. - Czy Debra coś ci zrobiła?
Lekko pokiwałam głową.
- Co takiego? - prawie szepnął. Ścisnął moje ręce jeszcze mocniej w geście wsparcia.
Spojrzała na niego, w jego oczach była czysta troska. Bez wahania opowiedziałam mu o wszystkim. Od podejrzeń Sama, do zajścia na korytarzu. Z każdym kolejnym słowem czułam się odrobinę lepiej, świat zaczynał się naprawiać.
- Rozumiem - mruknął na koniec. - To potworne, że wszyscy od razu cię skreślili i nie dali szansy na obronę.
Przytaknęłam posępnie.
- Mimo wszystko nie martw się tym. - Uśmiechnął się delikatnie. - Teraz powinnaś skupić się na sobie, wrócić do domu, odpocząć i nie zadręczać się tą sytuacją. - Pomógł mi wstać z ziemi. - Chodź, odprowadzę cię.
- Ok - mruknęłam.
Chłopak objął mnie w pasie i lekko popchnął w kierunku dziedzińca oraz szkolnej bramy. Szliśmy tak okropnie długo, jestem pewna, że gdyby nie jego ramię już dawno leżałabym na ziemi.
Przechodziliśmy obok „Raju”, kiedy przypomniałam sobie o Samie. Musiałam powiedzieć mu o Debrze i ustalić plan, i pomóc mu w szukaniu informacji.
- Lysander - wychrypiałam. - Muszę zadzwonić do Sama.
- Ja to zrobię.
- Ale...
- Nie powinnaś się przemęczać, zajmę się tym - przerwał mi uprzejmie.
Nie miałam ochoty, ani siły protestować, bez słowa podałam białowłosemu telefon i pozwoliłam mu zająć się całą sprawą. Przysiedliśmy na ławce, a Lysander nacisnął zieloną słuchawkę.

Sam
Przeglądałem kolejną stronę internetową dotyczącą Debry. Już od kilkudziesięciu minut natrafiałem na same plotkarskie serwisy, na których nie pisali nic więcej ponad „świetną, młodą wokalistkę” Jak do tej pory tylko jedna informacja wydała mi się przydatna, o jej rzekomym związku z gitarzystą.
Wtedy mój telefon zawibrował, wyciągnąłem go z kieszeni i spojrzałem na wyświetlacz. Dzwoniła Renn - nareszcie! - powinna przyjść do mnie zaraz po przerwie, ale nie przyszła, przez to siedziałem jak na szpilkach.
- Rena, gdzie jesteś? Co się z tobą stało, czekam na ciebie już od kilku minut? Czy ty masz pojęcie jak ja się o ciebie martwiłem?! - wypytałem na jednym wdechu.
W słuchawce zaległa cisza. Przestraszony zapytałem niepewnie:
- Renn?
- Z tej strony Lysander - odpowiedział mi męski głos.
- Lysander? - zapytałem zbity z tropu. - Renie coś się stało? -  zaniepokoiłem się.
- Nie, a raczej nic poważnego.
- Czyli? - dopytałem.
- Miała, małą potyczkę z Debrą, na szkolnym korytarzu.
Zaniemówiłem bojąc się najgorszego.
- I jak to zniosła? - mruknąłem ledwo słyszalnie.
- Nie najlepiej, ale też nie najgorzej. Właśnie odprowadzam ją do domu.
Odetchnąłem z ulgą.
- Nie martw się, zadbam o nią - pocieszył mnie chłopak.
- Jak wrócicie do jej domu zrób jej cytrynowej herbaty. Uspokoi się, a poza tym bardzo ją lubi - poradziłem mu zatroskanym głosem.
- Rozumiem, tak zrobię, nie martw się. - Rozłączył się.
Zmartwiony schowałem telefon do kieszeni i wróciłem do czytania kolejnego artykułu o Debrze. Nie mogłem się jednak na tym skupić, cały czas myślałem o jaki „incydent” mogło chodzić. W pewnym momencie ktoś się do mnie dosiadł, pomyślałem, że to Debra. Szybko zamknąłem artykuł.
- Jesteś strasznie spięty - powiedziała do mnie dziewczyna.
Spojrzałem na nią i krzyknąłem zaskoczony:
- Rozalia?!
- No hej. - Uśmiechnęła się szeroko.
- Co ty robisz?
- Lysander ci nie powiedział? - Teraz ona się zdziwiła.
Pokręciłem przecząco głową.
- Pewnie zapomniał. - Westchnęła nieco rozczarowana. - W takim razie ja ci to wytłumaczę. - Uśmiechnęła się uprzejmie. - Lysander poprosił mnie, żebym pomogła ci w śledztwie zamiast Renn. Poza...
- Ok, ok, czaje - przerwałem jej. - Ale zanim zaczniemy, czy możesz mi opowiedzieć o tym „incydencie” między Renn, a Debrą?
- Właśnie to robiłam, kiedy mi przerwałeś - odpowiedziała opryskliwie.
- Wybacz. - Zakłopotany przeczesałem dłonią włosy.
Przyjaciółka Renn opowiedziała mi o porannym zajściu, od którego huczała cała szkoła. Słuchałem tego ze strachem i niemałym poczuciem winy, w końcu to ja poprosiłem ją o wejście w paszcze lwa. Bałem się też o jej stan psychiczny, bo chociaż Rena uchodzi za silną i twardą jak głaz, w rzeczywistości jest dość podatna na tego typu sytuacje. Jeśli Debrze udało się ją złamać... Nie, nie chce nawet o tym myśleć.
- W takim razie, co robimy? - zapytała Roza kończąc swoją opowieść.
- Przez cały dzień szukam informacji o Debrze. - Ponownie otworzyłem zamkniętą wcześniej witrynę. - Niestety nie znalazłem nic ciekawego. No chyba, że nieprawdopodobny związek z gitarzystą jest kluczem do tego wszystkiego - prychnąłem ironicznie.
- A może to jest to, czego szukamy! - Zabrała mi myszkę i klawiaturę. Zaczęła przeglądać różne strony w niesamowitym tempie.
Odsunąłem się na bok i biernie obserwowałem jej prace.
Po półgodziny dziewczyna dotarła do bloga byłego gitarzysty. Z zainteresowaniem włączyłem się do akcji. Przeczytaliśmy dość ciekawy artykuł, który brzmiał podobnie do jakiegoś innego. Artykuł był bardzo interesująco napisany, dlatego wpadliśmy na pomysł skontaktowania się z autorem. Napisaliśmy do niego, a po dobrej godzinie, ku naszemu zdziwieniu, dostaliśmy odpowiedź. Tak rozpoczęła się ciekawa wymiana zdań.

Renn
Lysander bardzo mi pomógł. Odprowadził mnie do domu i siedział tam prawie do wieczora, oboje doszliśmy do wniosku, że nie podoba nam się plan Debry oraz powinniśmy zrobić wszystko by go pokrzyżować.
Niestety następnego dnia musiałam wrócić do szkoły, już od samej bramy wszyscy spoglądali na mnie krzywo. Cóż Debra była tutaj naprawdę lubiana. Poczułam wibracje w lewej kieszeni jeansów. Wyciągnęłam komórkę z SMS-em od Rozalii:
„Spotkajmy się w sali B, mam dla ciebie kilka pikantnych nowinek :*”
Uśmiechnęłam się lekko. W końcu ciągle miałam przy sobie kilka życzliwych osób.
Przechodząc obok sali A zobaczyłam Alexy'ego, Iris, Violettę i Melanie zbitych w małą grupkę. Radośnie i z ożywieniem o czymś rozmawiali, na pewno zapomnieli już o wczorajszej sytuacji.
- Hej, jak leci? O czym rozmawiacie? - zagadałam uprzejmie.
Spięli się, spojrzeli na mnie, a potem skierowali wzrok w ziemię. Olali mnie.
- Zamierzacie mnie ignorować, ta? - zapytałam bezskutecznie próbując ukryć zasmucenie.
Tym razem też nie odpowiedzieli.
Bez słowa od nich odeszłam. Nie mogę uwierzyć, że Debra potrafi zrobić coś takiego. Przecież to nierealne!
To nie był koniec niespodzianek. Kiedy tylko chwyciłam za klamkę od drzwi do klasy,  ktoś z drugiej strony gwałtownie je otworzył. Ledwo odskoczyłam ratując się przed bolesnym zderzeniem. Spojrzałam rozzłoszczona na sprawcę i zamurowało mnie. Przede mną stał Kastiel, ale wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle.
Miał kompletnie inne ciuchy niż zwykle. Zamiast nich założył spraną beżową marynarkę, czarny t-shirt i czarne jeansy. Do tego założył też jakiś dziwny wisiorek.
- Przynajmniej kiedyś miałeś styl! - krzyknęła za nim rozzłoszczona Roza.
Chłopak zignorował ją i dopiero teraz mnie zauważył.
- Hej - przywitał się bezbarwnym głosem. Czyżby Debra zdążyła mu wcisnąć bajkę o wczorajszej „kłótni”?
- Hej - odpowiedziałam nieco zaskoczona.
- Nie rozmawiaj z tym idiotą - nakazała stanowczo moja przyjaciółka. Chwyciła mnie za rękę, wciągnęła szybko do klasy i zatrzasnęła drzwi za rudzielcem.
 - Jesteś strasznie wkurzona - stwierdziłam lustrując ją od góry do dołu.
- To przez tego idiotę! - Wskazała ręką na drzwi, przez które wyszedł Kastiel. - Twierdzi, że Debra ma dla niego życiową propozycję i nie słucha absolutnie żadnego głosu rozsądku. Kompletnie mu odbiło. - Zrobiła przerwę na wdech i kontynuowała dalej: - Rozumiem, że ich związek był dla niego ważny, ale uganianie się za byłą to szczyt idiotyzmu! Ubrał się nawet w ciuchy, w których chodził kiedy z nią był.
- Serio?! - wykrzyknęłam zdumiona.
- Jak najbardziej! Ale nie rozmawiajmy już o nim - Roza spuściła z tonu. - Muszę ci opowiedzieć o wszystkim, czego się wczoraj dowiedzieliśmy.
Przełknęłam gule.
- Po tym jak... wyszłaś z Lysanderem ze szkoły. Ja i Sam zajęliśmy się szukaniem informacji o Debrze. Poszliśmy za tropem gitarzysty, okazało się, że prowadził własnego bloga, na którym napisał o Debrze kilka nieprzyjemnych słów.
- Co napisał? - zapytałam szybko.
- Nie przerywaj - syknęła Rozalia. - Napisał dokładnie to samo, co czytaliśmy wcześniej, ale ostrzej.
- Konkrety?
- Nieistotne! - Spojrzała na mnie zirytowana. - Nawiązaliśmy z nim kontakt, to cud, że nam odpisał. W swoich mailach wyjawił nam kilka interesujących faktów. Odszedł z zespołu, ponieważ dowiedział się, że nasza koleżanka chodziła jednocześnie z nim i z perkusistą.
- Aha, macie coś więcej?
- Kto cię uczył manier?! - oburzyła się. - Muzycy w zamian za to wyświadczali jej różne przysługi, na przykład sama udzielała wywiadów i pozowała do zdjęć. Kiedy on się o tym dowiedział od razu zerwał z nią wszelkie kontakty i wyjechał za granicę.
- To wszystko? Macie coś jeszcze? - dopytywałam przejęta.
- Nie, to wszystko co wiedział. Wyświadczył nam wielką przysługę odpowiadając na nasze wiadomości. -Westchnęła. - W każdym razie, z tej Debry jest niezła manipulatorka. Nie mogę uwierzyć, że ktoś jest w stanie posunąć się do takich rzeczy dla  sławy.
- Tacy ludzie istnieją i nic na to nie poradzisz. - Uśmiechnęłam się smutno. - Dziwie się tylko, że nikt jej jeszcze nie przyłapał.
- Tak, to interesujące - mruknęła zamyślona Rozalia. - Wiesz co, Renn? Chciałabym cię prosić, żebyś zostawiła wszystko nam.
- Co takiego?! - zawołałam wzburzona.
- Jesteś teraz na... widelcu, lepiej dla ciebie, żebyś się nie wychylała. - Położyła mi rękę na ramieniu.
Odetchnęłam głęboko. Nie była to rzecz, którą chciałam zrobić, ale jeżeli Roza i Sam uznali, że tak będzie dla nas najlepiej...
- Rozumiem - powiedziałam cicho. - Postaram się nie wyróżniać. - Pokiwałam głową.
- O to mi chodziło. - Roza uśmiechnęła się do mnie ciepło.
- Leć już, Sam pewnie na ciebie czeka. - Odpowiedziałam jej podobnym uśmiechem.
Wyszłyśmy z sali i każda z nas poszła w inną stronę. Czekało mnie teraz okienko, więc pomyślałam, że najlepiej zrobię chowając się w piwnicy. Tam przynajmniej nie ma nienawistnego tłumu.
Drzwi do pomieszczenia były szeroko otwarte. Pewnie woźny szuka tam swoich narzędzi, pomyślałam i po cichutku zeszłam na dół. W środku na pewno ktoś był, świadczył o tym snop światła wydobywający się ze środka. Stanęłam w drzwiach i zamarłam, w środku siedzieli Debra i Kastiel.
- Przemyślałeś już moją ofertę? - zapytała kusząco.
- Nie, jeszcze nie. - Spojrzał na nią. - Niecierpliwisz się? - zaśmiał się.
- Może odrobinkę - mruknęła i zbliżyła się do niego kładąc mu ręce na klatce piersiowej.
Przygryzłam dolną wargę z całej siły. Debra już zabrała się do pracy, a Kastiel niczym dziecko jadł jej z ręki. Czy można powstrzymać kogoś takiego?
Odwróciłam się, żeby uciec od tego jak najdalej, ale zamiast wyjść wpadłam w czyjeś ramiona.
- Lysander? - zapytałam szeptem. - Co ty tu robisz?
- Nic konkretnego. Wszystko dobrze? - zapytał z troską.
- Nie wiem, czy po czymś takim może być dobrze. - wyszeptałam łamiącym się głosem.
- Nie tylko tobie się to nie podoba. - Chwycił mnie za rękę i pociągnął do wyjścia.
Ruszyłam za nim bez najmniejszych oporów.

Sam
Zastanawiałem nad tym, co można jeszcze zrobić, jak przechytrzyć wroga.
- Siema, co tam porabiasz?
Aż w końcu wymyśliłem.
- Nic ciekawego. Chciałeś coś, Sam?
Jedyna osoba, która poznała już sztuczki Debry.
- Tak, mam do ciebie sprawę, panie gospodarzu.
Chłopak tak jak zwykle siedział przy swoim biurku, wypełniając stosy papierów.
- Masz całkiem dużo pracy - zauważyłem.
- Tak, znikam na parę dni, a cała administracja się wali. - Westchnął i przeciągnął się.
- Taki urok. Czemu tak długo cię nie było? - zapytałem jakby od niechcenia.
- Zachorowałem - skłamał szybko.
- Współczuję. - Rozejrzałem się po pokoju i zaatakowałem: - Kojarzysz Debrę?
Chłopak znieruchomiał.
- Kogo? - zapytał nieudolnie udając, że nie wiem o czym mówie.
- Debra, brunetka, duże niebieskie oczy, kusy strój. Chodziła niecały rok do tej szkoły, była dziewczyna Kastiela, zniszczyła waszą przyjaźń. Na pewno nie znasz? - Spojrzałem twardo w jego oczy.
- Ile wiesz? - spytał chłodno.
- Wszystko, znowu chce wykorzystać Kastiela.
- A ty nasz zamiar pokrzyżować jej plany? - dopytał kpiąco.
Skinąłem głową.
- Jej się nie da powstrzymać. Ona już wygrała.
- Serio? Nie chcesz pomóc Kastielowi?
- Sam jest sobie winny - prychnął. - Raz już próbowałem i wiesz przez co potem musiałem przejść? Zrobiła ze mnie podrywacza, kogoś, kto odbija dziewczynę kumplowi. Wszyscy się ode mnie odwrócili, a najlepszy przyjaciel znienawidził. Sorry, ale nie chcę się w to mieszać. Radź sobie sam.
- To nie ja radzę sobie sam, tylko Renn. - Spojrzałem w ziemię.
Chłopak poruszył się niespokojnie.
- Co masz na myśli? - zapytał zdziwiony.
- Tym razem Debra upatrzyła sobie Renn. Nie pomożesz jej? - Spojrzałem na niego wyczekująco.
Chłopak bił się z myślami. Widać chciał pomóc, ale złe wspomnienia go powstrzymywały.
- Nie mogę - wyszeptał w końcu. - Chciałbym pomóc, ale nie chcę powtórki z rozrywki.
- Rozumiem. - Westchnąłem ciężko.
Bez pożegnania wyszedłem na korytarz.

Renn
Godzina historii minęła mi dość spokojnie, postanowiłam się czymś zająć i czytałam szkolną gazetkę. Do czego człowiek jest zdolny w najgorszych sytuacjach.
W najnowszym numerze była nowa o naszym koncercie, Peggy bardzo go zachwalała. Opisywała stroję zrobione przez Rozalię, zespół, mnie, ale nie wspomniała o Iris. Zdenerwowałam się, jak można pominąć kogoś, kto tak wiele zrobił.
Poszłam jej poszukać. Znalazłam ją dopiero przy schodach, była otoczona niemałym wianuszkiem osób. Przyszli tu Irsi, Alexy, Melania, Kim i Violetta. Im chyba też nie spodobał się ten artykuł.
- Peggy, co to ma być?
Wszyscy odwrócili się do mnie.
- No świetnie, jeszcze ciebie mi tu brakowało - syknęła dziennikarka.
- Jak mogłaś pominąć Iris? - spytałam pełna wyrzutu.
- Renn, nie trzeba. Nie mieszaj się w to. - Chwyciła mnie za rękę.
- To niesprawiedliwe! - zawołałam i lekko wyswobodziłam się z jej chwytu. - Dlaczego nie wspomniałaś o niej nawet słowem?
- No bo to mało interesujące. - Peggy przewróciła oczami.
- Zrobiła więcej ode mnie, pomagała mi. Gdyby nie ona nauczyciele nie posprzątali by za nas sali, to ona nadzorowała reklamę koncertu. To ważne zadania, masz to poprawić. - Postukałam palcem w gazetę.
- Nie ma takiej opcji.
- Masz to poprawić.
- Niby po co?
- Dla zwykłej uczciwości, popraw ten cholerny artykuł! - krzyknęłam.
- A co będę miała w zamian? - spytała z chytrym uśmieszkiem.
- A czego chcesz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Wywiadu z tobą. - Uśmiechnęła się chytrze, myśląc że wygrała.
- Dobra, jak tylko poprawisz artykuł. - Wzruszyłam ramionami.
Wszyscy się na mnie spojrzeli.
- Że co?!
- To co słyszałaś, popraw artykuł, a wtedy pogadamy. Umowa? - Wyciągnęłam przed siebie rękę.
- Umowa. - Niechętnie uścisnęła ją.
Peggy odeszła w stronę swojego klubu.
- Renn, ja... Dziękuję - szepnęła speszona Iris.
- Nie ma sprawy, w końcu tobie też się to należało, za ciężką pracę. - Zarumieniła się lekko.
Jestem pewna, że pogadałybyśmy dłużej, gdyby Sam nie zawołał:
- Renn, choć na chwilę!
Wszyscy spojrzeliśmy w górę, gdzie stał mój przyjaciel. Bez pożegnania ruszyłam w jego kierunku.
- Co jest?
- Mam do ciebie sprawę, ale nie tutaj. - Machnął ręką, nakazując żebym za nim poszła.
Weszliśmy do pierwszej lepszej klasy, którą okazała się być klasa chemiczna.

Sam
Rozejrzałem się czy nikogo nie ma w pobliżu i sprawnie zamknąłem drzwi.
- Mam do ciebie sprawę - oznajmiłem.
- Serio? Jaką? - zapytała wyraźnej ożywiona.
- Chciałbym jeszcze raz podsłuchać Debrę.
Przełknęła nerwowo ślinę.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł?
- Tak można ją zdemaskować przed wszystkimi, ale tylko przy tobie pokazuje jaka jest. Potrzebuję twojej pomocy. - Spojrzałem jej prosto w oczy.
- Powiedz, co mam zrobić - zgodziła się przybierając poważny ton.
- Kupiłem dyktafon, twoim zadaniem będzie ją nagrać. Potem przyniesiesz to mi, a ja zrobię, co trzeba. - Postawiłem na ławce dyktafon.
- Ok, zrobię to. - Zabrała przedmiot i wsadziła go do torby. - Będziesz tu czekał?
- Pewnie, przyjdź jak skończysz.
Rena odkluczyła drzwi i wyszła na korytarz.
Dla zabicia czasu postanowiłem poczytać notatki z ostatnich lekcji biologi, w końcu niedługo ma być kartkówka.
Nie minęło dwadzieścia minut, kiedy do sali wpadła Roza.
- Całe wieki cię szukałam! - krzyknęła podchodząc do mnie.
- Masz do mnie jakąś sprawę? - Odłożyłem zeszyt na miejsce obok.
- Tak jakby, widziałam jak Debra i Renn idą do sali A, jak myślisz co ta flądra znowu knuje? - Spojrzała na mnie zaniepokojona.
- Nie martw się tym, chciałem nagrać jeszcze jedną ich rozmowę - powiedziałem uspokajająco i ponownie sięgnąłem po zeszyt.
- Co takiego?! - wydarła się na mnie. - Kazałam Renn nie zbliżać się do tej żmii, myślałam, że ci powie!
Zamarliśmy. Rzuciłem zeszyt na ziemię i oboje pobiegliśmy do sali A. Trzeba przerwać całą akcje, zanim będzie za późno.

Renn
Weszłam za Debrą do klasy, dyskretnie włączając dyktafon.
- To czego chciałaś? - zapytała łagodnie.
- Dobrze wiesz, czego chce - mruknęłam
Nie odpowiedziała.
- Wytłumacz mi to wszystko jeszcze raz, po co...
- Co ty robisz? - przerwała mi gwałtownie.
- Raczej co ty robisz?!
- Znowu chcesz się na mnie wyżyć? - zapytała głosem niewiniątka.
- Oczywiście, że nie! - sarknęłam.
- A skąd mam to wiedzieć? Potrafisz być agresywna, no nie? - Uśmiechnęła się łobuzersko.
- Chyba śnię - mruknęłam pod nosem.
Nie myślałam, że z tym może być, aż tak wielki problem. Przecież wcześniej udało się to nam bez problemu.
- A wydawało mi się, że coś o tobie wiem. Jesteś okropnie zakłamana. - Spojrzała na mnie ostro.
Oblałam się zimnym potem, ale Debra kontynuowała:
- Co ty wyprawiasz? - zapytała ze strachem. - Zostaw mnie! - krzyknęła rozpaczliwie.
Nie wiedziałam, o co jej chodzi do momentu kiedy nagle się na mnie rzuciła. Zwaliłyśmy się na ziemię, a ja z impetem uderzyłam głową w podłogę. Mroczki stanęły mi przed oczami, to dało czas brunetce na unieruchomienie mnie i wygrzebanie z torby mojego dyktafonu. Zaczęłam się na nowo szarpać, przez co Debra wbiła mi paznokcie w prawy policzek. Szarpałam się bez skutku, paznokcie wbijały się coraz mocniej, a ona majstrowała przy sprzęcie.
- Zrobione - zawołała śpiewnie i puściła całe nagranie, które brzmiało jakbym to ja rzuciła się na nią. - Co ty na to Renn? - zapytała szyderczo. - Myślisz, że Peggy spodoba się ten materiał?
O nie, jeżeli ona da to Peggy będę skończona, przegram wszystko, znajomych, Kastiela. W rozpaczliwym zrywie zrzuciłam ją z siebie i wyrwałam jej urządzenie.
- Po moim trupie! - Uderzyłam dyktafonem o ziemie, a ten rozpadł się na kilka kawałków.
- Ty dziwko! - krzyknęła rozwścieczona brunetka i wypadła z sali.
Uśmiechnęłam się i z trudem stanęłam na nogach, chociaż tyle udało mi się wygrać.
Poczułam jak coś gorącego płynie po moim prawym policzku, dotknęłam tego ręką i zamarłam na ułamek sekundy. Krew. Wyszarpnęła małe lusterko, aby obejrzeć twarz. Na prawym policzku miałam pięć ranek, najwidoczniej Debra przebiła mi skórę. Wyczerpana z powrotem wróciłam na ziemię.

Sam
Biegliśmy z Rozą ile sił w nogach. Wpadliśmy do klasy, ale Debry już tam nie było, była za to Renn. Siedziała na ziemi ciężko dysząc, a po jej prawym policzku leniwie spływały stróżki krwi.
- Rena! - krzyknąłem i rzuciłem się, aby jej pomóc.
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na mnie jak zbity pies. Na jej twarzy widniały ślady po czyichś paznokciach.
- Co się stało? - zapytała zaskoczona Rozalia.
- Rozmawiałam z Debrą, jak widać nie wyszło. - Uśmiechnęła się z rozbawieniem wskazując kawałki rozbitego dyktafonu.
- Pójdę po apteczkę. - Rozalia wybiegła z klasy.
- Opowiesz mi, co tu się stało? - poprosiłem cicho. Przysiadłem obok niej.
Opowiedziała mi o całym zajściu, z każdym jej słowem zaciskałem zęby coraz mocniej. Jak mogłem dopuścić do tego wszystkiego? Gdybym tylko chwile się nad tym zastanowił albo porozmawiał z Rozą.
Idiota!
Niedługo później wróciła białowłosa i opatrzyła Renie twarz.
- Chyba wszyscy się zgadzamy, że nie powinnaś się więcej udzielać w tej sprawie? - Spojrzała na mnie wyczekująco.
Ja z kolei spojrzałem na moją przyjaciółkę.
- Mamy teraz zastępstwo - wymamrotała nieobecnie. - Poczekam w piwnicy. - Podniosła się i powlokła do drzwi niczym zombie. Odwróciła się przed wyjściem i jeszcze raz spojrzała na nas smutnymi oczami. - Róbcie swoje.
- Rozsypujesz się, kotku - szepnąłem po jej wyjściu.
- Co?
- Nic, chodźmy.
To wszystko twoja wina, idioto! Ach, gdybym tylko...

Renn
Siedziałam w piwnicy od dwudziestu minut. Zachowywałam się jak trup, zero ruchu, zero myślenia. Przecież trupy nie myślą, ani o pokiereszowanym policzku, ani o tym, że właśnie cały świat zaczyna walić się im na głowę.
Od czasu do czasu ciszę przerywały kroki innych osób, które wspinał się po schodach lub chodziły za drzwiami. Te jednostajne dźwięki irytowały mnie najbardziej, ale bałam się wejść głębiej w piwnice. Bałam się, że znajdę tam jakieś ślady po Debrze i Kastielu. Zaczynało mnie to przerastać.
Usłyszałam kroki kolejnej grupki ludzi.
- Szybciej z tym, samo się nie zaniesie, tylko tego nie wylej! - ostrzegł kogoś dziewczęcy głos, który wydawał się dziwnie znajomy.
- Dobrze, Amber - wysapała druga dziewczyna w odpowiedzi.
Zainteresowana przysunęła się bliżej drzwi. Na pewno nie wyniknie z tego nic dobrego. Dziewczyny zaczęły wspinać się po schodach, gdy nagle - prawdopodobnie - Klementyna uderzyła o stopień czymś, co zabrzmiało jak wiadro pełne wody.
- Fuj! Klementyna!
- Przepraszam, Li - pisnęła skruszona.
- Mówiłam ci, żebyś uważała!
- Przepraszam!
Charlotte prychnęła pogardliwie.
- Cicho. Przestańcie się kłócić, a ty uważaj, żeby nie wylać reszty - nakazała warknięciem Amber. - W końcu musimy zostawić coś dla tej żmii. - Zaśmiała się.
Pozostałe dziewczyny szybko jej zawtórowały.
Od razu pojęłam, o co chodzi. O Debrę! Amber jej nienawidzi, więc chcę wywinąć jej jakiś mało dojrzały numer, jak oblanie jej wodą. To pewnie przez to, że dziewczyna cały czas chodzi za Kastielem, a Blondi to przeszkadza.
Poderwałam się z miejsca i podbiegłam do drzwi. Moja ręka zatrzymała się na klamce.
Dlaczego mam jej pomóc? Przecież to z jej winy Kastiel i Nataniel nie są już przyjaciół, pokiereszowała mi policzek, sprawiła, że większość szkoły mnie nienawidzi, manipuluje innymi i chcę wykorzystać Kastiela. Do tego to nie moja sprawa, powinnam to zostawić Rozie i Samowi, ale czy to nie robi ze mnie kogoś takiego jak Amber? Nienawidzę Debry, jej zakłamania, ale nie mogę pozwolić upokorzyć jej publicznie, nawet jeśli zrobiła to mnie. Nikt nie zasługuje na coś takiego, ona też nie.
Nacisnęłam klamkę i popędziła w górę po schodach.
- STÓJ!!! - wrzasnęłam w biegu.
Amber stała z wiadrem przy otwartym oknie, Li i Charlotta pilnowały korytarzy. Nigdzie nie zauważyłam Klementyny.
Blondi spojrzała na mnie z szyderczym uśmiechem.
- Za późno. - Zrzuciła wiadro.
Szybko przypadłam do okna odpychając Amber, ta z jękiem upadła na podłogę. Wychyliłam się niebezpiecznie daleko i... Moje palce minęły się z rączką o kilka centymetrów. Z przerażeniem obserwowałam jak Debra zostaje oblana wodą. W napadzie paniki schowałam się z powrotem do budynku.
- Renn Perry proszona do dyrektora! NATYCHMIAST!!! - zatrzeszczały głośniki.
Z ciężkim sercem wolno poszłam we wskazane miejsce, żegnana podłym chichotem Amber i jej koleżanek. Wiedziałam, co zaraz nastąpi i próbowałam wymyślić jakąkolwiek wymówkę. Żadna nie wpadła mi do głowy.
- Panno Perry, czy wytłumaczy mi pani dlaczego nasza absolwentka wygląda jakby wyszła z jeziora? - zapytała z poważną miną dyrektorka.
Spojrzałam na Debrę, stała cała przemoknięta i z silną furią wpatrywała się we mnie.
- Tak - mruknęłam niepewnie.
- W takim razie słucham - prychnęła kobieta.
- Amber i jej koleżanki chciały zrobić Debrze kawała. Przez przypadek je podsłuchałam, a potem próbowałam je zatrzyma...
- Proszę sobie darować - przerwała mi twardo. - Nie mam ochoty na te bujdy, widziano tylko i wyłącznie panią. Więc proszę się łaskawie wytłumaczyć. - Zaczynała tracić cierpliwość.
- Mówię prawdę. Niech pani sprawdzi monitoring! - zawołałam wzburzona.
- Sprawdziliśmy, nic nie widać i nie takim tonem! - zaczęła krzyczeć.
- Ale...
- Doszły mnie słuchy o twoim wcześniejszym zachowaniu. Byłam skłonna dać ci tylko naganę, ale za takie zachowania zostaniesz jeszcze ukarana zostaniem po lekcjach!
- Dlaczego?! - zapytałam wzburzona.
- Cisza! Nagana i koza. - Spojrzała na mnie z dezaprobatą. - Bardzo się na tobie zawiodłam. - Wzięła Debrę pod rękę i zabrała ją do swojego biura.
Pokonana, z nowym pakietem kary, wyszłam na korytarz. Kolejny raz mnie skopano. Chciałam wrócić do swojej piwnicy i posiedzieć w ciemności jak trup, ale to nie był jeszcze koniec przykrych rozmów.
- TY! - krzyknął ktoś za mną.
Wiedziałam, że to Kastiel, jeszcze zanim się odwróciłam.
- Jak mogłaś jej to zrobić?! - Podbiegł do mnie i zaczął wrzeszczeć z furią: - Mogłaś jej coś zrobić! Wiesz jakie to było niebezpieczne?! Prawie dostała tym wiadrem!!!
- To nie ja! - krzyknęłam przerywając mu.
- A kto?! Widziałem cię. - Pokazał na mnie oskarżycielsko palcem. - A to na korytarzu, to też nie ty?!
- Nie!
- Więc co?! Sama sobie powymyślała te historyjki?! - zapytał gniewnie.
- Tak! Uwzięła się na mnie, a ty jej ślepo wierzysz! - oskarżyłam go.
- Znamy się długo, dlat...
- Dajesz sobą pomiatać na lewo i prawo?! Ta suka wodzi cię za nos, a ty jej na to pozwalasz!
- Nie nazywaj jej tak - warknął głucho. - Ma dla mnie życiową propozycję!
- Ta, jasne! Dlatego wolisz wszystkich tu zostawić, to bardzo dobry i dojrzały plan!!! - wrzasnęłam na cały korytarz.
- A co mnie tutaj trzyma? Ty? - parsknął.
- Nie chcę, żeby znowu cię zraniła - powiedziałam błagalnie i spojrzałam mu w oczy.
W jego oczach był tylko lód. Patrzył na mnie jak na obcą. Poczułam, że znowu świat zaczyna się rozpadać, a ja sama rozbijam się na małe kawałeczki.
- Nie zbliżaj się do mnie - powiedział chłodno. - Ani do niej, ani do mnie. Zostaw w spokoju Lysandera i Iris. Rozumiesz? Jeśli jeszcze raz skrzywdzisz osobę, na której mi zależy to ja skrzywdzę ciebie.
- Ja... - Cofnęłam się jakby coś uderzyło mnie w brzuch. Spojrzałam na niego, jego twarz nie wyrażała nic. Do oczu zaczęły napływać mi łzy. - KRETYN!!! - wrzasnęłam pełna rozpaczy i uciekłam, żeby nie pokazać mu jak bardzo dotknęły mnie te słowa.
Mój świat się rozpadł, a ja razem z nim.
Biegłam nie patrząc gdzie, byle dalej od niego. Wpadłam do sali gimnastycznej, była pusta. Przebiegłam koło trybun i wpadłam do szatni.
Rzuciłam torbę i padłam przy szafkach. Zaczęłam głośno szlochać, a łzy popłynęły strumieniami. Moim ciałem wstrząsały dreszcze.
- Renn, co ci się stało? - zapytał ktoś ze strachem.
Podniosłam zapłakaną twarz. Nade mną stał niesamowicie przejęty Lysander.
- Renn. - Podszedł do mnie i chwycił mnie w ramiona. - Co się stało? - zapytał czule.
Nieskładnie wyjaśniłam mu, o co poszło. Cały czas płacząc i łkając.
- Jestem pewny, że on tak nie myśli - pocieszył mnie Lysander. - Kastiel czasem mówi coś innego, a co innego robi. Przejdzie mu.
- Skąd ta pewność? - wychlipałam.
- Bo go znam. - Uśmiechnął się delikatnie. - Choć tutaj. - Przycisnął mnie mocniej do siebie.
Wtuliłam się w jego pierś dalej płacząc, a on tylko głaskał mnie po plecach i od czasu do czasu powtarzał „Renuś”.
Po paru minutach przestałam drżeć, a jeszcze później zjawił się rozgniewany Sam.
- Lysander, mógłbyś nas zostawić? - zapytał twardo.
Białowłosy delikatnie puścił i wyszedł na zewnątrz.
- Rena. - Sam przytulił mnie gwałtownie. - Wiem wszystko.
- Skąd? - zapytałam drżącym głosem.
- Nie ważne skąd, dlaczego to zrobiłaś? - Pogłaskał mnie delikatnie po prawie suchym policzku.
Na nowo wybuchnęłam płaczem i wykrzyknęła w rozpaczy:
- Chciałam pomóc, ale on... On kazał mi... - Urwałam i wtuliłam się w Sama.
Po chwili znowu zaczęłam bełkotać. Płakałam, a Sam mnie przepraszał.
Po dobrych kilku minutach uspokoiłam się już całkowicie. Wtedy Sam otworzył drzwi i wpuścił do środka Lysandera, z którym była już Rozalia.
Dziewczyna położyła mi rękę na ramieniu i szepnęła:
- Mamy już plan.
Szablon wykonała Domi L