wtorek, 24 kwietnia 2018

Rozdział 38

Renn
W sali gimnastycznej panowało wielkie napięcie, wszyscy czekali na werdykt w absolutnej ciszy. Pan Borys naradzał się z panem Farazowskim tak cicho, że nic nie byliśmy w stanie usłyszeć. Mocniej ścisnęłam rękę Sama, była taka ciepła i znajoma. Ostatni raz denerwowałam się tak przed wynikami egzaminów końcowych.
W końcu, po dobrym kwadransie nauczyciele odwrócili się do nas, aby ogłosić wyniki. Wszyscy zaczęli nerwowo szeptać między sobą.
- Proszę o ciszę! - zawołał pan Borys donośnym głosem. - Zaraz ogłosimy wyniki, nie martwcie się, każdy z was dostanie coś do zrobienia. - Zrobił uspokajający gest. - Jednak, zanim do tego przejdziemy chciałbym zaprezentować wam jak poprawnie odegrać nasz tekst. Nikt z was nie zrobił tego w stu procentach dobrze. - Spojrzał po nas z miną wszystkowiedzącego, po czym wyprostował się i zaczął recytować „Tyradę o nosie” doniosłym, płynnym i pewnym głosem.
Poczułam wielki podziw, nigdy wcześniej nie widziałam by ktoś tak grał.
- Rozumiecie? - zapytał nasz wuefista. - Postawa prosta, donośny i pewny głos, aby wszyscy widzowie mogli was usłyszeć i zawsze twarzą do widowni, by wszyscy was widzieli. - Uśmiechnął się szeroko.
- Tak - odpowiedzieliśmy niemrawo całą grupą.
- Spokojnie, jeszcze was tego nauczę! - zawołał entuzjastycznie. - Teraz przejdźmy do ważniejszych spraw.
Wszyscy zamarli na nowo.
- Oryginalna sztuka jest za długa na nasze warunki, dlatego postanowiliśmy ją skrócić. Spokojne, nic nie jest permanentne i jeżeli zechcecie dokonać zmian, to ich dokonacie. Oczywiście w granicach rozsądku! - dodał pospiesznie. - Ról nie starczy nam dla wszystkich, ale potrzebne są też osoby, które uszyją kostiumy i zrobią scenografie. Nieważne czy występujesz na scenie, czy pracujesz poza nią, jesteś tak samo ważny jak reszta - upomniał nas ojcowskim tonem.
- Czy będzie scena z pocałunkiem? - zapytałam rzeczowo Klementyna.
- Ależ tak!!! To najważniejsza scena całego spektaklu, nie możemy jej wyciąć - zmieszał się nauczyciel.
Puściłam rękę Sam i podeszłam bliżej, usłyszałam jak Kim szepcze do dziewczyn:
- Jeśli zostanę Księżniczką to uciekam z tej budy jak najdalej.
- Przejdźmy do rozdzielenia ról. - Pan Borys klasnął w dłonie. - Kim, Li i Peggy zagrają kolejno wróżki, Florę, Hortensje i Niezabudkę.
- Nie mam ochoty nosić stroju z kreskówki. - Peggy zrobiła niezadowoloną minę.
- Póki nie dostanę różowej kiecki jest ok - mruknęła Kim.
- Kastiel i Lysander zagrają role Króla Stefana i Króla Huberta.
- Postaram się - zapewnił Lysander.
- Ten król ma dużo kwestii? - zapytał znudzony Kastiel.
- Niekoniecznie - odpowiedziałam przyciszonym głosem.
- No i super. - Rudzielec uśmiechnął się na swój sposób.
- Armin zostanie Maleficent, Sam zagra smoka.
- Super! Będziemy niepokonani! - krzyknął Armin.
- Jasne, że tak! - zawtórował mu Sam.
- I na samym końcu, Księcia zagra Nataniel, a Księżniczkę Amber.
Wszyscy zaniemówili. Rodzeństwo spojrzało po sobie z obrzydzeniem, a potem na pana Borysa. Byli więcej niż zdegustowani.
- Nie pocałuje własnej siostry - powiedział blondyn, widać było niezadowolenie na jego twarzy.
- Zgadzam się! Księciem powinien zostać Kastiel! - zażądała Amber.
- Lub ktoś inny może zagrać Księżniczkę... Na przykład ja - zaproponowała nieśmiało Melania.
- To co? Ktoś się poświęca i gra Księcia? - zapytał poważnie Kastiel.
- Podziękuje - odpowiedział szybko Lysander.
- Ale... Sądziliśmy, że będziecie świetni, jesteście pewni? - zapytał zakłopotany nauczyciel.
- Tak!!! - krzyknęli jednocześnie. Obydwoje byli bardzo oburzeni.
- Rozumiem... - Pan Borys wyglądał na niepocieszonego. - W takim wypadku role Księżniczki przejmie... - Spojrzał w swoje notatki. - ...Renn!
- Hę? - jęknęłam zaskoczona.
- Zgadzasz się? Zagrasz rolę księżniczki? - zapytał z nadzieją w oczach.
- Mogę - odpowiedziałam niemrawo.
- Pogrzało cię?! - warknął Kastiel.
- To tylko rola - zaczęłam się bronić.
- Uważam, że powinnaś to przemyśleć - dodał Lysander. - A najlepiej będzie, jak usuniemy całą scenę pocałunku. - Skrzyżował ręce na piersi.
Rzuciłam im spojrzenia pełne wyrzutów.
- Ale... To tylko pocałunek sceniczny, poza tym ta scena jest potrzebna! - przeciwstawił się nauczyciel. - I bardzo ją lubię - dodał nieco ciszej.
- Sądzę, że nie powinniśmy zmuszać innych do pocałunku - zaapelowała Melania oficjalnym tonem przewodniczącej.
- To żadne rozwiązanie! - krzyknęła Amber. - Musimy zmienić księcia, nie ma mowy żebym grała z własnym bratem. Powinnam zagrać z...
- Zrozumiałem - przerwał jej już nieco poddenerwowany całym zajściem mężczyzna. - Amber, zrozum, że role dostała już Renn i bez względu na to czy pojawi się pocałunek czy  nie, to ona zagra Księżniczkę. Bo widzę, że w tym jest największy problem - wytłumaczył ostro pan Borys.
Zrobiłam wielkie oczy z zaskoczenia.
- Jak to?! - zapytała oburzona dziewczyna. - Powinniście wywalić mojego brata!!!
- Dzięki - mruknął urażony blondyn.
- A zamiast niego wziąć Kastiela - kontynuowała swój wywód, Blondi.
- Nie mieszaj mnie w to! - warknął na nią Kastiel.
Wszyscy nagle zaczęli dyskutować między sobą, a siostra Nataniela kończyła swój żałosny wywód. W końcu nasz nauczyciel osiągnął swój limit i kazał nam się zamknąć.
- Rola Księżniczki należy do Renn - oznajmił donośnym głosem. - Za twoje marudzenie w ogóle nie powinnaś brać udziału w przedstawieniu. - Spojrzał gniewnie na Amber. - Ale skoro uważasz, że musisz być na scenie to możesz zagrać jedną z roślin!
- Mam być kwiatkiem albo drzewem?! - pisnęła obrażona blondynka.
- Albo tak, albo wcale - rzucił ostro nauczyciel.
Blondi cofnęła się o krok i energicznie pokiwała głową na zgodę.
- Przejdźmy do osób, które nie wystąpią na scenie. - Pan Borys znowu zajrzał do swojej ściągawki. - Kostiumami zajmą się Rozalia i Alexy.
- O tak! - krzyknęli jednocześnie.
- Violetta i Iris będą odpowiedzialne za dekoracje. Melania i Klementyna wcielą się w role suflerów.
Zerknęłam na dziewczyny, Violetta i Iris były zadowolone, ale Melania nie bardzo. Musiała zacząć ostrzyć sobie zęby na rolę Księżniczki, kiedy usłyszała o Natanielu. Ups, nie żałuje, że sprzątnęłam jej ją z przed nosa.
- A Charlotte zostanie narratorem! - zakończył pan Borys.
Koleżanka Amber skinęła głową w odpowiedzi.
- Doskonale, to wszystko na dziś. Liczę, że wypadniecie fantastycznie. - Mężczyzna schował kartkę do tylnej kieszeni spodni.
- Już dzisiaj możecie pomyśleć czy chcecie coś zmienić. Niedługo omówimy też szczegóły wizyty waszych rodziców - przeją pałeczkę pan Farazowski. - Panna Rozalia, chciała też przekazać, że w poniedziałek chcę zdjąć miary z występujących - dodał z miłym uśmiechem. - To wszystko, jesteście wolni.
Wszyscy ruszyli do wyjścia. Jedni byli mniej lub bardziej zadowoleni, ale ogólnie przeważał pozytywny nastrój. Jak zwykle usiadłam z chłopakami na naszej ławce, a raczej stanęłam z nimi obok niej. Chociaż poranny deszcz się skończył, wszystko nadal było mokre, uroki jesieni.
- Pozwól, że jako pierwszy ci pogratuluje. - Sam mocno przytulił mnie do siebie. - Jestem pod wrażeniem, dopięłaś swego. Cieszysz się? - Puścił mnie i uśmiechnął się szeroko.
- Jak nigdy w życiu, co prawda rola wpadła mi w ręce przez przypadek, ale zawsze to jakiś sukces - odpowiedziałam radośnie.
- Co to znaczy, że dopięłaś swego? - zapytał pospiesznie Nataniel.
- Ja... - Zrobiłam się czerwona jak burak.
- Mama Renn obiecała wpaść, więc żeby zrobić jej niespodziankę, kochana córeczka, zawzięcie pracowała na główną role - odpowiedział za mnie Sam i poczochrał mnie po włosach.
- Naprawdę?! - zawołał zdumiony blondyn.
- Jestem pod wrażeniem. - Lysander z uznaniem kiwnął głową.
Kastiel nic nie powiedział, tylko na mnie spojrzał. Nie mam pojęcia, o co mu mogło chodzić.
- A jak wam się podobają wasze role? - zapytałam, aby szybko zmienić temat.
- Mogło być gorzej - westchnął Kastiel. - Liczę na to, że się nie przemęczę. - Uśmiechnął się w ten  swój sposób.
- Dostałem małą rolę, ale zagram ją najlepiej jak tylko mogę - obiecał uroczyście Lysander.
- Mój tata nieźle się zdziwi, jak zobaczy smoka. Jestem pewien, że Rozalia uszyje całkiem niezły kostium - powiedział Sam z entuzjazmem.
- A ty, Nataniel, co sądzisz o roli Księcia? - zapytałam go uprzejmie.
- Mogło być lepiej - mruknął. - Ciesze się, że Amber nie zagra Księżniczki, ale sam też chętnie bym się zamienił - wytłumaczył bez emocji.
- Jesteś zawiedziony? - dopytałam starając się nie wyglądać na urażoną.
- Oho, nadciąga kataklizm! - zawołał Kastiel.
Spojrzałam na niego, a potem w stronę gdzie sam spoglądał. W naszym kierunku, szybkim krokiem, nadciągała Rozalia, ona i jej cudowny szkicownik.
- Porywam ją! - rzuciła do chłopaków, po czym  bezceremonialnie chwyciła mnie za ramię i zaciągnęła do ogrodu. - I jak się czujesz po dostaniu głównej roli? - zapytała z entuzjazmem.
- Emm... Raczej dobrze, jestem zadowolona - odpowiedziałam radośnie.
- Od początku wiedziałam, że dostaniesz najlepszą rolę. Nawet szepnęłam kilka słów panu Farazowskiemu o tym jak ciężko pracujesz. - Wyprostowała się dumnie.
- Dzięki? - Zrobiłam zmieszaną minę.
- W każdym razie, masz jakieś specjalne życzenia odnośnie stroju? Konkretna długość, rękawy? - pytała z wielkim zainteresowaniem.
- Niekoniecznie, zdaje się na ciebie. - Uśmiechnęłam się przyjaźnie.
- To dobrze, mam już kilka ciekawych pomysłów. - Rozalia rozpromieniła się słysząc moją odpowiedź. - W takim razie idę do pracy! - krzyknęła i pobiegła z powrotem do szkoły.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową. Ona nigdy się nie zmieni.
Końcówka dnia upłynęła mi na wymienianiu swoich odczuć z innymi. W większości klasa była nastawiona do projektu bardzo pozytywnie, tylko Amber dalej zgrywała obrażone dziecko. Nie mogę powiedzieć, że obchodził mnie jej problem. To była wystarczająca zemsta, za to, co mi zrobiła wcześniej.
Następnego dnia deszcz padał jeszcze mocniej i jeszcze dłużej, taka pogoda utrzymywała się cały weekend. W poniedziałek trochę się polepszyło, ale tylko troszkę. Byłam na swoim jedynym okienku i postanowiłam wpaść do Rozalii, żeby wreszcie zdjęła ze mnie miarę.
Zajrzałam do swojej szafki, odłożyłam niepotrzebne rzeczy i porządnie ją zamknęłam. Niespiesznym krokiem szłam w kierunku sali biologicznej, gdy nagle tuż przede mną otworzyły się drzwi. Mając doświadczenie w takich sprawach cofnęłam się o krok by z nich nie dostać. Z sali B wypadła rozwścieczona Amber.
- Porozmawiam o tym z dyrektorką, jeszcze zobaczysz! - krzyknęła rozwścieczona i pognała gdzieś jak burza.
Usłyszałam ciężkie westchnięcie. Bez zastanowienia zajrzałam do środka.
- Podsłuchiwałaś? - zapytał Nataniel z dezaprobatą.
- Nie! - Spojrzałam na niego urażona. - Po prostu przechodziłam, kiedy nieomal nie pocałowałam drzwi - wytłumaczyłam mu z obrażoną miną.
- Przepraszam - powiedział już łagodniej. - Przez nią jestem poddenerwowany.
- Widać - stwierdziłam zgodnie z prawdą. - O co cię tak męczy? - zapytałam zaciekawiona.
Nataniel rzucił mi spojrzenie pełne dezaprobaty, po raz drugi.
- Prawie oberwałam z drzwi, więc chyba mogę się spytać! - Rzuciłam mu spojrzenie pełne wyrzutu.
- Dobra. - Westchnął ciężko. - Amber uważa, że jako główny gospodarz mogę wszystko, więc postanowiła mnie wykorzystać. Moja głupia siostra myśli, że mam jakiś wpływ na rozdanie ról albo na całe przedstawienie - mówił rozgoryczony. - A prawda jest taka, że jestem uczniem jak wszyscy inni i nic mi do tego. Gdybym miał taką możliwość to chętnie zmieniłbym swoją własną rolę, ale nie mam. - Zerknął na mnie, był mocno przybity.
- Czyli jednak jesteś zawiedziony? - zapytałam skrzętnie ukrywając jak mnie to zabolało.
- Tak, zdecydowanie tak - odpowiedział szczerze.
- Wolałeś zagrać z kimś innym? - Spojrzałam na sufit, żeby nie zobaczył mojej rozczarowanej miny.
- Nie! Wcale! - zaprzeczył szybko. - Nic nie mam do ciebie, ani twojej roli. To po prostu ta historia... W ogóle nie przemawia do mnie, jest strasznie oklepana i mało wiarygodna - tłumaczył się niezręcznie.
- Spokojnie - przerwałam mu delikatnie. - Nie ma sprawy, ja też nie za bardzo chcę wystawiać "Śpiącą Królewnę", ale nie mamy wyboru. - Uśmiechnęłam się radośnie. - A teraz, jeśli pozwolisz muszę cię opuścić. - Puściłam mu oczko i wyszłam przez otwarte drzwi.
- Zaczekaj! Dokąd idziesz? - Wypadł za mną z sali.
- Na zdjęcie miary. - Kciukiem wskazałam kierunek, gdzie jest klatka schodowa. - Muszę to załatwić teraz, bo potem mogę nie mieć czasu.
- Poczekaj, pójdę z tobą. - Nataniel ponownie wpadł do sali po swoje rzeczy. - Im szybciej to załatwię, tym lepiej. - Wrócił do mnie z uśmiechem na ustach. - Chodź. - Zaczęliśmy szybko pokonywać korytarz.
- Tak poza tym, nie powiedziałeś mi jeszcze, co sądzisz o roli Amber - zagaiłam przyjaźnie.
- Myślę, że zasłużyła sobie na to - odpowiedział z ociąganiem chłopak. - Za bardzo wybrzydzała, nie dziwie się, że pan Borys tak ją potraktował. Do tego wypadłaś od niej sto razy lepiej! - pochwalił mnie żarliwie. - A co ty o tym myślisz? - zapytał uprzejmie.
- Myślę, że karma zaczęła do niej wracać. - Uśmiechnęłam się złośliwie. - To zemsta świata, za to, że zamknęła mnie w piwnicy. - Przytaknęłam sobie.
- Co zrobiła?! - zapytał zaskoczony Nataniel.
Szybko streściłam mu co się działo przed przesłuchaniem.
- Mój Boże, bardzo cię za nią przepraszam! Nie miałem pojęcia, że jest zdolna do czegoś takiego! - Nataniel był w wielkim szoku.
- Naprawdę? Myślałam, że Sam wam o tym powiedział. - Zrobiłam wielkie oczy ze zdziwienia .
Nataniel pokręcił przecząco głową.
- Hej, gdzie idziecie? - zapytał jakiś dziewczęcy głos.
Jak na komendę obróciliśmy się w jego stronę i zobaczyliśmy Melanię.
- Idziemy na zdjęcie miary - odpowiedział grzecznie Nataniel. - A ty co robisz?
- Właściwie to nic, ale może razem pójdziemy do Rozalii? - zaproponowała ochoczo Melania i posłała mi błagające spojrzenie.
- Pewnie! - zgodziłam się od razu. - We trójkę zawsze raźniej. - Uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie.
Nataniel spojrzał na mnie z zawodem wymalowanym na twarzy. Puściłam do niego oczko i zachichotałam pod nosem.
Szliśmy w absolutnej ciszy, dopóki Melania nie zapytała blondyna o jego rodziców. Niestety nieświadomie wpadła na minę. Nataniel tylko wymamrotał coś pod nosem i zamilkł. Ostatnie metry przeszliśmy w niezręcznej ciszy. Z tego co wywnioskowałam chłopak miał naprawdę ciężko, starał się jak mógł, a jego rodzice i tak wytykali mu wszystkie błędy. Biedak.
Wreszcie całą trójką przekroczyliśmy próg sali biologicznej, w środku była Rozalia i Kastiel, z którego właśnie zdejmowała miarę. Nataniel stanął jak wryty.
- Może ja wpadnę później. - Zaczął cofać się do wyjścia.
- Stój tam, gdzie stoisz - rozkazała mu Roza tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Stąd nie ma ucieczki - szepnęłam do niego.
Blondyn spojrzał na mnie z lekkim rozbawieniem. W odpowiedzi wyszczerzyłam zęby w wielkim uśmiechu.
- Jesteś pewny? Nie czujesz presji? - zapytał zawadiacko Kastiel.
- Niby jakiej? - odpowiedział pytaniem na pytanie z kamiennym wyrazem twarzy.
- W twoim wypadku mierzenie się po mnie to istne samobójstwo. - Rudzielec uśmiechnął się przebiegle.
- Nie zapędzaj się tak - ostrzegła go Rozalia. - Nie jesteś taki wspaniały jak ci się wydaje. Dla przykładu Leo ma zdecydowanie lepszą formę - powiedziała z dumą.
- Nie masz tu nic do gadania - warknął Kastiel do dziewczyny. - To twój chłopak, zawsze będziesz po jego stronie. - Wzruszył ramionami.
Rozalia spojrzała na niego z rozdrażnieniem, po czym przeniosła wzrok na całą naszą trójkę.
- A wy co tak stoicie? Siadać! - rozkazała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Razem z Melanią usiadłyśmy na ławce, a Nataniel przystanął obok nas. Jego twarz nadal nie wyrażała żadnych emocji, tylko po oczach było widać, że jest zły.
- Spokojnie, Nataniel, będzie dobrze - pocieszyła go brunetka.
- Słyszysz, Nataniel? Będzie dobrze - zakpił z niej Kastiel.
- Cicho! - warknęła białowłosa i mocno zacisnęła centymetr wokół talii chłopaka.
- Hej! Uważaj! - krzyknął rozzłoszczony rudzielec.
- To się zamknij! - odwarknęła mu Rozalia.
- Rozalio, spokojnie - starałam się okiełznać jej gniew. - Może nie jest ważny dla przedstawienia, ale ze zmiażdżonymi wnętrznościami na nic się nie przyda. - Zaśmiałam się.
- Uszkodzę go, tylko troszkę - obiecała moja przyjaciółka ze złośliwym uśmieszkiem.
- Znasz moją role? - zapytał zdziwiony Kastiel.
- Och, czyżbyś się dąsał, bo nie zostałeś jej księciem z bajki? - zapytał Nataniel, a w jego głosie można było wyczuć dużą dozę złośliwości.
- Chwalę niebiosa, że nie muszę być jej księciem z bajki, ty o wiele lepiej nadajesz się do roli takiego idioty - zripostował Kastiel i uśmiechnął się chłodno.
- Czego nie zrozumiałeś, kiedy powiedziałam, że masz być cicho?! - Rozalia po raz kolejny mocno zacisnęła centymetr na talii chłopaka.
- Przestaniesz w końcu?! - krzyknął na nią ze złością. - Długo to jeszcze potrwa?!
- Chwile - odpowiedziała spokojnie Roza.
Minęła minuta niezręcznej ciszy, aż w końcu Rozalia skończyła z Kastielem, który od razu wyszedł z klasy. Napięcie zniknęło.
- Kastiel ma strasznie nieprzyjemny charakter - poskarżyła się Melania.
- Taki już jest. - Wzruszyłam ramionami. - I nic na to nie poradzisz.
- To żadna wymówka! - Spojrzała na mnie z oburzeniem. - Nie powinien się tak zwracać do Nataniela, to nie do przyjęcia! - orzekła stanowczo.
- Po prostu się nie znoszą - wytłumaczyłam jej. - Unikają się jak tylko mogą, ale to nie zawsze działa.
- To nie...
- Nie wszyscy muszą się uwielbiać! - warknęłam poddenerwowana.
- Może zamiast rozmawiać o naszej księżniczce zaczniemy zdejmować miarę z ciebie? - interweniowała Rozalia i chwyciła Nataniela za ramię.
Po raz kolejny zapadła cisza, która trwała przez kilka minut.
- Czuje się zazdrosna! - zawołała nagle Roza. - Z twoimi wymiarami mogłabym robić za modelkę. - Zrobiła naburmuszoną mine.
Razem z Melanią zaczęłyśmy się śmiać.
- Nie zmyślaj! - krzyknął zdegustowany chłopak. - A wy przestańcie w tej chwili!
Melania prawie natychmiast zamilkła, ale ja śmiałam się jeszcze dobrą minute.
Kilka minut potem Rozalia skończyła zdejmować miarę z blondyna. Nataniel pożegnał się zdawkowo i natychmiast opuścił sale, Melania wyszła zaraz po nim.
- Chodź tu! - Rozalia skinęła na mnie palcem.
- Tak jest! - Poderwałam się energicznie z miejsca.
Roza zdjęła ze mnie miarę i pożegnała życzliwie. Chętnie bym została, ale wpadło jeszcze parę osób, więc tylko bym jej zawadzała. Postanowiłam przenieść się do sali A, w końcu to tam miała się odbyć nasza ostatnia lekcja. Jutro mieliśmy mieć naszą pierwszą próbę. Trochę obawiam się jak nasi nauczyciele pozmieniali oryginalną sztukę. Mam nadzieje, że nie zrobili niczego głupiego.
Szłam tak zamyślona przed siebie, aż dotarłam do schodów i o coś się potknęłam. W ostatniej chwili złapałam równowagę.
- Renn! - zawołał ktoś za mną. - Nic ci nie jest? - zapytała z troską jakaś dziewczyna.
Odwróciła się chwiejnie w jej stronę.
- Nie martw się Iris, żyję. - Uśmiechnęłam się szeroko na potwierdzenie moich słów.
- Tak strasznie przepraszam! - krzyknęła przejęta. - Kompletnie zapomniałam o tym pudle - tłumaczyła rozedrganym głosem.
- Spokojnie, to nic takiego. - Położyłam rękę na jej ramieniu w uspokajającym geście. - Ale następnym razem powinnaś bardziej uważać.
- Tak zrobię! - obiecała żarliwie.
- A tak w ogóle, co w tym było? - Spojrzałam z ciekawością na zgnieciony karton.
- Puszki z farbą. - Iris zarumieniła się lekko.
- Już pracujecie nad dekoracjami? - zapytałam zaciekawiona.
- Ta-tak, postanowiłyśmy zrobić coś podobnego do scenerii w bajce. Violetta jest bardzo uzdolniona, dlatego idzie nam całkiem nieźle - pochwaliła się z dumą.
- A z czego będą dekoracje? - wypytywałam ją dalej.
- Postanowiłyśmy, że zrobimy je z kartonów. To nie najlepszy materiał, strasznie się chwieje i bardzo łatwo go zniszczyć, ale jest go dużo. - Uśmiechnęła się nieśmiało.
- Rozumiem - przytaknęłam poważnie. - Życzę powodzenia i uważaj na swoje rzeczy. - Uśmiechnęłam się życzliwie i ruszyłam w dół po schodach. Przez resztę dnia nie wydarzyło się już nic ciekawego, nawet w pracy wiało nudą.
Prawdziwy cyrk rozpoczął się następnego dnia. Od samego rana, kiedy tylko przekroczyłam próg szkoły usłyszałam imię Amber. Wszyscy o niej rozmawiali. Zdziwiona poszłam do sali, a tam tłum osób kłębił się przy Iris.
- Nie chciałam, tak strasznie mi przykro! - mówiła rozgorączkowana dziewczyna.
- Spokojnie, każdemu mogło się zdarzyć - pocieszył ją Sam.
- Ale... Gdybym o nich nie zapomniała... - Iris zarumieniła się zdenerwowana.
- Nataniel mówił, że to nieszczęśliwy wypadek. - Sam opiekuńczo otoczył rudowłosą ramieniem.
Uśmiechnęłam się pod nosem, Sam jest dobry na wszystko. Chyłkiem wyszłam na zewnątrz i akurat wpadłam na Kim, która skręcała się ze śmiechu.
- Coś się stało? - zapytałam zdziwiona.
- Widziałaś już Amber? - wykrztusiła z siebie roześmiana.
- Nie, nie miałam okazji - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Żałuj! Iris zrobiła głupotę i zdarzył się mały wypadek - opowiadała już normalniejszym, bardziej opanowanym głosem.
- Czekaj, co? Jaką głupotę, o co chodzi? - przerwałam jej gwałtownie i zasypałam pytaniami.
- Iris i Violetta chciały popracować rano nad dekoracjami, więc zabrały farby z sali plastycznej i zeszły do piwnicy...
- Czy Iris zostawiła puszki z farbą na schodach? - kolejny raz przerwałam Kim.
- Nie, zostawiła OTWARTE puszki z farbą na schodach. - Kim uśmiechnęła się wesoło. - A Blondi ich nie zauważyła. Wpadła na nie i cała farba wylała się na nią. - Kim zaczęła znowu chichotać.
Po chwili sama do niej dołączyłam.
Samą Amber spotkałam później, ponieważ dopiero przed próbą wyszła ze swojej nory. Nie wyglądała jakoś źle, miała na sobie swój strój gimnastyczny, farba musiała zniszczyła jej ubrania, ale jej włosy to była tragedia! Na długich blond włosach było pełno niebieskich i różowych plam.
- Co będziesz się teraz śmiać?! - zapytała rozwścieczona.
- Nie - odpowiedziałam spokojnie. - Jestem przekonana, że zło, które wyrządziłaś, właśnie do ciebie wraca. - Wzruszyłam ramionami i usiadłam na trybunach.
- Co?! - krzyknęła za mną rozeźlona Amber.
Zignorowałam ją i przysiadłam się do Sama.
- Dzień dobry! - zawołał pan Farazowski, który najwyraźniej prowadził dzisiejsze zajęcia. - Mamy przed sobą wiele pracy, po pierwsze oto nowy scenariusz. - Nasz nauczyciel uniósł w górę niewielki plik kartek.
W tym samym czasie Nataniel i Melania rozdali nam nasze egzemplarze.
- W wielkim skrócie, możecie pozmieniać niektóre dialogi, ale nie będziemy dodawać innych scen, postaci i rekwizytów. Rozumiecie? - Powiódł wzrokiem po wszystkich swoich uczniach.
- Tak! - krzyknęliśmy jednocześnie.
- Świetnie, Melanio czy możesz zacząć czytać tekst? - poprosił uprzejmie nasz wychowawca.
- Oczywiście - odpowiedziała grzecznie przewodnicząca i zaczęła czytać scenariusz, głośno i wyraźnie.
Szybko sięgnęłam z torby ołówek i zaczęłam śledzić tekst. Dobrnęliśmy do momentu, gdzie pojawia się wiedźma. Nagle wtrącił się Armin:
- W naszej wersji Maleficent będzie facetem! - oznajmił zdecydowanie.
- Tak bardzo przeszkadza ci rola żeńska? - zapytała go Kim, wyglądała na rozbawioną.
- Nie, po prostu nie chcę, żeby do końca roku wszyscy się ze mnie nabijali. - Zrobił markotną minę.
- Ale... Nikt nie ma zamiaru się z ciebie śmiać - zapewniła go zarumieniona Iris.
- A on?! - Zdenerwowany Armin wskazał na uśmiechniętego Kastiela.
- Pff, jakbym chciał... - powiedział głosem niewiniątka i z szatańskim uśmieszkiem na ustach.
- Dobrze, czy ktoś jest przeciwko? - przerwał nam pan Farazowski.
Nikt się nie zgłosił.
- W takim razie Maleficent zostaje mężczyznom.
Melania zaczęła czytać dalej.
Tym razem przerwał jej Nataniel w miejscu, gdzie królowie planują ślub własnych dzieci.
- Nie możemy tego wyciąć? - zapytał grzecznym tonem. - Znając życie Kastiel tak klepnie mnie w ramię, że wyląduje na deskach.
- Pff, jakbym chciał...
- Chciałbyś, i to bardzo - Spojrzałam na niego z rozbawieniem w oczach.
- Moi drodzy! - zawołał oburzony pedagog. - Jestem przekonany, że Kastiel by tego nie zrobił!
- Chociaż pan we mnie wierzy - powiedział rudzielec siląc się na dramatyzm. - Nie to, co inni. - Spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Ja też w ciebie wierzę! - krzyknęła z pasją Amber.
- Aha - mruknął i kompletnie ją olał.
- Czy już mogę? - zapytała niezadowolona Melania i zaczęła czytać dalej.
Byliśmy w momencie spotkania Księcia i Księżniczki. Po raz kolejny wtrącił się Nataniel, czerwony jak burak:
- To głupie! - zawołał niemrawo. - Dlaczego Książę łapie ją za rękę? To nie ma sensu! Powinniśmy to zmienić! - zażądał zdecydowanie.
- W tym momencie się w sobie zakochują, niby co mają zrobić?! - zapytała oburzona Peggy. - Stać i gapić się sobie w oczy? - zapytała z nieprzekonaną miną.
- Na przykład! - przytaknął jej gorliwie blondyn.
- To nie ma sensu! - krzyknęła rozeźlona.
- Racja - przytaknęłam jej zamyślona. - Mi z kolei nie pasuje kwestia samej Księżniczki - oznajmiłam bez ogródek.
- Co ci się nie podoba?! - zapytała ostro.
- Wiesz tekst „Nigdy wcześniej nie poczułam czegoś takiego.” jakoś do mnie nie przemawia. - Rzuciłam jej wymowne spojrzenie z nad kartki. - Nie mogłabym powiedzieć czegoś w stylu „Chyba się zakochałam!”? - zaproponowałam z nadzieją w głosie.
- Przynajmniej byłoby zabawnie! - Kim zachichotała pod nosem. - Już lubię te Księżniczkę.
- Co?! Ale... Jesteś pewna? - zapytał mnie przerażony Nataniel, zrobił się jeszcze czerwieńszy niż zwykle.
- Jasne - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Czy komuś to przeszkadza? - zapytał pan Farazowski, a kiedy nikt się nie zgłosił dodał: - W takim razie kwestia zostaje zmieniona.
Zanotowałam zmianę, a Melania zaczęła czytać. Ponownie wtrąciłam się ja.
- Dlaczego Księżniczka musi sama ukłuć się wrzecionem? - zapytałam z pretensją w głosie.
- Ciąży na niej klątwa - wyjaśniła mi nieśmiało Violetta.
- Tak wiem, ale to idiotyczne z jej strony! - zawołałam oburzona. - Zamiast tego, jakiś hałas mógłby ją wystraszyć. Wtedy cofnie się o krok i przypadkiem nadzieje na wrzeciono - wytłumaczyłam całej klasie, co mam na myśli.
- O jaki hałas ci chodzi? - zapytała konkretnie Melania.
- Czy ja wiem... - Zamyśliłam się na chwilę. - Ktoś zza sceny może zamiauczeć lub zaszczekać, albo uderzyć w coś na przykład garnek - zaproponowałam nieśmiało.
- Ok, w takim razie uderzymy w talerz z sali muzycznej - obiecał Sam.
- Ktoś jest przeciwko?
Nikt nic nie powiedział.
- W takim razie zapiszcie tę zmianę.
Dalej wszystko potoczyło się bez przeszkód, aż dotarliśmy do sceny pocałunku, atmosfera stała się niezręczna.
- Powinniśmy usunąć te scenę - zadecydował Nataniel.
- To najważniejsza część historii! - zaprzeczyłam żarliwie. - Nie możemy jej wyciąć!
- Tak bardzo przywiązałaś się do tego buziaka? - zapytał sarkastycznie Kastiel.
- Nie! - Posłałam mu mordercze spojrzenie. - Po prostu nie mamy jak jej zastąpić! - wytłumaczyłam zawstydzona.
Rozpoczęła się gorliwa dyskusja na ten temat. Część klasy chciała usunąć pocałunek, a druga część chciała go zostawić. Naszą kłótnie przerwał wychowawca:
- Dość!!! - krzyknął najgłośniej jak tylko mógł. - Scena z pocałunkiem jest obowiązkowa, ale nie martwcie się to pocałunek sceniczny. W momencie kiedy Książę ma pocałować Księżniczkę Nataniel zdejmie swój kapelusz i zasłoni nim wasze twarze. - Spojrzał na mnie i na niego. - Nikt nic nie zobaczy, a po chwili akacja będzie toczyć się dalej.
Niechętnie Nataniel przystał na ten pomysł.
Później do końca czytania sztuki już nikt nie zgłosił żadnych zmian. Zadzwonił dzwonek i wszyscy rozeszli się w swojej strony. Kończyłam wcześniej, więc ruszyłam do bramy z kapturem naciągniętym na głowę, deszcz był bezlitosny tego dnia.
- Renn, poczekaj! - krzyknęła za mną Rozalia.
- Co jest? - Odwróciłam się w jej stronę.
- Możesz mi pomóc przynieść materiały do szkoły? - zapytała z nadzieją w oczach. - Sama nie dam rady, a od butiku Leo do szkoły jest spory kawał drogi. Dlatego pomyślałam, że może masz ochotę wstać trochę wcześniej i pomóc swojej ukochanej przyjaciółce? - Uśmiechnęła się przymilnie.
- Pewnie, nie ma problemu. Chociaż we dwie możemy temu nie podołać - zauważyłam z obawą.
- Spokojnie, poprosiłam jeszcze parę osób - uspokoiła mnie Rozalia. - Jak coś, to przyjdź o siódmej pod sklep, tam się spotkamy.
- Ok. - Uśmiechnęłam się radośnie. - Do zobaczenia jutro - pożegnałam ją uprzejmie i poszłam w stronę domu.
Następnego dnia wstałam zdecydowanie wcześniej, nie dlatego, że budzik mnie obudził. Zrobiły to moje psy, a dokładniej Ares, który postanowił zepchnąć mnie z własnego łóżka! Wstałam, więc z potwornie złym humorem, do tego cały czas padał ten cholerny deszcz. Wyszykowałam się, ubrałam nową, cieplejszą, czarną kurtkę z kapturem i ruszyłam na pomoc Rozalii.
Mój zły humor zniknął bez śladu kiedy zobaczyłam pod butikiem Lysandra, Alexy'ego, Kim i Violettę. Rozejrzałam się wokół, ale nigdzie nie zauważyłam swojej przyjaciółki.
- Cześć wam - przywitałam się ze wszystkim.
- Renn! - Alexy przytulił mnie mocno do siebie.
- Rozalia, również poprosiła cię o pomoc? - zapytał rzeczowo Lysander.
- Tak, nawet zapytała mnie o zdanie - pochwaliłam się z dumą.
- Mnie poprosił Leo, więc uniknąłem rozmowy z nią - oznajmił Lysander z ulgą malującą się na twarzy.
- Czyli tylko my dwie zostałyśmy do tego zmuszone?! - zapytała z rozdrażnieniem Kim pokazując palcem na siebie i Violettę.
- Daj spokój, Rozalia była naprawdę miła - nieśmiało broniła jej Viola.
- Miła? - Spojrzeliśmy po sobie z Lysandrem.
- Jesteś pewna, że rozmawiamy o tej samej osobie? - zapytał chłopak z lekkim uśmiechem.
- Nigdy nie widziałam by była „miła” podczas wygłaszania swoich żądań - dodałam ze złośliwym uśmieszkiem.
Alexy zaczął się śmiać.
- Przepraszam, że musieliście tyle czekać. - Roza wypadła ze sklepu z trzema wielkim belkami materiału. - Ok, to dla ciebie Alexy. - Wpakowała mu materiał w ręce.
Następne trzy belki trafiły do rąk Lysandra, potem dwie dla Kim i jedna dla Violetty.
- A to twoje. - Rozalia podała mi ostatnie dwie belki materiału.
Były cholernie ciężkie i strasznie wielkie, ale jakoś je trzymałam.
Potem Roza zabrała wielką, wyładowaną czymś torbę i wzięła jedną belkę pod pachę.
- Idziemy! - zarządziła.
Wszyscy ruszyliśmy do szkoły.
- Rozalio, na co ci tyle materiału? - Zrównałam się z nią krokiem.
- Mam sporo kostiumów do uszycia, a co? - Spojrzała na mnie z poważnym wyrazem twarzy.
- Nic, tak tylko pytam - odpowiedziałam szybko.
- Ciesz się, że nie brałam materiału zapasowego, bo wtedy nawet samochód by nie wystarczył.
- Boisz się, że coś zniszczysz? - dopytałam nie rozumiejąc, o co jej chodzi.
- Proszę cię - prychnęła. - Ja nie popełniam błędów - powiedziała z wielką pewnością siebie.
Dotarliśmy do szkoły, na korytarzach było sporo ludzi, nikt nie chciał dobrowolnie moknąć. Belki stawały się cięższe z każdym krokiem, do tego materiał był mokry i śliski, tak samo moje ręce. W pewnym momencie zaczęłam walczyć o utrzymanie ich w rękach. Reszta grupy już dawno zostawiła mnie w tyle, więc nikt nie mógłby mnie poratować. W końcu przegrałam tę walkę i jedna z belek wyleciała mi z rąk na klatce schodowej. Chciałam ją złapać, ale nie miałam jak. Pomoc przyszła z piwnicy, Kastiel właśnie wychodził i kiedy zobaczył, co się dzieje odruchowo złapał lecący przedmiot.
- Pff, ale z ciebie niezdara. - Podniósł się z belką w rękach.
- Tak, tak, jestem chodzącym kataklizmem - powiedziałam ironicznie. - A teraz oddaj mi, mój drogi kolego, tą piękną belkę i zgiń w pokoju. - Posłałam mu uśmieszek diabła i lodowate spojrzenie.
- Lub ty, moja ukochana koleżanko, uświadom sobię\e, że to robota nie dla ciebie i oddaj mi drugą belkę, a ja to zaniosę tam, gdzie chcesz. - Uśmiechnął się parszywie.
- Och, oddawaj ten materiał! - krzyknęłam zirytowana.
- Strasznie szybko się irytujesz, to nie dobrze dla twojego zdrowia. - Zrobił przejętą minę.
- Tylko ty tak na mnie działasz! - warknęłam wkurzona.
- Działam na ciebie? - zapytał sugestywnie. Po czym oddał mi belkę materiału.
- Spadaj! - Zarumieniłam się.
- Poza tym jeszcze mi nie podziękowałaś - przypomniał z zadowoleniem.
- Dziękować? Tobie? - Prychnęłam. - Tobie się nie dziękuje! - Rozzłoszczona i zawstydzona zaczęłam wspinać się po schodach.
Dotarłam na piętro i pokonałam ostatnie metry biegiem, na moje szczęście drzwi do sali biologicznej nadal były otwarte.
- Gdzie byłaś? - zapytała Rozalia ostrym tonem.
- Wpadłam na jednego idiotę. - Spojrzałam w bok, żeby uniknąć jej wzroku.
- Ale materiał jest cały tak? - zapytała z przejęciem.
- Tak. - Odłożyłam belki na jedną z ławek. - Człowiek też, jakbyś się o niego martwiłam - dodałam zszokowana jej postawą.
- Ok, super. Dzięki za pomoc, możesz już iść. - Nawet na mnie nie spojrzała zajęta odmierzaniem czegoś.
- Ok, do zobaczenia - mruknęłam i wyszłam przed salę.
Nie uszłam kilku kroków, kiedy zaczepiła mnie rozanielona dyrektorka.
- Panno Perry, nie widziała pani przypadkiem Kastiela? - zapytała uprzejmie.
- Nie... Znaczy tak... Była na parterze - odpowiedziałam zaskoczona i skołowana. - Czego pani od niego potrzebuję? - zapytałam najgrzeczniej jak umiałam.
- Mam mu do przekazania dobre wieści - odpowiedziała tajemniczo i zeszła po schodach.
Zdziwiona stałam przez chwilę w bezruchu. Dlaczego dyrka była miła?! Ona nigdy nie jest miła i nigdy nie ma żadnych dobrych wieści, zwłaszcza dla Kastiela! Rozmyślałam nad tym długo, a na końcu postanowiłam machnąć na to ręką, przecież ta sprawa mnie nie dotyczy.
Postanowiłam wrócić pod sale i przy okazji zabrać kilka podręczników z szafki. Tłum był jeszcze większy niż ostatnio, z ledwością przecisnęłam się do swojej własności. Otworzyłam ją, błyskawicznie przeszukałam i z podręcznikiem w ręku uciekłam w kierunku sali. Po drodze jednak spotkałam radosnego Nataniel, co było jeszcze dziwniejszym widokiem niż rozanielona dyrektorka. Od kiedy chłopak dostał role księcia chodził wiecznie nabzdyczony, a dziś był radosny jak skowronek.
- Hej, Nataniel! - przywitałam go radośnie.
- Och, cześć, Renn - odpowiedział mi tym samy i jeszcze bardziej się uśmiechnął, choć wczoraj nie był w stanie na mnie spojrzeć.
- Wiesz, może o co chodzi dyrektorce? - zapytałam zmieszana, ale i zaciekawiona.
- W sensie? Coś z nią nie tak? - Nataniel spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Szukała Kastiela... I miała dla niego dobre wieści! - szepnęłam konspiracyjnie.
- Dlaczego szepczesz? - zapytał ze śmiechem. - To chyba dobrze, nie? Przynajmniej w jego przypadku - powiedział złośliwym tonem.
- Nigdy sobie nie odpuszczacie, co? - Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Nie! - Uśmiechnął się szeroko. - Ale prawdopodobnie znajdziesz go na dziedzińcu.
Zostawił mnie z tymi słowami i zniknął w tłumie.
Zastanawiałam się krótką chwilę, aż zdecydowałam, że zerknę na dziedziniec, tak dla pewności. Wyszłam na zewnątrz i zobaczyła jak Kastiel wali pięściami w drzewo w strugach deszczu.
- Kurwa mać!!! - krzyczał najgłośniej jak mógł. Z daleka można było wyczuć poziom jego ogromnego gniewu.
W pierwszym odruchu przestraszyłam się go, wiele razy byłam świadkiem jego gniewu, ale nigdy nie widziałam, aby osiągnął on taki poziom. Po długim zastanowieniu postanowiłam podejść do tego w sposób rozsądny i wygadany, zagrać na jego gniewie, a następnie rozładować całe napięcie. Zaczęłam iść w jego stronę i od połowy dziedzińca krzyknęłam rozkazującym tonem:
- Zostaw to biedne drzewo!
- Czego?! - Chłopak odwrócił się gwałtownie w moją stronę. Na chwilę zamarł ze zdziwienia, a potem nakazał mi pełnym gniewu głosem: - Spadaj stąd! Nie mam ochoty się na ciebie gapić!
- Nikt ci nie każe - odpowiedziałam spokojnie. - Chciałabym tylko poznać powód twojego ogromnego, przepotężnego zagniewania. - Spojrzałam na niego najdelikatniej jak mogłam.
- Zostaw mnie! Nie potrzebuje twojego współczucia! - Moja taktyka rozzłościła go jeszcze bardziej.
- Jak mam ci współczuć skoro nie wiem, o co chodzi? - zapytałam beznamiętnym tonem, a moje spojrzenie stwardniało.
- Musisz to robić?! - zapytał wkurzony.
- Co takiego?
- Wtykać swój cholerny nos w nieswoje sprawy!!! - krzyknął zirytowany. - Zawsze to robisz, zawsze kiedy jestem porządnie wkurwiony i chcę pobyć sam!!! Zawsze musisz pojawić się znikąd i głosić swoje pierdoły!!! Nigdy nie mogę rozwiązać tego na swój sposób, przywalić komuś pięściom w nos albo...
- Zmasakrować drzewo? - podrzuciłam bez cienia rozbawienia.
- Widzisz?! Robisz dokładnie to, o czym mówiłem!!! Kiedy cię nie było wszystko było prostsze!!! - Rzucił mi przerażające spojrzenie.
- Sięganie po przemoc zawsze jest łatwiejsze, niż normalne rozmawianie. - Nie ugięłam się przed jego wzrokiem i spojrzałam śmiało w jego oczy.
Nasze spojrzenia się skrzyżowały, za chwilę dowiemy się które z nas wygra.
- Czy nie mówiłem ci już, żebyś spier...
- Tak, tylko grzeczniej - przerwałam mu bezceremonialnie.
- W takim razie IDŹ STĄD!!! - Zdenerwowany do granic możliwości zamachnął się na mnie pięścią, która chwilę później zatrzymać się centymetr od mojego nosa.
Trwaliśmy tak w dziwnym bezruchu, on z pięścią przed moją twarzą, ja patrząc ze śmiałością w jego oczy. Po długim oczekiwaniu pięść opadła, wygrałam.
- Naprawdę jesteś nieźle porąbana - stwierdził beznamiętnie Kastiel.
- Ciągle nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - Zaryzykowałam i pozwoliłam sobie na zuchwały uśmieszek.
- A co mam ci powiedzieć? - zapytał z goryczą rudzielec. - Że ta stara... Że przekonała moich starych do przyjazdu na dni otwarte? To chcesz wiedzieć?! - Spojrzał na mnie zdenerwowany.
- Tak, dokładnie to chciałam usłyszeć - przytaknęłam mu z kamienną twarzą. - Skoro wyładowałeś już swój gniew, to możesz mi powiedzieć co jest z tym nie tak? - poprosiłam bezbarwnym głosem.
- Wszystko jest z tym nie tak! Obiecali, że ich nie będzie, a jednak w ostatniej chwili magicznie zmienili zdanie!!! - Sapnął gniewnie.
- To normalne, że chcą cię zobaczyć. Rzadko się widujecie, a im musi bardzo ciebie brakować, w końcu są twoimi rodzicami - powiedziałam miękko.
- Nie rozumiesz... - Złapał się za nasadę nosa. - Obiecali, że ich nie będzie. Nienawidzę kiedy ktoś mi coś obiecuję, a potem łamie dane słowo. To nie fair, samemu jest mi cudownie, nie chcę ich tu! - tłumaczył mi roztrzęsionym głosem.
- A ja myślę, że jednak chcesz. - Spojrzałam na niego zatroskana. - Gdzieś tam, w środku, cieszysz się, że przyjadą i znowu pobędziecie chwilę razem.
- Czy nie mówiłem ci przypadkiem, że masz spadać? - zapytał z uśmieszkiem.
- Tak, nawet nie raz. - Odwróciłam się żeby odejść, ale przez ramię powiedziałam jeszcze: - Wiesz, czasem warto z kimś pogadać. To nie jest aż tak trudne.
Ja i Kastiel opuściliśmy pierwszą lekcję, byliśmy zbyt mokrzy i za bardzo spóźnieni, ale do końca dnia byliśmy obecni na każdej pozostałej godzinie.

Sam
Od kiedy Rena uspokoiła Kastiela minął tydzień. Tydzień wypełniony solidną porcją pracy. Udało nam się wymyślić rozrywkę dla rodziców, którą będą podchody. Na szczęście nie musimy zająć się ich organizacją, zrobią to nauczyciele.
W tym samym czasie cała klasa ciężko pracowała nad naszą sztuką. Iris i Violetta zdążyły zrobić już szkice dekoracji, Rozalia i Alexy zaczęli szyć kostiumy. Za to sami aktorzy już pod koniec tygodnia wzięli się za powtarzanie tekstu, dzięki czemu powoli przestajemy używać skryptów. Czuję, że przedstawienie wyjdzie świetnie.

Renn
Podeszłam do Sama na palcach i zajrzałam mu przez ramie.
- Znowu się czegoś uczysz? - zapytałam lekko rozbawiona.
- Nie - odpowiedział szybko i speszony schowała swój zeszyt.
- To dobrze, za chwilę próba - przypomniałam mu matczynym głosem.
- Racja, powinniśmy iść na sale. - Chwycił swoje rzeczy i zerwał się z miejsca.
- Straszny nerwus z ciebie - zauważyłam ze śmiechem.
Sam nic nie odpowiedział, tylko szybkim krokiem pomaszerował do sali gimnastycznej. Ze śmiechem pobiegłam za nim.
Cała radość uleciała, gdy weszliśmy do środka. Nikt nie ćwiczył, wszyscy obserwowali kłócących się Kastiela i Nataniela. Oczywiście nikt nie mógł zainterweniować, bo zły Kastiel to niebezpieczny Kastiel.
- Lysander, co się tutaj dzieje? - zapytałam go zdumiona cała sytuacją.
- Dyrektorka przekonała rodziców Kastiela, aby się tu pojawili...
- Tak, wiem - przerwałam mu rozgorączkowana.
- No, więc właśnie okazało się, że to Nataniel nalegał, żeby dyrektorka to zrobiła. - Lysander uśmiechnął się bez przekonania.
- Aha, Kastiel się o tym dowiedział i wkurzył na maksa - dopowiedziałam sobie resztę. - Świetnie, potrzymaj mi to. - Podałam chłopakowi moją torbę, a sama ruszyłam jak czołg w kierunku awanturników.
- Co się tutaj wyprawia?! - zapytał zirytowany pan Borys, który właśnie wszedł na salę.
Zatrzymałam się w pół kroku, a chłopcy zamilkli.
- Ta sztuka nie wymaga krzyku! Proszę bardzo, wracamy do pracy! - zarządził zdenerwowany pedagog.
Pod nadzorem Pana Borysa zaczęliśmy probe, dał nam kilka wskazówek jak zmieniać sceny. Nasze suflerki podpowiadały tekst każdemu, kto go zapomniał. I mimo, że Nataniel i Kastiel oddalili się od siebie na bezpieczną odległość rudzielec zabijał wzrokiem blondyna.
Próba dobiegła końca i wszyscy rozeszli się w swoje strony, ale to ni był koniec złych wiadomości czy raczej dziwnych wiadomości.
Jak zwykle postanowiłam zajrzeć do swojej szafki i wymienić kilka książek, jednak po drodze spotkałam Alexy'ego i Rozalię. Szli gdzieś z grobowymi minami, Roza zauważyła mnie i przystanęła.
- Hej, Renn, widziałaś dyrektorkę? - zapytała zmieszana.
- Nie, pewnie siedzi w gabinecie, jak zwykle, a co? - Spojrzałam na nią podejrzliwie.
- Nic, muszę z nią o czymś porozmawiać. - Dziewczyna wyglądała na niepocieszoną. - Przepraszam, to pilne. - Wyminęła mnie i poszła w stronę biura dyrektorki.
Alexy też spróbował mnie wyminąć bez słowa, ale złapałam go za ramię.
- Co jest? - zapytałam zaniepokojona. - Stało się coś? Coś nie tak z kostiumami? - Mój niepokój rósł coraz bardziej.
- Ja... - Chłopak w panice uciekł przed moim spojrzeniem. - Nie mogę ci tego wytłumaczyć! - krzyknął spanikowany i pobiegł za przyjaciółką.
Bardzo mocno się tym zaniepokoiłam, ale postanowiłam dać tej dwójce czas. Zapytam ich o to przy najbliższej okazji.

Sam
Tydzień się skończył, a następny minął nam jeszcze szybciej. Nauczyciele pracowali nad atrakcją dla rodziców, kostiumy i dekorację były już prawie skończone. Za to aktorzy grali już bez tekstów, ani podpowiedzi.
Dzisiaj czekały nas dwie godziny wychowawcze, a na nich omawianie planu drzwi otwartych. Wszedłem do naszej sali, prawie wszyscy już tu byli. Zająłem swoje miejsce, a chwilę później przyszła Renn, była dziwnie nieobecna i zmęczona. Chciałem zagadać i dowiedzieć się co jest nie tak, ale jedno jej spojrzenie powiedziało wszystko „To nic takiego, nie pytaj.”. Nie miałem wyboru, musiałem uszanować jej życzenie. Zresztą, od kiedy ilość pracy w szkolę wzrosła często chodziła niewyspana, tak jak podczas organizacji koncertu. W takich chwilach przypominam sobie, ile ma obowiązków jest na jej głowie, poza szkołą.
Zadzwonił dzwonek i do sali wszedł nasz wychowawca, jak widać nie marnował czasu. Przywitał nas i zaczął omawiać plan. Najpierw rozrysował wszystko na tablicy.
- Widzicie? - zapytał całą klasę.
Każdy skinął głową.
- Od dziewiątej rano zaczniemy przyjmowanie waszych rodziców, będziecie mogli pokazać im kawałek szkoły, a potem na trzydzieści minut przejmie ich nasza pani dyrektor.
Kastiel prychnął niezadowolony.
- Wtedy wy, będziecie mogli przygotować się do przedstawienia - tłumaczył dalej spokojnym głosem pan Farazowski. - Przebrać się w kostiumy, ustawić scenografię i zrobić jeszcze parę technicznych rzeczy. Dokładnie o dziesiątej musicie być już na scenie. Następnie po przedstawieniu rodzice pójdą na zebranie z wychowawcami, to będzie trwało najwyżej trzydzieści minut, nie więcej. Damy wam czas na przebranie się w normalne stroję. Po zakończeniu spotkania z wychowawcą rodzice wrócą do sali gimnastycznej na mały poczęstunek, a następnie równo o dwunastej piętnaście zaczniemy „poszukiwania skarbów” i to tyle. - Uśmiechnął się uprzejmie.
- Strasznie dużo tego wszystkiego - szepnąłem zdziwiony do Renn.
- Ta, oby ten plan wypalił - odpowiedziała z wątpliwością. - Inaczej Fraziu się załamię.
- Na sam koniec, Iris i Violetta mają wam coś do ogłoszenia. Moje drogie, oddaje wam głos. - Wychowawca usiadł za swoim biurkiem.
Dziewczyny wstały z ławek i wyszły na środek sali. Violetta szepnęła coś do Iris, a ta zaczęła mówić:
- Udało nam się skończyć dekorację, możecie zobaczyć je w piwnicy. Będziemy tam na was czekać! - Iris uśmiechnęłam się promiennie.
Jednak jej koleżanka zarumieniła się i szepnęła do niej coś jeszcze.
- Ach, miałam na myśli salę gimnastyczną! - Rudowłosa zarumieniła się zawstydzona własną pomyłką.
Zadzwonił dzwonek i wszyscy zaczęli wychodzić.
- Rena, chcesz iść ze mną? - zaproponowałem jej szybko.
- Jasne, jestem ciekawa jak to wszystko wygląda. - Uśmiechnęła się radośnie.
- Super, to choć! - Chwyciłem ją pod ramię.
- Strasznie się tam spieszysz - zauważyła rozbawiona.
- Niekoniecznie, jestem tylko ciekawy. - Zarumieniłem się lekko.
Rena zaśmiała się, ale zgodnie ruszyła ze mną na salę. Weszliśmy akurat w momencie, kiedy wszystko zostało rozstawione. Iris rozmawiałam o czymś z Violettą, postanowiliśmy się przywitać.
- Cześć, dziewczyny - przywitałem je radośnie.
- Hej, Sam. Hej, Renn - Iris uśmiechnęła się na nasz widok.
- Cześć - mruknęła Violetta.
- Przyszliśmy zobaczyć dekorację - oznajmiła przyjaźnie Rena.
- I już mogę stwierdzić, że wyglądają ekstra. - Wskazałem na dekorację za dziewczynami.
Dekoracja składała się z tła i rzeczy dostawianych do niego, a wszystko było wykonane z kartonu.
Scena za dziewczynami przedstawiała pierwszą scenę sztuki. Tło pomalowano na kształt kamiennego muru, a przed nim ustawiono dwie kamienne kolumny, tron i małą, dziecięcą kołyskę.
- Och, to nie moja zasługa, tylko Violetty. - Iris zarumieniła się. - To ona zrobiła wszystko, ja tylko pomagałam.
Niższa dziewczyna zarumieniła się.
- Masz talent - pochwaliła ją przyjaźnie Renn.
- Dziękuję - mruknęła zawstydzona dziewczyna.
- A, przy okazji starajcie się niczego nie dotykać. Wszystko jest bardzo delikatne i łatwe do zniszczenia - ostrzegła nas Iris.
- Jasne, będziemy uważać. - Uśmiechnąłem się radośnie.
Ruszyliśmy z Reną do następnego tła, był to domek umieszczony w lesie, a do niego dostawiono śliczne rozgałęzione drzewo, wycięte z kartonu.
- Strasznie mocno się szczerzysz - zauważyła nagle Renn.
- Co, niby kiedy się szczerzyłem?! - zapytałem oburzony.
- Czy ja wiem, na przykład przy rozmowie z Iris, zawsze kiedy widzisz Iris... - Wyliczała na palcach.
- Stop - przerwałem jej stanowczo. - Po pierwsze, nie robię tak. Po drugie, nie robię tak przy niej - broniłem się zaciekle.
- Jasne, podoba ci się? - wypaliła nagle i uśmiechnęła się pod nosem.
- Iris? - zapytałem udając nieświadomego.
- Nie, Amber - odpowiedziała sarkastycznie. -  Lubisz ją? - Spojrzała na mnie przenikliwie.
- Niezbyt jest wredna. - Zacząłem zgrywać głupka.
Przeszliśmy na kolejne tło. To pokazywało wnętrze domu, czyli brązową ścianę i drzwi. Inne rzeczy wycięto z kartonu i były to piecyk z garnkiem i ogniskiem, stół z tortem urodzinowym oraz manekin.
- Pytałam o Iris - wytłumaczyła lekko poddenerwowana.
- Traktuje ją jak pozostałych - odpowiedziałem wymijająco.
- Ta, z każdy spędzałeś tydzień na powtarzaniu i wszystkich pocieszasz tak czule jak ją po wypadku z farbą i jeszcze...
- Dobra! - przerwałem jej zirytowany. - Lubie ją trochę bardziej niż innych w klasie, ok?! - Spojrzałem na nią zdenerwowany.
- To czemu jej tego nie powiesz? - zapytała rzeczowo i spojrzała na mnie przenikliwie.
Uciekłem od niej wzrokiem i spojrzałem na kolejną scenografie. Była to droga do zamku, na tle widniało piękne niebieskie niebo z chmurami i wzgórze, na którego szczycie był zamek. Do zamku prowadziła prosta droga z każdej strony porośnięta drzewami.  Dodatkowo przed tłem stały dwa drzewa i kilka, sporych kępek pomarańczowych chaszczy.
- W sensie, skoro ją lubisz, a ona lubi ciebie to...
- Tego nie wiesz - przerwałem jej poważnym tonem. - Skąd ta pewność?
- Zapytaj ją - rozkazała dziecięcym głosem.
- To nie takie proste.
- Zawsze tak mówisz, do tej pory miałeś jedną dziewczynę, i to z przypadku. - Zrobiła naburmuszona minę. - Ponieważ wrzuciłeś list miłosny nie do tej szafki, a potem głupio ci było się wymigać. Beznadzieja! - Rena rzuciła okiem na scenę, która mijaliśmy.
Był to las, z czego dwójka drzew wycięta była z kartonu, a obok nich postawiono krzaki w różnych odcieniach zieleni. Na jednym nawet namalowano jagody!
- Mogła byś spojrzeć na siebie! - rzuciłem zirytowany. - Ugania się za tobą trzech facetów, a ty jesteś na nich ślepa!
- Wiem to. - Spojrzała na mnie poważnie. - Wiem, że przesiadują ze sobą dla mnie i za każdym razem starają się mi pomóc, ale...
- Czekasz, aż wyjdą z inicjatywą i będziesz im mogła powiedzieć, że nic do nich nie czujesz, jak zwykle? - zapytałem beznamiętnie. - Dlaczego zawsze tak robisz? - Spojrzałem na nią ze smutkiem.
- Nie zmieniaj faktów, zrobiłam to tylko raz, kiedy miałam trzynaście lat!- zauważyła oburzona.
- Chcesz powiedzieć, że zdobędziesz w końcu chłopaka? - zapytałem zdumiony.
- Zdobędziesz? - Spojrzała na mnie rozbawiona. - To brzmi jakby na coś polowała. - Zachichotał pod nosem.
W ciszy przeszliśmy pozostałe tła. Drogę do zamku po tym jak obrosła cierniami, gdzie niebo stało się czarne, a chmury strzelały piorunami i zamiast drzew wszędzie wiły się ciernie. Korytarz zamkowy, który był jedynym tłem bez dodatków. Po prostu przedstawiał fasadę z kolumn. No i na koniec komnatę Śpiącej Królewny. Tło przedstawiało wnętrze komnaty i stała tam jedyna materialna, niekartonowa rzecz, biała rama od łóżka wyłożona żółtym materacem i z różową poduszką na nim.
- Wiesz, chciałabym, żebyś znalazł sobie dziewczynę i to taką, odpowiadająca tobie. - Rena uśmiechnęła się do mnie z nadzieją.
Zarumieniłem się, potem rozmowa zeszła na inne tematy, wróciliśmy na początek, pochwaliliśmy dziewczyny za ich pracę i wróciliśmy do szkoły na drugą, godzinę wychowawczą.
Tam pan Farazowski ogłosił, że kostiumy będą jutro do odebrania. Powiedział również, że Rozalia i Alexy przekroczyli budżet, przez co musimy zapłacić za część wydatków. Po klasie przetoczyła się fala ostrego sprzeciwu, jednak nic nie zmieniono w tej kwestii. Godzina wychowawcza dobiegła końca, wyszedłem z sali.
- Hej, Sam! - zawołał mnie Armin.
- Ta? - Podszedłem do niego.
- Mam do ciebie małą sprawę - oznajmił z rozbawionym wyrazem twarzy.

Renn
Kiedy tylko dowiedziałam się, o kostiumach byłam pewna, że to tym Rozalia i Alexy tak bardzo się zmartwili. Czułam się odrobinę winna, bo to ja pomogłam jej przekonać pana Borysa, a z drugiej strony bardzo chciałam jej pomóc, bo to przecież moja przyjaciółka.
Dlatego wybrałam z kąta najwięcej jak mogłam i już o siódmej rano byłam w szkole. Szybko pokonałam puste korytarze i dobiegłam do sali biologicznej, nikogo w niej nie było. Usiadłam na jednej z ławek i czekałam na Rozalie. Przyszła dopiero o wpół do ósmej.
- Renn? Co ty tu robisz?! - Spojrzała na mnie zdziwiona i odłożyła pokrowce z ubraniami na najbliższą ławkę.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że przekroczyliście budżet? - Spojrzałam na nią oskarżająco.
- Zorientowaliśmy się, kiedy przyszedł rachunek za materiał, ale wtedy było już za późno by cokolwiek oddać, a kostiumy leżały prawie skończone. - Westchnęła udręczona. - Dyrektorka zrobiła nam niezły wykład. To co mogłam pokryłam z własnych oszczędności, ale resztę muszą zapłacić występujący. - Usiadła zrezygnowana na ławce.
- W takim razie oddam ci trochę moich pieniędzy na pokrycie większości cen - zaoferowałam żarliwie.
- To nie pięć złotych na kawę! - oburzyła się Rozalia. - Kostiumy kosztują po czterysta, a smok po sześćset pięćdziesiąt złotych. Cały koszt kostiumów wynosi trzy tysiące osiemset pięćdziesiąt złotych! - krzyknęła zdruzgotana.
- Jestem bogata - przypomniałam jej. - Poza tym nie chcę pokryć całych kosztów. To byłoby podejrzane, jednego dnia Farazowski mówi, że za kostiumy trzeba zapłacić, a następnego są darmowe. Powiedzmy, że zapłacę trzysta za każdy kostium, a za smoka dam pięćset. No i kupię własny za oryginalną cenę. Co ty na to? - Zrobiłam psie oczka.
- Wyszłoby... - Rozalia szybko obliczyła koszty w pamięci. - Trzy tysiące złotych! Masz aż tyle?! - Wykrzyknęła zdumiona.
W odpowiedzi wyciągnęłam z torby plik banknotów.
- Kocham cię! - Roza rzuciłam mi się na szyję.
- Nie ma sprawy. - Zaśmiałam się.
Sprawa jednak była, po rozliczeniu się Rozalia w podzięce pokazała mi wszystkie kostiumy. Zaczęłyśmy od stroju księcia. Składał się z czterech elementów. Granatowych butów ze złotymi podeszwami, buty sięgały do połowy łydki. Białych prostych spodni i kremowej koszuli z pofalowanym kołnierzem, na którą zakładało się piękną białą marynarkę podszytą granatowym materiałem i obramowaną złotym, chyba jednym z droższych, materiałem. Do tego mankiety wywinięto na drugą, granatową, stronę. Do koszuli zaś przypięto wstążkę w kolorze butów i podszycia płaszcza. Na sam koniec został biały kapelusz z wielkim, szerokim rondem. Na środku miał przymocowana broszkę w kształcie niebieskiego kamienia ze złotym obramowaniem, do niej zaś przyczepiono różnego rodzaju i wielkości pióra w rozmaitych ciemnych kolorach.
Następnie zobaczyłam stroje Lysandra i Kastiela. Oba miały wiele wspólnych cech, każdy strój składał się z koszuli z długim rękawem w jednolitym kolorze, spodni dopasowanych do koszuli, botów do kolana w kolorze koszul i z takich samych szerokich pasków z dużymi klamrami po boku oraz peleryn. Główną różnicą była kolorystyka, Kastiel miał granatową koszulę i szare spodnie oraz niebieski pas. Na to nachodziła peleryna do kolan, która zakrywała jedno ramię, ponieważ na drugim ramieniu miał być fikuśny naramiennik. Peleryna była wkładana przez głowę, a jej górna część została obszyta złotym materiałem. Dodatkowo mała korona z zamkniętą, granatową górą i czterema wielkimi szpikulcami, z czego na środkowym umieszczono taki sam kamień jak przy kapeluszu Nataniela. Dodatkiem była sztuczna siwa broda z wąsami.
Strój Lysandra natomiast utrzymano w połączeniu brązu i żółci. Strój miał brązową koszulę, czarne spodnie i czerwony pas, odrobinę szerszy niż przy kostiumie Kastiela. Peleryna była żółta i długa do samej ziemi, na środku spinała ją wielka złota brosza z wygrawerowaną koroną ze skrzydłami. Korona Lysandra miała bardzo kanciaste kształty i była otwarta oraz ozdobiona czerwonymi i zielonymi kamieniami. Dodatkowo zamiast brody miał on kilka pierścieni, wysadzanych takimi samymi kamieniami jak w koronie.
Później przejrzałam stroje wróżek. Niestety, dla Peggy, wyglądały jak te w kreskówce. Składały się z wielkich szpiczastych kapeluszy owiniętych delikatnym materiałem służącym do utrzymania ich na głowię. Następnie były sukienki z brokatowego materiału i długimi rękawami. Suknie bardzo opinały biust, a następnie były luźno puszczone aż do ziemi. Na środku każdej sukni, pod biustem, był udrapowany pas materiału, tego samego co przy kapeluszach, i ciągnął się do końca sukienki. Buty były prostymi baletkami dopasowanymi pod kolor. Na sam koniec zostały peleryny sięgające do końca rąk i spięte na środku broszkami. Do peleryn przypięte zostały delikatne materiałowe skrzydełka, które musiano usztywnić drutem, a obok całego stroju leżały różdżki, czyli proste patyki pomalowane farbą. Li miała dostać zielony strój z trójkątną broszą, Peggy niebieski z okrągłą spinką, a Kim czerwony z prostokątną zapinką.
Potem zobaczyłam strój Maleficenta, który składał się z czarnych spodni i czarnego golfu. Następnie miał zakładany przez głowę, ciemnofioletowy płaszcz, z fikuśnym fioletowo-zielonym kołnierzem i bardzo długimi rękawami. Do tego zwykłe ciemne buty i długi kostur, zrobiony z laski drewna pomalowanej na srebrno i zielonej kuli na górze. Najbardziej jednak spodobała mi się czapka, ponieważ naprawdę przypominała rogi smoka.
Przedostatnim kostiumem był osławiony strój smoka, czyli kilka płacht fioletowego materiału zszytych ze sobą. Krótki fioletowo zielony ogon, materiałowe skrzydła w tej samej kolorystyce i wymodelowany smoczy łeb z rogami oraz kłami. Najgorszym elementem były smocze łapy, czyli daw rękawy z doszytymi zielonymi rękawicami. Ten Kostium nie przypadł mi do gustu.
- I jak ci się podobają? - zapytała Rozalia z entuzjazmem.
- Są niesamowite, po prostu wow! - krzyknęłam zachwycona. - Ale nie widziałam stroju dla Amber. - Spojrzałam zamyślona po pokrowcach.
- Zanim zaczęliśmy go szyć dyrektorka przyszła i powiedziała, że Amber nie będzie występować. - Roza wzruszyła ramionami. - Łatwo można się domyślić, że ta idiotka poszła do niej z pretensjami...
- A dyrka się wkurzyła i wyrzuciła ją z obsady - dokończyłam za przyjaciółkę.
- No, ale nie mówmy o niej, czas na twój kostium. - Roza odpięła zamek ostatniego pokrowca.
- O mój, Boże! Jest cudna!!! - krzyknęłam zachwycona.
- Przebieraj się! - rozkazała mi żartobliwie przyjaciółka.
Nie czekając na nic poszłam założyć nowy strój.
Sukienka miała fason syreny i wysoki dekolt uszyty z białego, koronkowego materiału. Zakończono go białymi pasami w kształcie dwóch trójkątów zetkniętych wierzchołkami, na których końcach były dwie żółte gwiazdki. Potem wszystko przechodziło w błyszczący, mocno opięty, fioletowy materiał kończący się przy kolanach i ze szwem przechodzącym przez środek. Suknię wykończono rozkloszowanymi dziewięcioma falbanami przypominającymi chmury, ich biały kolor stopniowo zmieniał się w delikatny granat. Na falbanach rozmieszczono również żółte gwiazdki rożnego rozmiaru. Do stroju dodano fioletowe szpilki ze złotymi brzegami i fikuśnym obcasem, który zaczynał się od chmury z sierpem księżyca, a kończył złotą gwiazdą. Świetnymi dodatkami były białe, koronkowe rękawiczki sięgające do połowy ramienia oraz naszyjnik złożony z kilku złotych łańcuszków i dużej chmury z sierpem księżyca jako zawieszki. Na głowę miałam założyć złotą tiarę z dwoma małymi szpikulcami po bokach i jednym dużym na środku. Wycięto w niej trzy otwory w kształcie gwiazd, środkowy był największy ze wszystkich. W wielkim skrócie suknia bardzo mi się spodobała.
- I jak? - spytała przyjaciółkę.
- Hmm. - Roza obeszła mnie dookoła. - Pasuje ci - zawyrokowała głosem znawcy.
Oprócz tego nie wydarzyło się nic ciekawego. Klasa trochę marudziła, że musiała wyłożyć własną kasę, ale pewnie wściekliby się, gdyby musieli wydać jeszcze więcej.
To był ostatni dzień przygotowań, jutro odbędzie się dzień otwarty i moje urodziny. Pochłonięta przyjemnymi myślami dotarłam do domu. Przekroczyłam jego próg, zdjęłam kurtkę i znikąd dostałam niespodziewany telefon.
- Słucham? - Odebrałam nie patrząc kto dzwoni.
- Cześć, ten dureń już dojechał?! - zapytał wkurzony głos po drugiej stronie.
- Tom? - zapytałam zdziwiona. - Jakiego durnia masz na myśli? - dopytałam z jeszcze większym zaskoczeniem.
- Nawet do ciebie nie zadzwonił?! - krzyknął do słuchawki rozwścieczony.
- Nie, nikt nie dzwonił... - odpowiedziałam skołowana.
- Dobra, w takim razie ja ci powiem. - Westchnął zmęczony. - Rendy postanowił do ciebie wpaść, jest już w drodze. Powiedz mu, że jak wróci do domu to go zabiję! - warknął mrocznym głosem.
- Mogę to zrobić za ciebie - odpowiedziałam słodziutko.
Tom się rozłączył. Odłożyłam komórkę, zrzuciłam buty i odstawiłam torbę. Zabrzmiał dzwonek do drzwi, podeszłam i otworzyłam je szeroko, tak jakbym chciała zgnieść nimi stojącego na ganku intruza, no bo chciałam.
Na schodach stał wysoki chłopak o ciemnobrązowych, prawie czarnych włosach, które kiedyś były prawie białe. Miał na sobie czarną kurtkę, wytarte jeansy i zielone trampki. Oczy zasłaniały mu ciemne okulary przeciwsłoneczne.
- To ja! - zawołał śpiewnym głosem i założył okulary na głowę.
Dwie pary czerwonych oczu spotkały się.

***

Hej, hej. Jak zawsze jestem spóźniona i jak zawsze mam wytłumaczenie. Po pierwsze ten rozdział jest mega długi i korekta zajęła mi 2 dni, a po drugie najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się przysiąść w weekend i ją zrobić. Wybaczcie. :) Myślę, że nie mam już nic więcej do napisania. Mam nadzieję, że rozdział wyszedł dobrze pomimo tylu opisów i dobrze się przy nim bawiliście. Widzimy się za kolejne dwa miesiące w czerwcu, kiedy będę po maturze. Do zobaczenia, kochani! :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała Domi L