niedziela, 24 grudnia 2017

Rozdział 36

Wesołych świąt! Witam was w kolejnym rozdziale i korzystając z okazji życzę wam wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia, radości, bogatego gwiazdora i fantastycznego nowego roku. Co prawda nie przychodzę z żadnym świątecznym rozdziałem, ale liczę na to, że ten też będzie dobry. Co mogę więcej dodać? Do zobaczenia w roku 2018, moi mili! :D

***

Renn
Ulżyło mi. W drodze do domu czułam się niesamowicie lekka. Dodatkowo mój humor poprawiła Vanessa, która zaprosiła mnie jutro na wspólne zakupy z nią i Laeti. Zdecydowanie był to najlepszy dzień mego życia.
Następnego dnia wstałam z samego rana. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, więc szybko się uszykowałam, przebrałam w nowe ciuszki od Rozalii i wyprowadziłam psy na ponad godzinny spacer. Kiedy wróciłam do domu zabrałam kilka ważnych rzeczy, pieniądze, moją kartę, telefon i torbę, i popędziłam na autobus. O dziwo, dobiegłam tam dość szybko.
Oparłam się o jeden z boków przystanku i spoglądałam na krajobraz. Jesień szalała już w pełni, liście nabrały cudownych kolorów, a chłodny wiatr delikatnie nimi poruszał. Dzisiaj świeciło słońce, ale o wiele częściej zdarzały się dni, gdy padał deszcz. W tym roku jesień była bardzo piękna.
Zerknęłam w bok i wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia, Sam, Lysander, Kastiel i Nataniel właśnie szli w moją stronę. Chłopcy jeszcze mnie nie zauważyli, dzięki czemu mogłam otrząsnąć się z szoku jaki właśnie przeżyłam. Widzicie, to dość zabawna sprawa, ponieważ oni nigdy nie spędzają czasu z sobą samymi. Naprawdę, wiem co mówię, jeśli mają wpaść do mnie lub posiedzieć ze mną na przerwie to robią to bez dyskusji, prawie bez dyskusji, wtedy rozmawiają ze sobą albo przyjaźnie się ignorują, ale kiedy mnie zabraknie, nawet na siebie nie spojrzą. Kastiel olewa Nataniela, Nataniel olewa go, Lysander rozmawia wyłącznie z Kastielem, a Sam towarzysz mi, ewentualnie rozmawia z pozostałymi, ale osobno. Znając ich sytuacje przeżyłam naprawdę ogromny szok, serio był przepotężny.
- Cześć, panowie - przywitałam ich radośnie, kiedy już byli na tyle blisko by mnie usłyszeć.
Stanęli zaskoczeni i spojrzeli na mnie jak na ducha. Zignorowałam to i pomachałam im ze słodkim uśmieszkiem.
- Cześć. - Pierwszy rezon odzyskał Sam. - Co tutaj porabiasz? - Zlustrował mnie wzrokiem.
- Jadę na zakupy do naszego miasta. Vanessa namówiła mnie na wspólny wypad z nią i Laeti. A wy co porabiacie? - Przejechałam po ich buziach podejrzliwym wzrokiem.
- Mamy mały męski wypad - odpowiedział spokojnie Nataniel.
- Jasne. - Wywróciłam oczami.
- Zrobiłaś się strasznie podejrzliwa - zauważył Lysander lekkim tonem, ale on sam wydawał się czymś speszony.
- Właśnie, wyluzuj, Albinosie. - Kastiel posłał mi jeden ze swoich uśmiechów.
- Dobra, dobra. - Nie mogłam się powstrzymać i też się uśmiechnęłam. - Spadajcie stąd zanim zacznę was przesłuchiwać. - Ruchem głowy pokazałam im, że mają ruszać naprzód.
Pożegnali się ze mną i poszli przed siebie. Wodziłam za nimi wzrokiem dopóki nie zniknęli za zakrętem. Chwilę później przyjechał mój autobus.
Droga do centrum zajęła niecałą godzinę, o dziwo po drodze nie trafiłam na żaden korek. Kiedy już wysiadłam, musiałam złapać autobus miejski pod samą galerie. Poszło to trochę wolniej, ale dotarłam na czas.
Wprost przy wejściu czekały już moje przyjaciółki. Vanessa, która wyglądała jak mała dziewczynka w swojej różowej sukience i z wstążkami w tym samy kolorze, które podtrzymywały jej dwa wielkie kucyki. Za to Laeti wypadała przy niej jak zbuntowana nastolatka. Miała obcisłą koszulkę z wyciętymi ramionami i rękawem trzy czwarte. Na to założyła biała, luźną bluzkę, która zsunęła jej się z jednego ramienia, a na jej środku nadrukowano różowe serduszka. Do tego ubrała krótkie jeansowe spodenki, które przyozdobiła szerokim paskiem w niebieską zebrę. Pod spód założyła najdziwniejsze rajstopy jakie kiedykolwiek widziałam, a na nogi wsunęła ciemne buty do połowy łydki. W jej granatowych włosach związanych w kucyk było pełno wsuwek, spinek i spineczek w najdziwniejszych kolorach i kształtach, a jej wielkie, niebieskie oczy podkreśliła ładna, prosta, cienka kreska. Usta zaś błyszczały się od różowego błyszczyku.
Jeśli miałabym opisać wam jej charakter to mogę powiedzieć tylko jedno, kochliwa. Uwielbiam ją na wiele sposobów, jednak jej zdolność do budowania szybkich związków i zakochiwanie się w każdym napotkanym przystojniaku to za wiele, dlatego tak często ja i Van się z niej nabijamy.
- Rennnnnnnn! - Białowłosa rzuciła mi się na szyje.
- Renuś! - Laeti poszła w jej ślady.
- Cześć, dziewczyny! - Zachwiałam się pod ich ciężarem. - Ale możecie mnie już puścić - powiedziałam błagalnie.
- Jasne! - zawołały niemal jednocześnie i zostawiły mnie w spokoju.
- Dzięki.
- Wow! Wow! Wow! Co ci się stało?! - zapytała zdumiona Vanessa. - Wyglądasz inaczej.
- Faktycznie, nareszcie pozbyłaś się tych okropnych glanów - dodała radośnie niebieskooka.
- I tych swoich czarnych końcówek.
- Miała czarne końcówki? - Laeti spojrzał zdumiona na Vanessę.
- Tak, kilka centymetrów. Wyobrażasz to sobie? - Prychnęła z dezaprobatą.
- O, fuj! - Zrobiła zniesmaczoną minę.
- Dziewczyny, ja ciągle tu jestem. - Spojrzałam na nie naburmuszona. - I wszystko słyszę - dodałam urażonym tonem.
- Wybacz! - Uśmiechnęły się przepraszająco.
- Kto cię tak załatwił? - zapytała Van ze zbyt radosnym uśmiechem, jak na moje.
Zrobiłam kamienną twarz.
- No dalej, przecież wiem, że sama w życiu byś ich nie obcięła! - Zaczęła dreptać w miejscu z podekscytowania.
- Rozalia, ale to był podstęp!
- Kto to Rozalia? - zapytał Laeti z ciekawością.
- Moja nowa znajoma z liceum.
- Powinnaś jej coś za to kupić - zauważyła rzeczowo.
- Wiem, mam to w planach. - Zbyłam ją machnięci ręki. - A tak właściwie, to co dzisiaj robimy? - Zerknęłam to na jedną, to na drugą.
Obie uśmiechnęły się jak dwa diabełki.
- Mam zamiar nakupować parę uwodzicielskich ciuszków - oznajmiła Laeti słodkim głosikiem.
Przewróciłam oczami, nic nowego.
- A ja muszę kupić prezent mojej koleżance z klasy, ale kompletnie nie wiem jak się do tego zabrać! - wykrzyknęła Van z rozpaczą. Ona nigdy nie była zbyt dobra w podarunkach. - Chciałam jej kupić książkę, ale nie wiem, co czyta. Chciałam jej kupić film albo muzykę, ale z tym mam podobny problem. - Zaczęła chodzić w te i z powrotem. - Pomyślałam o ciuchach, ale nie znam jej rozmiaru. Myślałam też o...
- Wielu rzeczach - dokończyła za nią Laeti. - Ale żadna nie jest dość dobra. - Wykonała dramatyczny gest w stylu swojej przyjaciółki. Zachichotałam.
- Kiedy tak jest! - krzyknęła zrozpaczona Vanessa. - A ty co chcesz kupić? - zapytała mnie już normalnym tonem.
- Cóż... - Odwróciłam wzrok. - Miałam ostatnio trochę problemów, ale znajomi z mojej szkoły mi pomogli, więc chce się odwdzięczyć. - Uśmiechnęłam się radośnie. - Mam w planach kupić coś dla każdego, czyli dla... - Odliczyłam ich na palcach. - Dla sześciu osób. - Wyszczerzyłam zęby jeszcze mocniej.
- Co?! - Van zrobiła wielkie oczy. - Jak ty sobie z tym poradzisz?!
- Nie jestem tobą - zauważyłam z kamienną twarzą.
- Fakt.
- Dość tego, ruszamy na podryw! - zawołała radośnie Laeti.
Rzuciłyśmy jej z Vanessą spojrzenie pełne dezaprobaty.
- I zakupy! - dodała szybko.
Zaśmiałyśmy się radośnie i wszystkie razem ruszyłyśmy na podbój sklepów.
Naszym pierwszym celem okazał się optyk, przypadkiem przechodziłyśmy obok niego i Van stwierdziła, że musi tam wpaść. W sklepie pełno było stojaków ze zwykłymi oprawkami, ale był też kącik z okularami przeciw słonecznymi. Zatrzymałyśmy się tam, aby popodziwiać, cena zbiła mnie z nóg.
- Może kupie jej coś w tym stylu? - zapytała sama siebie Vanessa.
- Po co? - Spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
- Oczywiście, że na plaże. Wiesz ilu facetów się za tym obejrzy? - Laeti wskazała wybrane okulary w czerwonej oprawie.
- Ale wiecie, że do plaży jeszcze jakieś osiem, siedem miesięcy, tak? - Wodziłam wzrokiem od jednej do drugiej.
- Fakt - przyznała niechętnie Vanessa. - Chodźmy dalej! - krzyknęła radośnie.
- Ja i tak je kupie. - Laeti wzięła wybrane oprawki i poszła do kasy.
Poczekałyśmy, aż skończy i ruszyłyśmy na dalsze przygody. Zaraz przed optykiem był Julien. Nigdy nie zwracałyśmy na niego uwagi, bo to sklep z ciuchami męskimi. Jednak dzisiaj jego wystawa była tak kolorowa, że nie mogłam się oprzeć by nie zerknąć. Na wystawie pokazano wiele różnych strojów i kilka kompletnie niezgranych ze sobą kreacji, a nad wszystkim wisiał szyld „Wyprzedaż starych kolekcji.”. Większe szczęście nie mogło mi się trafić, tutaj na pewno znajdę coś dla Alexy'ego.
- Dziewczyny! - zawołałam podekscytowana. - Ja muszę tutaj wejść.
Obejrzały się na mnie zdziwione.
- Ale to męski sklep. - Laeti zrobiła zdziwioną minę.
- Wiem, wiem, ale chyba znalazłam coś dla mojego kolegi. - Ponownie przyjrzałam się wystawie.
- Leć, zaczekamy tu. - Vanessa puściła mi oczko.
Uśmiechnęłam się szeroko i wpadłam do środka.
W sklepie była cała masa tanich ciuchów. Wszystko wyglądało niesamowicie, Alexy'emu spodobałoby się tutaj. Przechodziłam między wieszakami i przeglądałam różne koszulki, najbardziej w oczy rzuciła mi się kolekcja komiksowa, było w niej pełno świetnych koszulek z różnymi napisami typu „Boom!” lub „Puff!!!”. Postanowiłam, że właśnie jedną z nich sprezentuje Alexy'emu. Poszukałam odpowiedni rozmiar, który dostałam od Rozalii, nie pytajcie mnie dlaczego i jak go zdobyła. Następnie szybko pomaszerowałam do kasy, kolejka była nieziemska. Czekając na swoją kolej zauważyłam stojaki z akcesoriami, na jednym drążku wisiały przywieszki do telefonu. Do głowy przyszła mi zawieszka Kastiela, mały, uroczy, biały kotek z dzwoneczkiem na końcu, którą ostatnio stracił, w nieznanych mi okolicznościach. Wyciągnęłam rękę i wybrałam zawieszkę w kształcie czarnej czaszki z czerwonymi oczami, coś w jego stylu! W końcu dotarłam do kasy, zapłaciłam i wróciłam do dziewczyn.
Właściwie wróciłam do Vanessy, która zupełnie sama siedziała na jednej z ławek, wyglądała jak zagubione dziecko.
- Jestem! - Usiadłam obok niej. - A gdzie Laeti? - Rozejrzałam się zdezorientowana.
- Weszła tam. - Van pokazała palcem na pokaźnych rozmiarów butik.
- Przystojniak czy buty? - zapytałam lekko rozbawiona.
- Najpiękniejsze buty jakie widziałam w życiu! - sparodiowała głos Laeti.
Zaśmiałyśmy się.
Czekałyśmy na naszą koleżankę piętnaście minut, potem zaczęłyśmy na zmianę do niej wydzwaniać. W końcu wyszła ze sklepu z dwiema torbami, jak widać nie próżnowała, i rozzłoszczoną miną.
- Co to miało być?! - wykrzyknęła oburzona.
- Ratowanie twojego portfela - odpowiedziała poważnym tonem Van.
- I naszych tyłków przed odciskami - dodałam żartobliwie.
Obie uśmiechnęłyśmy się do niej zadziornie.
Laeti zrobiła urażoną minę.
- Chodź! - Pociągnęłam ją za sobą i ruszyłyśmy dalej w centrum handlowe.
Teraz prowadziła nas Vanessa, kompletnie nie wiedziałyśmy gdzie idziemy, aż dobrnęłyśmy do sklepu z zabawkami.
- Co?! - Laeti znowu się rozdrażniła. - Wymieniłam mój butik z cudownym kasjerem na to?! Sklep dla dzieci? - Spojrzała złowrogo w stronę białowłosej.
- Dla cudownych dzieci. - Van zaśmiała się głupkowato i pobiegła oglądać lalki.
- Chodź, znajdziemy ci jakiegoś pluszaka do poderwania. - Zaśmiałam się i poklepałam ją przyjacielsku po plecach.
- Tylko takiego z krwi i kości - rzuciła urażona.
- Tak, tak, a najlepiej kasjera z butiku. - Popchnęłam ją miedzy pluszaki.
Laeti była grymaśna jak dziecko, a Van szalała po sklepie jak dziecko, tylko ja utrzymałam poziom i oglądałam pluszaki jak normalny człowiek, z głupim uśmiechem na ustach.
- Laeti, patrz! - Podniosłam jednego misia średniej wielkości. - Ten wygląda jak Sam. - Zachichotałam głupkowato.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, ale jej oczy rozbłysły rozbawieniem. Po jakimś czasie rzuciła żartobliwie:
- Nawet ubierają się tak samo. - Wskazała na koszulkę moro, w którą ubrano pluszaka.
- Chyba znalazłyśmy jego bratnią duszę. - Zachichotałam.
- Wróże im szczęśliwą przyszłość. - Zachichotał razem ze mną.
- Dziewczyny! Znalazłam prezent!!! - krzyknęła Van z drugiej strony.
Podbiegłyśmy do niej roześmiane, ale kiedy zobaczyłyśmy co wybrała, miny nam zrzedły. Vanessa „trzymała” białego misia z różową kokardą na szyi. Nic w tym niezwykłego, ale rozmiarem przypominał ją samą!
Szczęki opadłym nam do samej ziemi.
- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - wymamrotałam.
- Pewnie! Owinę go kolorowym papierem dodam gdzieś wstążeczkę i voilà. - Wyszczerzyła zęby.
- Wyrzuć papier, wstążkę zostaw - poradziła zszokowana Laeti.
- Jak ty to zabierzesz? - zapytałam trochę normalniejszym tonem.
- Zobaczysz. - Uśmiechnęła się przebiegle jak mały diabełek.
Vanessa podeszła do kasy, mina kasjerki była bezcenna. Ta kobieta naprawdę musiała wziąć Van za dziecko, ale sprzedała jej zabawkę bez problemu. Jesteście ciekawi jak moja przyjaciółka poradziła sobie z ogromnym miśkiem? Otóż wzięła go na barana i od tej pory chodziła z nami tak po sklepach. Twarze ludzi były bezcenne.
Skończyłyśmy oglądać całe pierwsze piętro, więc przeniosłyśmy się na górę zahaczając o Vingir. Byłam prawie pewna, że znajdę tam coś dla Nataniela i Lysandera.
Weszłyśmy do sklepu i rozejrzałyśmy po całym otoczeniu. Van znalazła coś dla siebie w dziale z muzyką klasyczną, a Laeti pobiegła za jakimś przystojniakiem na piętro. Wiedziałam czego szukam, przynajmniej dla Nataniela, więc przeszłam się do działu z kryminałami. Nie jestem specjalistką w dziedzinie literatury, ale czytałam w życiu jeden kryminał. Jeden jedyny kryminał, który pożyczył mi Tom, on też uwielbia tego typu książki. Desperacko spróbowałam sobie przypomnieć tytuł i autora. Najpierw skojarzyłam autorkę, Agathę Christie. Zaczęłam przeszukiwać odpowiednią półkę. Wiedziałam także, że głównym bohaterem był Herkules Poirot. Po mozolnych poszukiwaniach znalazłam ją, „Morderstwo w Orient Expressie” jedyny kryminał jaki w życiu czytałam.
Z książką pod ręką wjechałam na piętro, tam Laeti już urabiała swojego przystojniaka i jego kolegę, to się nazywa powodzenie. W drugiej części sklepu było sporo elektroniki np. słuchawek i materiałów papierniczych jak notatniki. Notatnik był niestety kiepskim pomysłem, wątpię żeby Lysander tak po prostu zostawił swojego starego przyjaciela. Nie wiedząc, co wybrać przechadzałam się po całym sklepie, aż natrafiłam na gadżet dla zapominalskich. Uśmiechnęłam się pod nosem, komuś takiemu jak Lysander bardzo by się to przydało. Wybrałam jeden zestaw i zjechałam na dół by zapłacić. Po drodze zgarnęłam Vanessę, a później we dwie zgarnęłyśmy naszą podrywaczkę. Strasznie się na nas zdenerwowała, najwyraźniej dobrze jej szło z tamtą dwójką. Na poprawę humoru wybrałyśmy się do Clara's.
W środku było sporo dziewczyn i wszystkie polowały na coś z nowej kolekcji jesiennej. Po raz kolejny rozbiegłyśmy się po sklepie. Ja poszłam poszukać czegoś dla Rozalii, Van przeglądała sukienki, a Laeti wpadła w szał zakupów i chwytała wszystko, co wpadło jej w ręce, a potem biegła z tym do przymierzalni. Tym razem nie znalazłam niczego, co mogłabym podarować Rozie. Van również wróciła do mnie z pustymi rękami.
- Niczego dla mnie nie ma - poskarżyła się dziecięcym głosem.
- Naprawdę? Nic ci się nie podoba? - zapytałam zdziwiona.
- Zero różowego, same brązy. To niesprawiedliwe! - Wyrzuciła ręce w górę.
Zaśmiałam się pod nosem.
- Nie waż się żartować, to poważny problem! - Spojrzała na mnie naburmuszona.
- Dziewczyny! - zawołała Laeti z przymierzalni. - Potrzebna mi pomoc!
Wzruszyłam ramionami i podeszłam do jej kabiny, a białowłosa posłusznie podreptała za mną.
- Co jest? - zapytałam odsłaniając zasłonkę.
- Jak wyglądam? - Laeti okręciła się wokół własnej osi.
- Brązowo - burknęła Van.
- I bluzka ci nie pasuje. - Uśmiechnęłam się szeroko.
Nasza przyjaciółka rzuciła nam zrozpaczone spojrzenie.
Ociągając się ruszyłyśmy na przechadzkę po sklepie, żeby pomóc jej w wyborze ciuchów. Doradzałyśmy, szukałyśmy i kłóciłyśmy się dobrą godzinę, dopiero głód wygonił Laeti z przymierzalni. Ilość rzeczy jakie kupiła wprawił mnie w istny podziw, jakim cudem można wydać tyle pieniędzy w jednym sklepie?! Nawet Roza nie przebiła tej ceny na naszych zakupach.
Gnane głodem weszłyśmy na teren restauracyjny, poszukałyśmy miejsca w jednej z tutejszych restauracji i weszłyśmy do środka. Rozsiadłam się wygodnie na krześle i chwyciłam menu.
- Co zamawiamy? - zapytałam rzeczowo.
- Nieważne co, ważne, że z frytkami!
- Uważaj, bo jeszcze się roztyjesz.
- Chciałabyś mieć takim metabolizm jak ja, co nie Laeti? - Van uśmiechnęła się złośliwie.
- Przynajmniej nie musiałabym ciągle chodzić do dietetyka. - Westchnęła udręczona.
- Nikt ci nie karze - zauważyłam z uśmieszkiem.
- Tak, pewnie! Najlepiej jak zarosnę tłuszczem na śmierć! - wybuchnęła i rzuciła nam gniewne spojrzenie.
- Co podać? - zapytał kelner, który pojawił się znikąd.
Zaskoczone spojrzałyśmy w górę. Nad nami stał wysoki chłopak o blond włosach i niebieskich oczach... O, nie! To był Dake! Na miłość boską, co on tutaj robi? Powinien siedzieć w Australii, niech go kangur kopnie!
- Danie obiadowe numer jeden - powiedziałam jakby nigdy nic.
- Danie obiadowe numer trzy z dodatkową porcją frytek. - Van spojrzała ukradkiem na blondyna.
- Sałatka wiosenna. - Laeti wpatrywała się w chłopaka jak w obrazek.
- Coś do picia?
- Pepsi - powiedziałyśmy równocześnie.
Dake zaśmiał się pod nosem.
- Twoje koleżanki są równie śliczne, co ty, Renn - powiedział uwodzicielsko, schował notatnik do kieszeni i z takim samym uśmiechem spojrzał mi głęboko w oczy.
Wzdrygnęłam się, naprawdę liczyłam na to, że mnie nie pozna. Dziewczyny wybałuszyły na mnie oczy.
- Wyglądasz przecudownie.
- Wiesz, co byłoby przecudowne, Dake? - wyplułam jego imię. - Gdybyś poszedł do kucharza i przekazał mu nasze zamówienie. - Uśmiechnęłam się bez cienia radości.
- Jasne, zaraz wracam. - Zaśmiał się i odszedł w stronę kuchni.
- O. Mój. Boże. - Laeti odprowadzała go wzrokiem. - Skąd znasz takie ciacho?! - Spojrzała na mnie oskarżycielsko. - Chodzisz z nim do szkoły? - Uniosła podejrzliwie brew.
- O Boże, nie! - zaprzeczyłam żarliwie. - Nigdy w życiu, za żadne skarby nie chciałabym być z nim w jednej klasie.
- Więc gdzie go poznałaś? - dociekała dalej.
- W te wakacje na plaży, przyczepił się do mnie jak rzep do psiego ogona. Gdzie bym się nie ruszyła on tam zawsze był - wyżaliłam się.
- Przeznaczenie - podsumowała Vanessa ze złośliwym uśmieszkiem.
- Raczej okrutny żart. - Prychnęłam.
- Może, ale tyłek ma świetny!
- Laeti! - Spojrzałyśmy na nią oburzone.
- No co? - Zrobiła zdziwioną minę. - Ja tylko opisuje to, co widzę.
Pokręciłam głową z dezaprobatą.
W tym samym momencie Dake wrócił z naszymi napojami i sztućcami. Tym razem obeszło się bez żadnej gatki, tylko uśmiechał się powalająco, a Laeti odpowiadała mu tym samym.
- Zmieńmy temat - zaproponowała Van. - Chętnie się dowiem co tam u Sama. - Wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.
- O, to też niezły temat do rozmowy. Powiedz, ma dziewczynę? - Niebieskooka spojrzała na mnie zaciekawiona.
- Nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Ale nie wykluczam opcji, że już niedługo coś się może zmienić. Kto to wie... - Uśmiechnęłam się przebiegle.
Zachichotałyśmy.
- Pozbył się w końcu swojego moro? - zapytała zaciekawiona Vanessa.
- Coś ty, do końca życia będzie chodził w tych obleśnych spodniach. - Machnęłam lekceważąco ręką.
- A co tam w twojej szkole? - zapytała jakby od niechcenia Laeti.
- Pytasz o chłopaków? - Rzuciłam jej podejrzliwe spojrzenie.
- A o co innego miałabym pytać?!
- Wiesz... - Skupiłam wzrok na swojej szklance. - Jest paru przystojniaków. - Ze wszystkich sił starałam się nie zarumienić.
- Aha. - Zrobiła kamienną twarz. - Może rzucisz jakimś konkretem? - Uniosła lewą brew do góry.
- Ja...
- Proszę bardzo, wasze zamówienie. - Dake zaczął stawiać przed nami talerze z jedzeniem.
Pierwszy i ostatni raz to powiem... Znaczy napiszę. Gdyby nie on, ta niezręczna rozmowa trwałaby w najlepsze, dzięki mu za to, że ją przerwał!
- Długo tutaj pracujesz? - Laeti przeniosła na niego całą swoją uwagę.
- Tylko kilka dni, przyjechałem do wuja, więc grzechem byłoby czegoś tutaj nie zarobić. - Uśmiechnął się do niej przyjaźnie.
- Więc wpadłeś tylko w odwiedziny? Szkoda. - Zrobiła smutną minkę. - A gdzie mieszkasz?
- W Australii.
- Wow, tam musi być super! - krzyknęła z entuzjazmem.
W tym momencie przestałam śledzić ich rozmowę i zajęłam się własnym posiłkiem, tak jak Van. Laeti i Dake flirtowali jeszcze chwilę, aż umówili się na mały wypad jak chłopak skończy zmianę za godzinę.
W końcu odszedł, a my skupiłyśmy się na własnych plotkach. Dowiedziałam się, że do szkoły Vanessy przyszedł nowy nauczyciel, bardzo miły i wyrozumiały. Za to Laeti uraczyła nas anegdotkami z kilku je poprzednich związków i przyznam, że były całkiem zabawne. Kiedy wszystko już zjadłyśmy i wypiłyśmy poprosiłyśmy o rachunek. Każda wyłożyła na siebie pieniądze. Miałyśmy wyjść, ale Laeti chciała zostać i pogadać jeszcze trochę z Dakem, nie protestowałyśmy i same ruszyłyśmy na dalsze zakupy. Dziewczyna obiecała, że wyśle nam SMS-a, gdzie mamy się spotkać jak już skończy.
Po raz kolejny wybrałyśmy się na obchód wszystkich sklepów, ponieważ nadal nie kupiłam prezentu dla Sam i Rozalii. Jeszcze raz zajrzałyśmy do Clara's, ale niczego tam nie znalazłam, nawet z pomocą Vanessy. Potem skoczyłyśmy do Vingira, tam Van kupiła płytę z muzyką klasyczną, którą wcześniej oglądała. Następnie w przypływie olśnienia zajrzałyśmy do sklepu z zabawkami, kupiłam w nim misia dla Sama. Dokładnie tego samego, puchatego, brązowego misia w koszulce moro, którego wcześniej oglądałam z Laeti. Później wpadłyśmy do optyka, ale tam również nie było nic dla Rozy. Zrezygnowana pomyślałam, że będę musiała kupić coś po powrocie do domu. Właśnie wtedy dostałam SMS-a od naszej flirciary, kazała nam przyjść do sklepu z bielizną. Zdziwiłyśmy się jak cholera, ale poszłyśmy pod wyznaczony sklep.
Laeti czekała przy samym wejściu i bez pytania wyjaśniła nam o co chodzi:
- Dake jest surferem i chce nauczyć mnie surfować, dlatego muszę kupić jakiś kostium. Najlepiej dwuczęściowy. - Uśmiechnęła się radośnie.
- Nowy... Kostium? - Vanessa spojrzała na nią jak na wariatkę.
- Po co? - dodałam zdziwiona.
- Och, jak wy nic nie rozumiecie! Musze pokazać się z jak najlepszej strony! - Wyrzuciła ramiona w górę.
Bez zbędnych dyskusji poszłyśmy za nią do środka, a tam mój wzrok przykuł piękny komplet bielizny. Był czerwony z cienkimi, pionowymi, czarnymi paskami i obszyty koronkom. Dokładnie w takim stylu, jaki Rozalia preferuje, fikuśny i z koronką. Szybko krzyknęłam dziewczynom, że idę coś przymierzyć, wybrałam odpowiedni rozmiar i weszłam do przymierzalni. Ja i Roza mamy bardzo podobne wymiary, więc jeśli komplet będzie pasować na mnie to na nią też. Na całe szczęście pasował idealnie. Cóż, bielizna to dla niej odpowiedni podarunek, ładny i zabawny.
Spojrzałam na siebie w lustrze i skromnie przyznam, że wyglądałam w tym świetnie. Błyskawicznie zdecydowałam, że sobie również sprawie taki prezent. Przebrałam się, znalazłam drugi komplet w tym samym rozmiarze i zapłaciłam. W tym czasie Van i Laeti wybrały kostium kąpielowy bez mojej pomocy. To był ostatni sklep jak razem odwiedziłyśmy, po tym wszystkim każda rozeszła się w swoją stronę.
Wróciłam do domu przed dwudziestą drugą. Następnego dnia kupiłam ozdobny papier i zapakowałam w niego większość rzeczy, tylko miś i zawieszka do telefonu zostały wrzucone do torebek prezentowych.
W poniedziałek ruszyłam do szkoły z torbą pełną podarunków dla znajomych. Już przy samej bramie natrafiłam na Sama. Zawołałam za nim, a kiedy przystanął od razu, bez słowa wręczyłam mu średnią torbę w moro, nie pytajcie jakim cudem ją znalazłam.
- Co to jest? - zapytał zdziwiony i spojrzał mi prosto w oczy.
- Prezent. - Wyprostowałam się jak struna.
- Za co? Z tego, co pamiętam nie zrobiłem ostatnio nic...
- Wspierałeś mnie w sprawie z Debrą, podnosiłeś mnie na duchu i wierzyłeś mi od samego początku. Nie wspominając, że to ty wyczułeś, że coś z nią nie tak. - Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Okej. - Sam z uśmiechem wziął ode mnie prezent. Jego mina była komiczna, kiedy zobaczył, że w środku jest pluszowy miś. - Serio? - Wyciągnął zabawkę ze śmiechem.
- No co? Bardzo do siebie pasujecie. - Zaśmiałam się. - Nawet macie taki sam styl.
- Nigdy bym nie pomyślał, że dostane od kogoś misia przystrojonego w moro. - Uśmiechnął się szeroko.
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz. - Odpowiedziałam mu tym samym.
Szybko się do siebie przytuliliśmy, a potem pobiegłam do pokoju gospodarzy. Jak zwykle wpadłam tam bez pukania, a Nataniel, jak zwykle, siedział na swoim miejscu. Melania jeszcze nie przyszła, więc musiał zająć się wszystkim sam.
- Mam coś dla ciebie - zawołałam od progu.
Zaskoczony podniósł głowę znad arkusza, który właśnie czytał.
- Ciekawa lektura? - zapytałam niby od niechcenia.
- Niezbyt, zwykłe papierkowe bzdety. Potrzebujesz czegoś? - zapytał uprzejmie.
- Niekoniecznie. - Podeszłam do biurka i sięgnęłam do torby. - Mam dla ciebie coś ciekawszego od szkolnej biurokracji. - Wyciągnęłam przed siebie książkę owiniętą w kolorowy papier.
- Co to? - zapytał zdziwiony.
- Prezent. Wiem, że lubisz kryminały, a to jedyny jaki czytałam i... - urwałam gdy zaczął rozrywać papier.
Blondyn zdziwiony spojrzał na książkę, a potem na mnie.
- Za co to?
- Jak to, za co? Przecież pomogłeś w sprawie Debry! - Zrobiłam minę w stylu „To oczywiste!”.
- Tak, ale najpierw odesłałem was z kwitkiem. - Spuścił winny głowę.
- Tak, ale to dzięki tobie wszyscy usłyszeli prawdę o Debrze i tej całej sprawie. Gdyby nie ty, nikt nigdy by się o tym nie dowiedział. Podoba ci się? - zapytałam nieśmiało wskazując na książkę.
- Tak! - odpowiedział szybko. - Uwielbiam książki Agathy Christy, zwłaszcza te, których bohaterem jest Herkules Poirot. Świetnie trafiłaś - pochwalił mnie.
- Naprawdę? - Uśmiechnęłam się szeroko. - W takim razie, nie będę ci już przeszkadzać.
Pożegnałam się z nim i wyszłam na korytarz. Nie miałam pojęcia, gdzie znajdę resztę znajomych, ale mam jeszcze cały dzień by to załatwić. Na pewno dam sobie radę! Poszłam do swojej szafki, aby zgarnąć potrzebne książki, a tu niespodzianka, pod moją szafką właśnie stał Alexy, razem z Violettą. Nim do nich doszłam, Violetta zdążyła odejść.
- Cześć - przywitałam się wesoło z przyjacielem.
- O, hejka! - Przytulił mnie z wielkim uśmiechem. - Mam dla ciebie newsa!
- Serio? O co chodzi? - zapytałam z zainteresowaniem powoli sięgając do torby.
- Dyrektorka i nauczyciele zaplanowali jakieś wydarzenie. Niedługo nam je ogłoszą. Jak myślisz, co to będzie? - W jego oczach pełno było iskierek ekscytacji.
- Nie wiem, oby niekolejny bieg na orientacje!
- Hahaha, tak znowu się zgubisz. - Zaśmiał się wesoło.
- Wypraszam sobie! To była tylko i wyłącznie wina Kastiela - oburzyłam się i wyciągnęłam z torby zapakowaną koszulkę. - A skoro mowa o newsach, mam coś dla ciebie. - Wręczyłam mu pakunek.
- Dzięki. - Alexy z wielkim uśmiechem rozerwał papier. - Jesteś aniołem!!! - Przytulił mnie z całej siły.
- Czyli podoba ci się? - wysapałam ściśnięta.
- Jeszcze jak! Kupiłaś ją w Julienie, prawda? - Odsunął mnie od siebie na długość ramion.
- Tak, skąd wiedziałeś? - Wytrzeszczyłam na niego zdziwiona oczy.
- Mają teraz niesamowitą wyprzedaż. Od dawna chciałem tam coś kupić, ale brakowało mi kasy. Kocham cię! - Po raz kolejny mocno mnie do siebie przycisnął.
- Nie ma sprawy. Bardzo mi pomogłeś podczas sprawy z Debrą. Gdyby nie twoja pomoc Leo nawet nie mógłby się do niej zbliżyć - wymamrotałam speszona w jego ramionach.
- Wielkie dzięki! - Puścił mnie. - Zobaczymy się w klasie! - krzyknął na pożegnanie i rozpłynął się w tłumie.
Otworzyłam swoją szafkę, wzięłam potrzebne książki i ruszyłam w kierunku sali B, gdzie miała się odbyć pierwsza lekcja, akurat z naszym wychowawcą. Przy samej sali spotkałam Lysandera, który bardzo skwapliwie zapisywał coś w notatniku.
- Co piszesz? - zapytałam na starcie.
Zaskoczony podniósł głowę i rozejrzał się wokół, aż napotkał wzrokiem na moją postać. Jego twarz rozjaśnił delikatny uśmiech.
- Staram się coś narysować - odpowiedział spokojnie.
- Naprawdę? Mogę zobaczyć? - zapytałam podekscytowana.
- Wolałbym nie - odpowiedział szybko.
- Jasne, jak chcesz. To twój notatnik - wymamrotałam lekko zawiedziona.
- Chciałaś coś konkretnego? - zapytał po chwili milczenia.
- Tak. - Sięgnęłam do torby po prezent dla niego. - Ostatnio bardzo mi pomogłeś. Dlatego pomyślałam, że ja też postaram ci się pomóc. - Wyciągnęłam przed siebie zapakowany podarek.
Lysander schował notatnik do wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza i z wahaniem odpakował mój prezent.
- Co to takiego? - zapytał zdziwiony.
- Gadżet dla zapominalskich - wyjaśniłam radośnie. - Musisz przykleić naklejkę na swój notatnik, a kiedy go zgubisz wystarczy, że naciśniesz przycisk na tym pilocie. Wtedy naklejka zacznie wydawać dźwięki, to prawie jak kluczyki i samochód. - Uśmiechnęłam się.
- Dziękuje, to bardzo miło z twojej strony, ale wątpię, żeby było to przydatne. - Uśmiechnął się przepraszająco. - Znając mnie prawdopodobnie zgubie i notatnik, i pilot.
- Fakt! - Uderzyłam się ręką w czoło. - To było głupie - przyznałam po chwili zawstydzona.
- Nie martw się. Doceniam to, że spróbowałaś. - Delikatnie pogłaskał mnie po głowie. - Poza tym, najważniejszy jest gest. - Uśmiechnął się z wdzięcznością.
Przytaknęłam i razem weszliśmy do klasy, akurat wtedy zabrzmiał dzwonek. Powoli wszyscy zaczęli się pojawiać, wypatrzyłam Rozalię jak sama siada w ławce pod ścianą. Dobrze wiedzieć, że jest w szkole.
Na samym końcu, ledwo przed nauczycielem, pojawił się Kastiel. Nie zdążył dobrze się rozsiąść na krześle, a już zawołałam do niego:
- Kastiel!
Spojrzał na mnie znudzonym wzrokiem.
Chciałam powiedzieć, że mam dla niego prezent, ale w tym momencie do klasy wszedł nasz wychowawca, a razem z nim dyrektorka.
Wszyscy nagle zamilkli, a ja w ekspresowym tempie napisałam na skrawku papieru „Mam coś dla ciebie.” i podałam to rudzielcowi.
Przyjął karteczkę, przeczytał, a potem odwrócił się w moją stronę z głupim, sugestywnym uśmieszkiem i lekko uniesioną brwią.
Nie wiem, co sobie wyobraził, ale niemal od razu zarumieniłam się po same uszy. Moje serce zabiło jak szalone, aby je uspokoić skupiłam się na monologu dyrektorki.
- Bardzo dobrze, a teraz przejdźmy do najważniejszego. - Powiodła wzrokiem po całej sali. Dziwnie radosnym głosem zaczęła mówić dalej: - Pieniądze z biegu na orientacje oraz koncertu zostały przeznaczona na projekt, o którym dzisiaj wam opowiem. Nie będzie to tak łatwe jak organizacja koncertu, dlatego tym razem pomogą wam nauczyciele. Organizujemy dzień otwarty! - zawołała radośnie.
Wszyscy wytrzeszczyli na nią oczy.
- Wasi rodzice zostali już o tym poinformowani.
Nataniel z wielkim hukiem upuścił podręcznik od historii.
- Nasi ro-rodzice? - zapytał zaskoczony i biały jak ściana.
Sam rzucił mu dziwne spojrzenie.
- Tak, wasi rodzice - odpowiedziała mu radośnie dyrektorka. - Wszystko odbędzie się pod koniec listopada, dokładnie w jego ostatnią sobotę.
Nerwowo przełknęłam ślinę, drzwi otwarte wypadają idealnie w moje urodziny.
- Zaplanowaliśmy na ten dzień kilka atrakcji, w tym przedstawienie, w którym zagra wasza klasa. Sami możecie wybrać sztukę, którą wystawicie i stroje, jakie założycie.
Rozalia spojrzała na dyrektorkę z wielką ciekawością.
- Co do reszty obowiązków. - Spojrzała na Frazia. - Pan Farazowski zajmie się przyjęciem rodziców i atrakcjami dla nich. Będzie również odpowiedzialny za zebranie z całym gronem pedagogicznym i waszymi rodzicami.
Nasz wychowawca wyglądał jakby miał zaraz zemdleć.
- Za samo przedstawienie odpowiadać będzie pan Borys, ale o tym więcej dowiecie się jutro na lekcji wychowania fizycznego.
Nie sądzę, że to najlepszy pomysł. Pan Borys i przedstawienie, czy to jakiś koszmar?
- Do jutra musicie dostarczyć formularze z deklaracjami od rodziców do waszego wychowawcy. Oczywiście, o ile nie zawiadomiłam ich osobiście. - Spojrzała z kamienną twarzą w stronę Kastiela.
Chłopak wytrzymał jej spojrzenie, ale dyskretnie zacisnął ręce w pięści pod ławką. Chyba ten pomysł mu się nie spodobał.
- Natanielu, czy mógłbyś rozdać formularze? - poleciła rzeczowo dyrektorka.
Nataniel szybko podniósł się z krzesła i zaczął chodzić po klasie z plikiem kartek w ręce. Kiedy do nas podszedł zauważyłam, że bardzo mocno trzęsły mu się dłonie. Sam też to dostrzegł i teraz obserwował chłopaka z zamyślonym wyrazem twarzy.
- Proszę również o powiadomienie pana Farazowskiego, jeśli wasi rodzice nie będą mogli przyjść. Teraz wracajcie do lekcji. - Uśmiechnęła się i wyszła z klasy.
Wróciliśmy do lekcji, ale nikt nie mógł się na niej skupić, nawet sam nauczyciel. Koniec końców rozpoczęliśmy dyskusję na temat przedstawienia. Większości, w tym mi, bardzo podobał się ten pomysł. Rozalia z Alexy już planowali stroje, mimo że nikt nie wiedział, co zagramy. Sam cieszył się na spotkanie z tatą, a ja... Sama nie jestem pewna, znając życie ojciec jest gdzieś w Ameryce albo Anglii i załatwia swoje interesy. Najchętniej zobaczyłabym się z mamą, ale czy jej stan zdrowia pozwoli na przyjechanie w odwiedziny? Postanowiłam się tym nie zamartwiać.
Po lekcji wszyscy wybiegli na korytarz, ja też. Musiałam jak najszybciej znaleźć Kastiela. Na całe szczęście pamiętał o liściku i czekał na mnie przed salą. Był ostro wkurzony.
- Nie cieszysz się, że zobaczysz w końcu rodziców? - zapytałam nie wiedząc jak zacząć rozmowę.
- Nie! Nie wiem! - wybuchnął. - Zresztą nie mam ochoty gadać o tym cholernym przedstawieniu. Na sto procent zagramy coś w stylu Romea i Julii, będziemy się uczyć głupiego tekstu, a za kilka lat dostaniem nagrania od rodziców.
- Wow, jesteś strasznie drażliwy.
Spojrzał na mnie z mordem w oczach.
- Spokojnie. - Uniosłam ręce w obronnym geście. - Nie wnikam, chciałam ci tylko dać coś na poprawę humoru. - Wyciągnęłam z torby małą, czarną paczuszkę.
Spojrzał na mnie zdziwiony, ale przyjął prezent i wyciągnął ze środka zawieszkę do telefonu.
- Po co mi to dajesz? - zapytał lodowato.
- Ponieważ ostatnio mieliśmy dość burzliwy okres i chcę to jakoś unormować. No i straciłeś swoją poprzednią zawieszkę, więc kupiłam ci jakąś na zastępstwo.
Kastiel prychnął pod nosem.
- Słuchaj, jeśli jej nie chcesz to mogę ją zabrać z powrotem - powiedziałam zirytowana.
- Spokojnie, Albinosie. - Obrócił zawieszkę wokół własnej osi. - Jest niezła, podoba mi się o wiele bardziej niż ta poprzednia. - Uśmiechnął się łobuzersko.
-To super. - Uśmiechnęłam się radośnie i zostawiłam go w spokoju.
Gdzieś w tłumie mignęła mi Rozalia, pobiegłam za nią, aż na klatkę schodową. Zastałam przyjaciółkę jak grzebie we własnej szafce.
- Hej - przywitałam się radośnie.
- Hejka - odpowiedziała mi tak samo. - Co tam, jak emocje przed przedstawieniem? - zapytała podekscytowana.
- Ciesze się, że je wystawimy. Mam nadzieje zaprosić mamę, a ty? - Spojrzałam na nią z rozbawieniem.
- Chcę uszyć kostiumy do tej sztuki. Nie interesuje mnie granie, tylko stroje się liczą. - Uśmiechnęła się szaleńczo.
- Ale zdajesz sobie sprawę, że ktoś inny mo...
- Po moim tupie! - zawołała z pasją.
Zaśmiałam się i zaciągnęłam ją do piwnicy.
- Mam coś dla ciebie. - zawołałam gdy byłyśmy już w środku.
- Coś tak tajnego, że musimy się chować? - zapytała żartobliwie.
- Mniej więcej. Tadam! - Wyciągnęłam do niej rękę z prezentem.
- Co to? - zapytała zaciekawiona.
- Otwórz, a się dowiesz - odpowiedziałam tajemniczo.
Roza szybko podarła papier na kawałki i otworzyła pudełko.
- O mój, Boże! - Wyciągnęła czerwony stanik.
- To za pomoc z Debrą i mała zemsta za moją bieliznę. - Uśmiechnęłam się łobuzersko.
Rozalia zaczęła się śmiać.
- Nie wierze, że to kupiłaś!
- Nie martw się. - Odchyliłam lekko bluzkę i pokazałam jej ramiączko identycznego stanika. - Sam też sobie taki sprezentowałam.
- Przyznaj to, jestem genialną nauczycielką. - Puściła do mnie oczko.
- Nie przeczę. - Zachichotałam pod nosem.
Całe w skowronkach wyszłyśmy na zewnątrz, dobrze wiedzieć, że mój żarcik się jej spodobał.
Reszta dnia minęła bardzo szybko, byliśmy zbyt podekscytowani by skupić się na jakiejkolwiek lekcji. W pracy również spędziłam czas na rozmowach z Alexym i Arminem. Wspólnie zastanawialiśmy się, co zagramy na scenie.
Wróciłam do domu pełna energii. Od razu na wejściu chwyciłam za komórkę i formularz ze szkoły, usiadłam na krześle i zadzwoniłam do mamy. Byłam strasznie zdenerwowana, rozmawiałyśmy ze sobą raz w miesiącu, czasem dwa lub trzy, a o wizycie w ogóle nie było mowy. Miałam za dużo obowiązków, tak jak ona, do tego mama jest strasznie chorowita. Lekki wiatr, mały deszczyk i już łapie przeziębienie albo grypę. Na dodatek teraz cały dom stoi na jej głowie, miło byłoby ją tutaj sprowadzić chociaż na jeden dzień.
- Halo? - zapytał damski głos po drugiej stronie.
- Cześć, mamo - powiedziałam ze ściśniętym gardłem.
- Renuś! - zawołała radośnie do słuchawki. - Czemu dzwonisz tak późno, coś się stało? - W jej głosie zabrzmiała nutka niepokoju.
- Nie, nie, wszystko w porządku - uspokoiłam ją szybko. - Właśnie wróciłam z pracy i wiesz... - Urwałam na chwilę.
- Tak?
- Szkoła organizuje dzień otwarty, w ostania sobotę listopada...
- W twoje urodziny, prawda? - zapytała z ciekawością.
- Własnie, w moje urodziny - powtórzyłam głucho. - No i zastanawiałam się, czy nie chciałabyś wpaść? - zapytałam nieśmiało.
Nikt nie odpowiedział.
- Będziemy wystawiać jakieś przedstawienie i odbędzie się zebranie z nauczycielami - mówiłam dalej, a ręce zaczynały mi drżeć. - Ale, jeśli nie możesz to... - Głos mi się załamał. - To nic nie szkodzi. Wiem, że masz teraz sporo obowiązków. - Zamilkłam w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Moja droga - zaczęła powoli. - Czy ty myślisz, że przegapiłabym coś takiego?! I to w dodatku w urodziny mojej jedynej córki?! - zawołała radośnie. - Oczywiście, że przyjadę. Nie mogę odpuścić okazji zobaczenia mojej małej dziewczynki - powiedziała czule.
- To świetnie! - zawołałam radośnie. - Zaraz wypełnię formularz i... I obiecuje, że zagram główną rolę, nie ważne, co to będzie!
- Daj spokój, kogo obchodzą role, ważne że się zobaczymy. - Nagle coś brzęknęło w oddali. - Przepraszam, muszę kończyć! - zawołała przepraszająco.
- Nie ma sprawy, ja też powinnam już iść. - Odsunęłam telefon od ucha, chwilę później mama zakończyła połączenie.Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam skakać po pokoju jak dzika. Kiedy wyszalałam się do reszty usiadłam z powrotem na miejsce i wypełniłam formularz.
Nie wierzę w to! Kompletnie w to nie wierze!!! Już niedługo zobaczę moją mamę, w dodatku w moje urodziny! Obiecuję, że nieważne, co i jak zdobędę główną rolę, moja mama będzie ze mnie dumna.

niedziela, 29 października 2017

Rozdział 35

Tak, wiem, to zdecydowanie nie jest 16 października, jednak mam dobre wytłumaczenie. Mam nadzieje, że nikt z was nie czuję się zawiedziony albo zdenerwowanym tymi zmianami, które tu się właśnie wyprawiają. Do rzeczy, po raz kolejny muszę zmienić termin wychodzenia rozdziałów. Wiem niedawno skończyło się zawieszenie i obiecałam powrót do normalności, jednak ogrom nauki zwalił mnie z nóg, nie mam czasu na nic, staram się wciskać pisanie wszędzie, gdzie tylko mogę, ale to nie wystarcza. Serio, od września do teraz piszę jeden rozdział, JEDEN, ten sam, rozdział. Tak się nie da, ale nie chcę zostawiać was z pustymi rękami, więc zamiast pojawiania się rozdziału co miesiąc, rozdział będzie pojawiał się pod koniec miesiąca, raz na dwa miesiące. To trochę mętne... Dobra, inaczej. Ten rozdział jest na październik i listopad, a następny będzie na grudzień i styczeń i pojawi się pod koniec grudnia, jasne? Mam nadzieje, że tak. :) Bardzo was przepraszam za to zamieszanie, dziękuję za wyrozumiałość i do zobaczenia w grudniu! :D
PS. Miłego czytania, kochani.

***

Renn
Od starcia z Debrą minęło półtora tygodnia, od tego czasu nie pojawiłam się w szkole, nie byłam w stanie. Pierwsze dwa dni przeleżałam w łóżku nic nie robiąc, a w poniedziałek zamiast pójść do szkoły, jak zwykle, zamknęłam drzwi na klucz i usiadłam przed telewizorem. Nie wiem, jak długo jeszcze będzie trwać to otępienie.
Po raz kolejny wstałam i zeszłam do kuchni. Cała potargana i w pidżamie musiałam wyglądać jak jeden z potworów występujących w kiepskim horrorze. Sięgnęłam po jeden z czystych kubków, ostatnio ich liczba drastycznie spadła, i wsypałam do środka trochę cytrynowej herbaty, ona też była już na wykończeniu. Wstawiłam wodę, a potem zajrzałam do lodówki.
- Same pustki - powiedziałam do siebie. Podeszłam do szafki na przekąski. - Tutaj trochę lepiej. - Sięgnęłam wielką paczkę solonych czipsów.
Tego, że od dawna nie robiłam zakupów, ani nie myłam naczyń również nie muszę wspominać, prawda?
Czajnik zagwizdał, zalałam herbatę, a potem zjadłam ogromną garść chipsów. Chwyciłam kubek i leniwym krokiem podeszłam do okna, odsłoniłam firankę i odskoczyłam z krzykiem do tyłu. Kubek wypadł mi z ręki i rozbił się na kawałki, a wrzątek rozlał się po podłodze. Podbiegłam do okna i znowu wyjrzałam na chodnik, ale Kastiela i Demona już tam nie było. Odetchnęłam z ulgą.
To nie był pierwszy raz, kiedy go tutaj widziałam. Najpierw dzwonił, a potem zaczął przychodzić raz dziennie, zawsze z psem, czasem rano, czasem popołudniu. Nie zostawał długo, przystawał na kilka minut i ruszał dalej. Niefortunnie zawsze kiedy się zjawiał ja musiałam coś zbić. W ciągu kilku dni zbiłam dwa kubki, jedną filiżankę i cztery szklanki.
Z ciężkim westchnieniem posprzątałam cały bałagan i usiadłam przed telewizorem przeglądając telefon oraz podjadając chipsy. Nie wiem dlaczego tak bardzo boje się stanąć przed Kastielem, czyżbym nadal nie była na to gotowa?
Przełączyłam na kanał z kreskówkami i spojrzałam na kilka nowych wiadomości od Sama. Uwielbiam go, ale czasami zachowuje się jak mamusia, która musi chronić wszystko i wszystkich na swój własny, zrzędliwy sposób. Sam po raz kolejny przypomniał mi o ogarnięciu domu, siebie i zrobieniu zakupów, a na końcu napomknął o obiecanej wizycie. Dwa dni temu chłopcy zapowiedzieli, że się u mnie zjawią, ale dopiero dzisiaj mogą wpaść wszyscy razem. Zjemy moje słynne naleśniki, Nataniel przyniesie notatki i spędzimy miło czas. Przy okazji przekonam ich, co do mojego dobrego samopoczucia.
Ruszyłam się z przed telewizora, ubrałam, umyłam i wyszłam do pracy. Po powrocie wyszłam z psami na krótki spacer do parku. Później wzięłam się za sprzątanie domu, odkurzyłam wszystkie podłogi, pozmywałam naczynia i pozbierałam swoje graty walające się po zakamarkach. Odpoczęłam kilka minut, by następnie chwycić torbę i wyjść na zakupy.
Na zakupach zapełniłam cały wózek. Musiałam kupić praktycznie wszystko od słodyczy po najpotrzebniejsze produkty. W efekcie tej eskapady wyszłam z marketu nie z jedną, a z kilkoma wypchanymi reklamówkami. Noszenie ich było strasznie nieporęczne i okropnie mnie spowalniało. Na szczęście z opresji wyratował mnie Lysander. Spotkaliśmy się kilka metrów od sklepu.
- Miło cię widzieć, Renn - przywitał się z kurtuazją. Chociaż po jego minie widać było, że kompletnie się mnie tutaj nie spodziewał.
- Ciebie również - wysapałam uprzejmie. - Co tutaj robisz? - Postawiłam zakupy na ziemi i uśmiechnęłam się delikatnie. - Myślałam, że wszyscy jesteście jeszcze w szkole.
- Kończyłem wcześniej, dlatego pomyślałem, że wpadnę zrobić jakieś zakupy. - Potrząsnął torbą, której wcześniej nie zauważyłam. - Przez Rozę i treningi Leo w całym domu nie ma ani grama słodyczy - westchnął z boleścią.
Zaśmiałam się pod nosem. Lysander spojrzał na mnie jak urzeczony i uśmiechnął się szeroko.
- Widzę, że humor dopisuje.
- Mniej więcej. - Skinęłam głową.
- Dobrze to słyszeć. Sam cały czas tak mówi, ale o wiele lepiej usłyszeć to z twoich ust. - Zarumienił się niezauważalnie.
- Nie powinniście się tak mną przejmować - powiedziałam już poważniej. - To była jednorazowa sytuacja, nic mi nie jest.
- Ciężko mi się o ciebie nie martwić - mruknął odwracając wzrok. - To znaczy... Jesteś moją bliską przyjaciółką, więc... - Zakłopotany wbił wzrok w ziemię. - Pomóc ci z zakupami? - zapytał nagle zmieniając temat.
- Jeśli nie sprawia ci to problemu...
- Gdyby sprawiało, nie zapytałbym. - Machnął ręką ucinając dalszą rozmowę.
- Sokor tak uważasz - mruknęłam i po raz kolejny uśmiechnęłam się do niego.
Lysander wziął połowę moich zakupów i razem ruszyliśmy w kierunku mojego domu. Nie rozmawialiśmy o szkole, ani o Kastielu. Dzieliliśmy się spostrzeżeniami na temat muzyki, Lysander zdobył się na odwagę i opisał mi swój pomysł na kolejny utwór.
Dotarliśmy pod mój dom dość szybko, zdecydowanie za szybko. Pożegnaliśmy się, a ja weszłam do środka zająć się kolejnymi sprawami. Znowu się przebrałam i zeszłam na dół do kuchni. Zrobiłam ciasto na naleśniki, a potem zaczęłam je smażyć. Chciałam zdążyć przed przyjściem chłopaków, żeby moc powitać ich z gorącym posiłkiem.
Ledwo ściągnęłam ostatniego naleśnika z patelni, a już ktoś zadzwonił do drzwi. Wyłączyłam kuchenkę, zrzuciłam fartuch i pobiegłam przywitać się z gośćmi.
Całe spotkanie przebiegło w naprawdę miłej atmosferze. Sam i Nataniel wyglądali jak żywe trupy po ciężkim dniu w szkole. Za to Lysander wręcz promieniał. Oczywiście wszyscy starali się unikać niewygodnych tematów związanych z Kastielem i całą tą sprawą. Byłam im za to niezmiernie wdzięczna. Spotkanie skończyło się po szóstej. Każdy miał coś do zrobienia, a ja nie chciałam ich zatrzymywać. Został tylko Sam, który zobowiązał się mi pomóc, przy okazji wygłaszając jakiś mądry wykład.
- Ciesze się, że tak dobrze się trzymasz. - Uśmiechnął się sztucznie z wymuszoną swobodą.
- Jasne. - Wstawiłam naczynia do zlewu. - A czego tak naprawdę chcesz? - Spojrzałam na niego z pod przymrużonych powiek.
- Ja... Ten tego... - Zakłopotany odwrócił wzrok.
- No dalej, wykrztuś to z siebie, Cordnel - warknęłam. Chwyciłam za gąbkę i zaczęłam szorować naczynia.
- Ja... Ja chciałbym wiedzieć kiedy wracasz do szkoły - oznajmił zdecydowanym, nieustępliwym tonem.
- Ja... Ten tego... - Zakłopotana spuściłam wzrok i wpatrzyłam się w myty talerz.
- No dalej, wykrztuś to z siebie, Perry. - Podszedł do mnie i też zaczął zmywać naczynia.
- Może w listopadzie. - Wyjrzałam przez okno. - Tak byłoby najlepiej - mruknęłam.
- Wiesz, że uciekanie od problemów nie sprawia, że one magicznie znikną? - zapytał cierpko.
- Nie uciekam. Problem został rozwiązany, wszystko się skończyło - oznajmiłam twardo, bardziej zapewniając o tym siebie niż jego.
- Nie miałem na myśli Debry, tylko nieobecność twoją i Kastiela.
Prawie upuściłam trzymany talerz.
- Kastiel też nie pojawia się w szkole? - zapytałam zdumiona.
- Nie tylko ty przyjęłaś taką strategie - odpowiedział z sarkazmem.
- To nie jest żadna strategia - warknęłam. Ze złością odłożyłam naczynie i sięgnęłam po kolejne.
- Nie rozumiesz. - Spojrzał na mnie zbolałym wzrokiem.
- To ty nic nie rozumiesz! Do tego złościsz się jakbym coś przeskrobała! - krzyknęłam i z wściekłością odłożyłam kolejne naczynie na zmyty stos.
- Nie złoszczę się. Ja po prostu... - Westchnął ciężko. - Po prostu złości mnie to dziecinne zachowanie. Debra się zwinęła, a szkoła jakoś to przeżyła i po tygodniu wszystko wróciło do normalności. Wszystko, ale nie nasza klasa. - Spojrzał na mnie jak zbity pies. - Wszyscy się o was martwią, o ciebie i Kastiela, nie ma z wami żadnego kontaktu. O ile nieobecność Kastiala mogą jakoś przeboleć, to z twoim brakiem jest gorzej.
- Gorzej? - zapytałam trzęsącym się głosem.
- Gryzie ich poczucie winy. Myślą, że to przez to jak cię potraktowali nie chcesz wrócić.
- Co? Przecież wcale tak nie jest! Byli zmanipulowani, skąd mogli wiedzieć, że Debra jest taką żmiją. - Zrobiłam oburzoną minę.
- Próbowałem im to wytłumaczyć, ale do nich nic nie dociera. Możesz tego nie zauważać, ale jesteś bardzo lubiana w naszej klasie. Nasza paczka wie od początku o co chodzi, ale oni nie. Nawet Klementyna ma wyrzuty, że nie wstawiła się za tobą u dyrektorki. Oczywiście pozostałe dziewczyny i Alexy też się obwiniają. Amber i jej koleżanki są zadowolone, a Armin i Peggy chodzą rozdrażnieni. On, bo irytuje go ten klasowy burdel, ona, bo wywiad z Debrą, który chciała wydać okazał się wierutnym kłamstwem.
Oboje uśmiechnęliśmy się na widok złej brunetki.
- Dlatego zapytam jeszcze raz, kiedy wracasz?
Przez chwilę milczałam, a potem odezwałam się nad wyraz spokojnym głosem:
- W przyszłym tygodniu, skoro tak wam zależy. - Uśmiechnęłam się pod nosem. - Muszę nadrobić zaległości w notatkach, potem wrócę na sto procent.
- Dobrze to słyszeć. - Sam zadowolony skinął głową.
- Poza tym Peggy musiała naprawdę śmiesznie wyglądać. - Zaśmiałam się.
- Żebyś wiedziała! Cały czas, przez bity tydzień rozpaczała nad swoim artykułem.
W już przyjemniejszej atmosferze wróciliśmy do wspólnego zmywania. Zaproponowałam mu, żeby u mnie przenocował, ale odmówił wspominając coś o spotkaniu z Iris w parku. Kiedy żegnaliśmy się pod drzwiami po raz kolejny zobaczyłam zakapturzoną postać ze znajomym psem. Stał po drugiej stronie chodnika i patrzył prosto na mnie. Sam nie mógł tego zauważyć, był odwrócony do niego plecami, a kiedy skończyliśmy się już żegnać po Kastielu nie został żaden ślad. Zupełnie jakby go tam nie było.
Blada wróciłam do środka i usiadłam przed telewizorem. Moją sielankę przerwał telefon od Rozalii.
- Cześć, Roza - mruknęłam i poprawiłam się na kanapie.
- Hejka, dawno się nie widziałyśmy, co? - zapytała radośnie.
- To fakt. - Uśmiechnęłam się pod nosem. - Musisz wytrzymać beze mnie do końca tego tygodnia.
- Wcale nie muszę - zawołała śpiewnym tonem.
- Co masz na myśli? - zapytałam podejrzliwie.
- To, że zabieram cię jutro na zakupy! - krzyknęła radośnie.
- Słucham?! - wykrzyknęłam przerażona. - Po co?!
- Jak to, po co? Potrzebna ci zmiana, powiew świeżości - odpowiedziała z istną pasją.
Jęknęłam rozżalona.
- Nie daj się prosić - poprosiła głosem małej dziewczynki przeciągając samogłoski. - Wpadnę do ciebie o ósmej, poprzeglądamy twoje szafy i kosmetyki, a potem wpadniemy do dzielnicy handlowej i nakupujemy ci wszystkiego po trochu - mówiła coraz radośniejszym głosem.
Jęknęłam jeszcze głośniej.
- No weź. Renuś, ja wiem, że chcesz iść ze mną na zakupy. Nie zgrywaj niedostępnej. - Zachichotała kusząco.
- Dobra - wykrztusiłam. - Pójdę z tobą na te zakupy.
- Wiedziałam! Kocham cię najbardziej na świecie! Do zobaczenia jutro o ósmej. - Rozłączyła się.
Odsunęłam od siebie telefon i wcisnęłam się głębiej w oparcie kanapy. Właśnie podpisałam pakt z diabłem.

Sam
- Dziękuje, że pomogłeś mi to wybrać. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. - Lysander potrząsnął reklamówką.
- Nie ma sprawy, a nowa błyskotka i tak się jej przyda. - Uśmiechnąłem się radośnie.
- Jej urodziny są w listopadzie, prawda?
- Tak pod sam koniec. Obyś nie zapomniał! - ostrzegłem go i żartobliwie pogroziłem mu palcem.
- Postaram się. - Skinął w zamyśleniu głową. - Jej urodziny są zbyt ważne, by o nich zapomnieć - wymamrotał jakby do siebie.
- Czujesz coś do niej? - zapytałem znienacka.
Chłopak spojrzał na mnie spłoszony i zawstydzony, pewnie zacząłby się gorączkowo tłumaczyć, ale właśnie zadzwonił jego telefon. Ledwo zauważalnie odetchnął z ulgą i odebrał.
- Witaj, Kastiel. Potrzebujesz czegoś ode mnie?...Nie, nie robię teraz nic istotnego. - Spojrzał na mnie kątem oka. - Jestem z Samem na zakupach... Dość nagła sprawa, musiałem wybrać coś na prezent dla Renn. ...Nie wiesz? Pod koniec listopada obchodzi urodziny. ...Tak, akurat dzisiaj odwołali nam dwie pierwsze lekcje. Dlaczego pytasz? ...Pomoc? ...Nie, nie jestem zdziwiony, tylko... Teraz? ...Nie, nie o to chodzi. Wiesz, że tobie nie odmówię, będę za chwilę. ...Razem? Dobrze zapytam. Do zobaczenia. - Lysander rozłączył się i schował telefon do kieszeni spodni. - Kastiel potrzebuje pomocy przy sprzątaniu, chcesz iść ze mną? - zapytał uprzejmie.
- Pewnie, nigdy nie odmawiam pomocy - odpowiedziałem zdecydowanie. - Może powinniśmy zadzwonić po Nataniela? - zaproponowałam.
- Nie, to nie jest najlepszy pomysł.
- Ciągle za sobą nie przepadają?
Lysander skrzywił się nieznacznie.
- Myślałem, że po tej całej przygodzie ich stosunki się ocieplą - mruknąłem z nutą zawodu.
- Oni się nigdy nie zmienią - westchnął Lysander. - Chyba nic nie jest w stanie ich pogodzić.
W czasie naszej rozmowy nieświadomie weszliśmy na ulicę, przy której mieszka Kastiel. Białowłosy poprowadził mnie kilka domów dalej i byliśmy już na miejscu. Weszliśmy na ganek i zapukaliśmy do drzwi. Ktoś przekręcił klucz i ze środka wypadł ujadający pies.
- Demon! - krzyknął karcąco właściciel.
Pies cofnął się ze spuszczonymi uszami. Spojrzałem na chłopaka. Kastiel wyglądał dość dobrze, był lekko potargany, ale oprócz tego było ok. Ubrał się w ciemne dresowe spodnie i szarą, dresową bluzę z czaszką na lewej stronie. Ciuchy wyglądały jakby nosił je kilka dni z rzędu, poplamione gdzieniegdzie i wygniecione, może nawet w nich spał.
- Super, że wpadłeś - mruknął bez przekonania i odsunął się w drzwiach.
- Nie wyglądasz najlepiej - rzucił Lysander w stronę przyjaciela.
- Ale czuje się świetnie! - warknął. - Zresztą będziemy tu tak stać czy zajmiemy się wynoszeniem gratów?
Nie wiedziałem jak się zachować w tej sytuacji. Nigdy nie byłem zbyt blisko z Kastielem, z Lysanderem i Natanielem potrafiłem znaleźć wspólny język, ale nie z nim. Ja i on nigdy za dużo nie rozmawialiśmy, miałem wrażenie, że uważa mnie za jakiegoś rywala, podczas organizacji koncertu zamieniliśmy z kilka zdań, nic więcej. Oczywiście nie zostałem zaproszony, ponieważ chłopak pałał do mnie specjalną sympatią, zostałem zaproszony, ponieważ byłem żywą informacją na temat Renn. Kastiel chciał mnie o nią wypytać i nic więcej.
- Co chcesz wynieść? - zapytałem rzeczowo.
- Zobaczycie. - Skinął na nas i zaczął wspinać się po schodach.
Poszliśmy za nim do jego pokoju. Wszędzie walały się ciuchy, płyty i masa innych gratów.
- Wszystko co muszę wywalić jest w szafie, w pudłach. No i tych blaszanych puszkach pod biurkiem. - Pokazał palcem w odpowiednich kierunkach. - Wszystko musimy znieść na dół na tyły do ogrodu i wsypać do kosza.
Zabraliśmy się do pracy najpierw znosiliśmy pudła, których zawartość nie była nam do końca znana, a potem znieśliśmy też puszki.
- Kastiel, co ty kombinujesz? - zapytał w pewnym momencie Lysander i rzucił przyjacielowi podejrzliwe spojrzenie. - To wszystko jest z czasów Debry, czy ty...
- Spokojnie, stary, wszystko w swoim czasie - uciął rozmowę. Sięgnął najbliższą z puszek i wyszedł z nią na zewnątrz.
Jakiś czas później, kiedy byliśmy tylko we dwójkę chłopak zapytał niby lekko i od niechcenia:
- A co tam u Renn?
- Wiedziałem, że po to mnie tu ściągnąłeś. - Zerknąłem na niego. - Nie chce z tobą rozmawiać? - zapytałem kąśliwie.
- Dzwoniłem, ale nie odbiera. - Spuścił głowę. Musiało mu być naprawdę ciężko. - A więc? Jak to zniosła?
- Dobrze, na swój sposób - powiedziałem wymijająco.
Kastiel chciał jeszcze o coś zapytać, ale właśnie wszedł Lysander i musiał się zamknąć.
Po półgodzinie wynoszenia pudeł, całą trójką stanęliśmy przy metalowym kuble na śmieci. Na sygnał zaczęliśmy wsypywać zawartość pudeł do środka. Było tam mnóstwo ciuchów, drobnych prezentów, liścików i płyta Debry.
Kiedy nic już nie zostało Kastiel chwycił za kanister benzyny, którego wcześniej nie zauważyłem i polał zawartością wierzch śmieci.
- Dzięki za pomoc, możecie iść - odezwał się nad wyraz głośno.
Lysader bez słowa odszedł.
- Na pewno? - zapytałem niepewnie.
- Chcę zostać sam - odezwał się słabo.
- Dobra. - Westchnąłem ciężko i ruszyłem dogonić Lysandera. Tknięty przeczuciem obejrzałem się za siebie ostatni raz i zobaczyłem jak Kastiel wyrzuca swoją zawieszkę od telefon w kształcie białego kotka z dzwoneczkiem na końcu.

Renn
Punktualnie o ósmej do drzwi zadzwoniła Rozalia. Ja, w pełnym makijażu i ciuchach wyjściowych, poszłam otworzyć jej drzwi.
- Hejunia! - krzyknęła radośnie.
- Hej. - Uśmiechnęłam się krzywo.
Nie zdążyłam się odsunąć, a ona już stratowała mnie w korytarzu. Zapowiadał się cudowny dzień.
Bez zbędnych ceregieli Rozalia popędziła na górę do mojej sypialni, zanim ją dogoniłam ona już szperała w moich rzeczach.
- Mój Boże, czy ty nie masz serca?! - wykrzyknęła wymachując moim stanikiem. - Co to za ohyda? - Przyjrzała mu się z bliska. - Zero koronki, żadnych fikuśnych wzorków! Co to jest?! - wykrzykiwała zrozpaczona.
- To mój stanik, jeden z wielu. - Wyrwałam jej rzecz z ręki.
- Nie mów, że reszta wygląda tak samo! - Dziewczyna rzuciła się do odpowiedniej szuflady i zaczęła wywalać z niej wszystko jak leci. - Nie wierze! Wszystkie takie same! I do tego majtki do kompletu!!! - piszczała zrozpaczona. - Dość tego, wywalamy! Wszystko wywalamy!!! - Rzuciła we mnie workiem na śmieci.
- Ale wszystko? - zapytałam zrozpaczona.
- Wszystko!!!
Wywaliłam wszystko. Rozalia chodziła po całej sypialni i wyrzucała każdy mój ciuch, cały czas marudząc, jęcząc i lamentując. To samo spotkało moje buty i kosmetyki. Koniec końców skończyłam z jedną sukienką, kurtką, dwoma parami jeansów, trzema bluzkami, trampkami, wszystkimi szpilkami i pomarańczowym cieniem do powiek.
- Świetnie. - Roza radośnie zatarła ręce. - Perry, ile masz odłożonej kasy? - Spojrzała na mnie uważnie.
Wymamrotałam stan mojego kąta.
- O, cholera! Ja w życiu tyle nie uzbieram - wykrzyknęła zdumiona. - Bardzo dobrze, chodźmy zaszaleć! - Chwyciła mnie za rękę i zbiegła ze mną po schodach.
Ledwo sięgnęłam po kurtkę, a już wypadłyśmy na dwór. Rozalia zaciągnęła mnie do butiku Leo, bo gdzieżby indziej?
Weszłyśmy do środka, dziewczyna pobiegła buszować między wieszakami, a ja przywitałam się z Leo.
- Cześć, Leo, jak tam? - zapytałam radośnie.
- U mnie w porządku, ale widzę, że z tobą nie najlepiej. - Otaksował mnie nieco zmartwiony.
- Twoja dziewczyna doprowadzi mnie do bankructwa - wymamrotałam strapiona.
- To dość prawdopodobne. - Uśmiechnął się delikatnie, prawie jak Lysander. - Nawet nie wiesz, ile radości jej to sprawia. Uwielbia robić takie rzeczy, a jeszcze lepiej, kiedy robi coś takiego dla przyjaciół - powiedział czułym głosem. Podczas całej rozmowy wodził za Rozalią wzrokiem pełnym miłości, ciekawe czy ktoś kiedyś też tak na mnie spojrzy?
- Renn, musisz to przymierzyć! - Roza podbiegła do mnie z naręczem ciuchów.
Nie zdążyłam nic powiedzieć, kiedy ta wepchnęła mnie do przymierzalni. Rozalia przyniosła mi dosłownie wszystko! Oprócz butów. Przymierzenie tej sterty ciuchów zajęło wieczność, a kiedy już skończyłam Rozalia wybrała dobre ciuchy i poszła do kasy. Leo dał mi solidny upust oraz kulturalnie przeprosił za własną dziewczynę.
Następnie wybrałyśmy się do dzielnicy handlowej, gdzie nakupowałyśmy mi butów i jeszcze więcej ciuchów. Oczywiście na każdym kroku Roza obrażała moją garderobę. Kupiłyśmy też masę bielizny z koronkami i fikuśnymi wzorkami, tak jak zarządziła białowłosa. Potem, całe obładowane, ruszyłyśmy na szukanie nowych kosmetyków. Rozalia ponownie obraziła mój wygląd i mój makijaż, co złego jest w czarnej szmince?! W każdym razie spór zakończył się kupieniem czerwonej szminki, dwóch błyszczyków w delikatnych odcieniach różu i brązowych cieni do powiek.
Niestety nadal to nie był koniec, ponieważ Roza zaprowadziła mnie w jeszcze jedno miejsce.
- Fryzjer?! - Spojrzałam na nią spanikowana.
- No co? - zapytała zdziwiona.
- Nie było mowy, o żadnym fryzjerze!!!
- Oj, bo wiedziałam, że się nie zgodzisz. - Zrobiła minkę słodkiej dziewczynki. - Dlatego zwabiłam cię tu moim chytrym planem.
- Podstępem! - Pokazałam na nią oskarżycielsko palcem.
- Raczej chytrym planem - wymamrotała. - Ale co ważniejsze, musimy pozbyć się tych ohydek! - Pokazała z obrzydzeniem na moje końcówki.
Krzyknęłam oburzona i zakryłam moje maleństwa ręką.
- Daj spokój, obetniemy tylko trochę - powiedziała jak do małego dziecka. - Sam końcóweczki, nic więcej.
- A będę mogła je... przefarbować? - zapytałam niepewnie.
- Zamorduje cię! - syknęła jadowicie.
- Ale... - Spojrzałam na nią błagalnie. - Nie możemy tego przedyskutować?
- Nie, nie możemy - ostro ucięła dyskusję.
Siłą wepchnęła mnie na fotel fryzjerski i przytrzymała na nim dopóki nie zjawił się fryzjer. Rozalia radośnie wyjaśniła mu, co ma robić. Jęknęłam zrozpaczona słysząc to wszystko. Mężczyzna chwycił nożyczki zabierając się do dzieła, wstrzymałam oddech. Pierwsze kosmyki spadły na podłogę.

Sam
Ziewnąłem zaspany. Była dopiero siódma rano, a ja, Lysander i Kastiel siedzieliśmy już w szkole. Wszystko dlatego, że ten ostatni chciał posprzątać swoją szafkę i potrzebował do tego pomocy. Nie mogliśmy mu odmówić.
- Popakujemy to w pudła, a ja zaniosę je do domu. - Chłopak otworzył drzwi własnej szafki pełnej magazynów o Debrze i dwóch kolejnych kopii jej płyty.
Lysander spojrzał z niemym pytaniem na przyjaciela, ale ten go zignorował i chwycił jedno z pudeł, które tu przynieśliśmy. Osobiście nie byłem zadziwiony tym widokiem, ale ja już go wcześniej widziałem.
Sprzątaliśmy w całkowitej ciszy, już po piętnastu minutach wszystko zostało wpakowane do dwóch pudeł, a w szafce zostało tylko kilka podręczników. Kastiel bez słowa chwycił swoje rzeczy, skinął nam głową i poszedł zanieść je do swojego domu.

Renn
Z samego rana, o piątej, zadzwoniła do mnie Rozalia i poinformowała mnie, że wpadnie za półtorej godziny, żeby pomóc mi się przygotować. Choć tak naprawdę, po prostu chciała mnie samodzielnie wepchnąć w nowe ciuszki. Nie mając wielkiego wyboru wstałam z łóżka, zjadłam śniadanie i wyczekiwałam jej przyjścia.
Zjawiła się zdecydowanie za wcześnie, o jakieś trzydzieści minut! Wparowała do mojego domu bez pukania i zbeształa mnie za to, że jeszcze nic ze sobą nie zrobiłam, kolejny raz obrażając mój wygląd. Prychnęłam pod nosem, ale posłusznie zaczęłam się ogarniać. Wzięłam długi prysznic, oddalając spotkanie z moim katem, uczesałam się i ubrałam nowy komplet białej koronkowej bielizny.
W tym czasie Roza przejrzała całą zawartość mojej szafy, rozrzucając gdzieniegdzie jej części. Ledwo przekroczyłam próg, a przyjaciółka już doskoczyła do mnie z ubraniami. Z wielkim grymasem na twarzy założyłam na siebie granatową bokserkę, pomarańczowy sweter z odkrytymi ramionami i jeansy o intensywnym niebieskim kolorze. Następnie zostałam przez nią uczesana. To cud, że zostały mi jeszcze jakieś włosy, po tym koszmarze. Na całe szczęście Roza zostawiła je rozpuszczone. Kolejnym punktem był makijaż, tym razem delikatny i podkreślający. Jakby coś złego było w mocnym i wyraźnym! Moja przyjaciółka wykonała wspaniałe smokey eye i podkreśliła moje usta błyszczykiem w lekkim różowym odcieniu. Na sam koniec, tuż przed wyjściem, wręczono mi jeansową kurtkę i moje jedyne czarne trampki.
Wychodząc z domu zerknęłam w lustro. Wyglądałam inaczej... Bałam się, że Roza zrobi ze mnie klauna czy kogoś w tym stylu, ale wyglądałam całkiem nieźle. Nawet bez czarnej szminki i moich końcówek, ciągle nie mogę ich przeżyć, prezentowałam się nieziemsko. Roza to zauważyła i przez całą drogę do szkoły powtarzała z dumą „A nie mówiłam?” oraz wygłaszała pochlebne uwagi na temat mojej nowej stylizacji, cały czas trzymając moją rękę w żelaznym uścisku, jakbym miała uciec! No cóż... Gdybym miała okazję, na pewno bym spróbowała.
Do szkoły dotarłyśmy prawie na dzwonek. Na korytarzu ziało pustką, ale nauczyciele nie zdążyli jeszcze dojść do klas. Spięłam się i wyprostowałam jak struna.
- Nie martw się, będzie dobrze. - Roza posłała mi promienny uśmiech.
- Nie jestem tego taka pewna... - mruknęłam z powątpiewaniem i odwróciła od niej wzrok.
- Daj spokój. - Podeszła do mnie i przytuliła mnie na pocieszenie. - Kiedy wszyscy cię zobaczą zaczną przepraszać za całe zamieszanie i wychwalać twój nowy wygląd. Nie wspominając o tym, że chłopcy padną jak zauważą, co z ciebie zrobiłam. - Odsunęła się ode mnie i chwyciła za klamkę.
- Może masz rację - wymamrotałam i uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Pewnie, że mam! Odwagi, dziewczyno. - Rozalia puściła mi oczko i otworzyła drzwi.
Kiedy weszłam do środka zapanowała wielka cisza. Przełknęłam nerwowo ślinę. Usiadłam na swoim miejscu obok oniemiałego Sama i dyskretnie rozejrzałam się po klasie. Każdy na mnie spoglądał z większym lub mniejszym zainteresowaniem. Amber i jej ekipa z nienawiścią, pozostałe dziewczyny i Alexy ze zmartwienie, Lysander, Sam i Nataniel z zachwytem, tylko Peggy, Armin i Roza zbytnio się tym nie przejęli, za co jestem im wdzięczna.
- Co się z tobą stało?! - zapytał ze zdziwieniem Sam.
- Rozalia - westchnęłam, jakby to jedno słowo miała wyjaśnić wszystko.
- Czyli to z tobą poszła wczoraj na zakupy, tak? - zapytał Lysander, zupełnie nie okazując szoku w jakim był jeszcze chwile temu.
- Tak. - Skinęłam głową.
- To wiele tłumaczy - mruknął cicho.
- Na przykład? - Uniosłam lekko lewą brew.
- Na przykład dlaczego cieszyła się wczoraj jak dziecko, dlaczego śmiała się pod nosem co chwilę i dlaczego mój brat o tobie wspominał. - Zarumienił się przy tym ostatnim.
- I jak? Jak cie się podoba końcowy efekt? - zapytała stremowana.
- Wyglądasz czarująco - przyznał z podziwem. Uśmiechnął się szerzej niż zwykle i rozmarzony spojrzał na moją twarz.
Speszyłam się pod jego wzrokiem, ale zaraz odzyskałam rezon i zwróciłam się do Sama z tym samym pytaniem.
- Nareszcie ktoś wyrzucił te ohydne, grobowe szmaty - powiedział złośliwie posyłając mi jeden ze swoich złośliwych uśmiechów.
- Powiedział koleś w obleśnym moro - podsumowałam go i uśmiechnęłam się zadziornie.
- Ej! - Spojrzał na mnie z wyrzutem.
W odpowiedzi wzruszyłam niedbale ramionami.
Lysander zaśmiał się pod nosem, a chwile później cała nasza trójka chichotała w najlepsze.
Wszystko gwałtownie ucichło, kiedy do klasy wszedł pan Farazowski, a zaraz za nim Kastiel, który wyglądał zupełnie inaczej. Spojrzeliśmy na siebie i na moment nas zmroziło. Potem oboje odwróciliśmy wzrok, on usiadł obok swojego najlepszego przyjaciela, a ja zaczęłam nerwowo grzebać w torbie.
Lekcja dłużyła się w nieskończoność, a świadomość, że ja i Kastiel jesteśmy tak blisko siebie była boleśniejsza z każdą minutą. Zaraz po lekcji wszyscy zebrali się, żeby mnie przeprosić. Oczywiście wybaczyłam im ich pomyłkę, co tu dużo opowiadać? Cały dzień spędziłam z własną klasą, nawet Klementyna dyskretnie przeprosiła mnie za sytuacje z wiadrem. Udało mi się wyrwać dopiero na długiej przerwie, poszłam zanieść usprawiedliwienie do pokoju gospodarzy. Jak zwykle wpadłam bez pukania, a Nataniel, ja zwykle, siedział przy swoim biurku.
- Cześć mam coś dla ciebie - zawołałam do niego od progu.
- Naprawdę? - zapytał zdziwiony moim widokiem. Ledwo nasz wzrok się skrzyżował, a on już zrobił się czerwony jak burak.
- Usprawiedliwienie. - Pomachałam mu papierem przed twarzą.
- Jasne. - Zabrał papier i odłożył na bok.
Chciałam już wyjść, ale kiedy dotknęłam klamki...
- Zaczekaj! - krzyknął zdenerwowany blondyn. - Ja... Chcę powiedzieć, że...
- Tak? - Spojrzałam na niego zdziwiona.
Nataniel spojrzał mi prosto w oczy, wyprostował się jak struna i wyrzucił z siebie na jednym wdechu:
- Śliczniedzisiajwyglądasz,podobamisiętwójnowystyl.
Oszołomiona nie wiedziałam, co mam mu odpowiedzieć. Nataniel też nie wiedział, co dalej robić, tylko siedział prosto i czerwienił się w najlepsze. Zlustrowałam go zdumiona, on też zmienił swój styl, zupełnie jak ja i Kastiel.
- Tobie też do twarzy w tych nowych łaszkach. - Uśmiechnęłam się krzywo.
- Se-serio?
- Jasne, ten krawat jest niesamowity.
- Też mi się podoba. - Nataniel nareszcie się uśmiechnął i przestał przypominać strunę od gitary.
Pogawędziłam z nim jeszcze chwile i wyszłam na korytarz. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, nie chciałam wracać do towarzystwa kolegów z klasy, bądź co bądź bycie w centrum uwagi jest męczące, a Sam i Lysander zniknęli. Przesiedzenie całej przerwy z Natanielem też nie było najlepszym pomysłem, nie chciałam przeszkadzać mu w pracy.
Spragniona słońca i jesiennego wiatru postanowiłam wyjść na dach. Tam na pewno nikt mi nie przeszkodzi, nawet nie pomyślą by mnie tam szukać. Wspięłam się po schodach na samą górę, zignorowałam ostrzeżenie i pchnęłam ciężkie drzwi, owiało mnie chłodne, orzeźwiające powietrze. Podeszłam bliżej krawędzi napawając się widokiem miasta. To tutaj zaczęła się moja znajomość z Kastielem. Pierwszego dnia szkoły wpadłam na ten dach, żeby obgadać z nim projekt zadany nam przez Fraza, komponował wtedy jedną ze swoich piosenek. Uśmiechnęłam się na myśl o naszym spotkaniu. Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Wystraszona nie na żarty odwróciłam się w stronę przybysza, spodziewałam się Formułki, która zacznie na mnie wrzeszczeć, ale się pomyliłam. Na dach wszedł Kastiel.
Spojrzeliśmy na siebie zaskoczeni i po raz kolejny odwróciliśmy wzrok. Nadal czuliśmy się niezręcznie w swoim towarzystwie. Cisza przeciągała się, kiedy w końcu on się odezwał.
- Nieźle wyglądasz - wymamrotał ze ściśniętym gardłem.
- Ty też. - Spojrzałam na niego niepewnie. - Jak widać dłuższe przerwy nam służą - dodałam nieśmiało.
- Trochę. - Spojrzał mi prosto w oczy. - Chciałem z tobą pogadać - oznajmił zdecydowanie.
- Ja też - przyznałam po chwili. - Szkoda, że wcześniej nie było okazji.
- Tak, mamy zwariowany dzień. - Uśmiechnął się pod nosem.
- Wszyscy mają dzisiaj zwariowany dzień. - Zamilkłam na chwile. - To o czym chciałeś pogadać?
Zapadła cisza.
- O Debrzę - wymamrotał w końcu rudzielec. - Naprawdę ją lubiłem, z nikim nigdy nie byłem tak blisko. - Zerknął na mnie sprawdzając, jak znoszę jego wywód i zaczął krążyć po dachu. - Uwielbiałem jej styl bycia, tą kokieteryjną otoczkę i zadziorność. Była też okropnie atrakcyjna. Kiedy wyjechała poczułem się jak... Jakby ktoś zdzielił mnie po głowie, brakowało mi jej, ale się z tego otrząsnąłem. Zapanowałem nad własnym życiem, mocniej zakumplowałem się z Lysandrem i zerwałem kontakt z Natanielem, a potem pojawiłaś się ty. - Przystanął i znowu na mnie zerknął. W jego oczach było coś innego niż zwykle, jakby czułość. - Wtedy kompletnie zapomniałem o tym co się stało. Jakby rozstanie z Debrą mnie nie dotyczyło, a potem... Ona wróciła... Z życiową propozycją, ładnymi słówkami i to wszystko powróciło. Nasz związek... Czułem się jakby nic z wcześniej nie miało miejsca, jakbyśmy się nie rozstali. Tak bardzo mi na tym zależało, coś, co chciałem osiągnąć było na wyciągnięcie ręki, ale nie mogłem was zostawić. No i... Resztę już znasz. - Westchnął kończąc swoją przemowę i podszedł do mnie. Staliśmy bardzo blisko siebie.
- Wiem co masz na myśli - powiedziałam zmieszana. - Zachowałam się jak wścibska żmija, wepchnęłam nos w nieswoje sprawy, ale... Nie mogłam patrzeć jak ona cię wykorzystuje, jak wszystkich wykorzystuje. - Spuściłam wzrok speszona.
- Albinosie. - Kastiel chwycił mój podbródek i zmusił, żebym na niego spojrzała. - Jestem dupkiem i całkowitym kretynem, powinienem powiedzieć to wcześniej. Przepraszam - powiedział drżącym głosem, w którym brzmiała skrucha.
- Daj spokój, to nie nasza wina. - Uśmiechnęłam się przepraszająco.
Oboje jak na sygnał zaśmialiśmy się nerwowo i podeszliśmy na skraj dachu. Usiedliśmy na nim blisko siebie, mieliśmy sobie tyle do opowiedzenia, a ta przerwa należała tylko do nas.
Szablon wykonała Domi L